Liberalizmy te nie bardzo

0. Introduction

Jako że trafiła się taka możliwość, w związku z opisaniem „różnych liberalizmów” przez GPS, spróbuję przedstawić teraz, jakie powinno być podejście z punktu widzenia wolnościowego wedle mojej definicji, opisanej w jednym z poprzednich artykułów.

Wolność oparta o trzy prawa podstawowe – umowy, własności, informacji – jest o tyle definicją uniwersalną, że określa trzy rzeczy, dzięki którym istnieje między ludźmi równowaga. Z tego punktu widzenia, w zasadzie wszystkie „różne liberalizmy” opierają się o jakiś specyficzny przymus, co gorsza, niemożliwy do precyzyjnego określenia (jak np. moralność) – co kompromituje całą ideę. Przejrzyjmy zatem według tego samego wzorca.

1. Aborcja

W skrócie: liberalizm demokratyczny pozwala na aborcję – ponieważ jest to część wolności osobistej. Liberalizm konserwatywny uważa, że wolność należy się również i embrionowi.

Jeśli chodzi zaś o moją definicję, to jest tu problem polegający przede wszystkim na tym, że reguła trzech praw nie określa penalizacji (zresztą, dokładnie tak jak i dekalog). Złamanie praw podstawowych w stosunku do określonego podmiotu jest uważane za „konflikt prawno-arbitrażowy”, natomiast istnieje też problem typu „hacking”, którego nie opisałem. Polega to na tym, że choć teoretycznie dokonało się złamania któregoś z praw podstawowych, to jednak strona powstałego konfliktu prawno-arbitrażowego już np. nie żyje (czy w jakikolwiek inny sposób nie może być aktywną stroną sporu). Nie ma zatem kto się upomnieć o rozwiązanie konfliktu. Co więcej, hacking może istnieć też w sytuacji, gdy np. lokalna społeczność jakoś cię jednak nie lubi, wszystkie sądy rozstrzygają na twoją niekorzyść, mimo że jesteś poszkodowany i w zasadzie nie ma się do kogo zwrócić o pomoc. Nie sądzę, żeby ktokolwiek próbował tu dowodzić, że istnienie „silnego państwa” rozwiązuje ten problem. Jedyną metodą na uniknięcie hackingu w tym konkretnym przypadku jest tworzenie wspólnie działającej i wzajemnie się wspomagającej lokalnej społeczności.

Dlatego również i ta sprawa powinna być przedmiotem dobrowolnej umowy zawieranej przez lokalną społeczność. Oczywiście uwzględnia się w przypadku takim, jak uszkodzenia ciała, jak też i zabójstwa, elementy powiązań między ludźmi (zadeklarowana rodzina, kumple itd. mogą zadeklarować się jako powiązani emocjonalnie i w związku z tym uważać, że poprzez zabójstwo ich członka rodziny, czy kumpla, została naruszona ich własność, co czyni ich uczestnikami konfliktu – prawo powiązań emocjonalnych to jedno z praw naturalnych). Natomiast może też istnieć taka sytuacja, że nie ma się kto upomnieć, w ogóle. W takiej sytuacji właśnie mamy do czynienia z hackingiem (tzn. udało się obejść prawo podstawowe). I to z kolei może być zakazywane tylko i wyłącznie poprzez prawo ustalane przez wspólnotę terytorialną.

Wspólnota terytorialna może sobie ustalać prawa jakie chce (każdy członek tej wspólnoty dobrowolnie podpisuje umowę stowarzyszeniową), może więc też ustalić dla swoich członków także zakaz aborcji, lub jakieś obostrzenia w tym względzie.

Natomiast człowiek nie ma zagwarantowanego prawa do życia w prawach podstawowych. To jest gwarantowane tylko dla tych, którzy mogą być podmiotami, tzn. rozumieją i stosują prawa podstawowe, oraz posiadają zdolność do zawierania umów. Dzieci zatem pod to nie podpadają. Ochrona dzieci jest zorganizowana inaczej: dzięki prawu pochodnych, dziecko uważa się za kogoś, kto w przyszłości stanie się dorosłym, zatem każdy czyn, który miałby spowodować szkodę dziecka, jest szkodą w stosunku do przyszłego dorosłego. Zabójstwo czyjegoś dziecka jest zatem po pierwsze, zabójstwem tego przyszłego dorosłego, po drugie, naruszeniem prawa własności jego rodziców. Natomiast gdyby istniały szkody wyrządzone dzieciom przez ich własnych rodziców, to pozostaje już tylko to pierwsze. Plus oczywiście ewentualne szkody osób o powiązaniach emocjonalnych.

Oczywiście zaznaczam, że prawo pochodnych mówi wyraźnie, że chodzi o postać, w jaką ktoś lub coś się rozwinie. To znaczy, że jeśli mamy np. wyniki badań, które jednoznacznie stwierdzają tak daleko idące uszkodzenia płodu, że nie będzie możliwym doprowadzenie go do postaci dorosłego, w pełni świadomego człowieka, to tego przypadku prawo pochodnych z oczywistych względów nie dotyczy.

Twierdzenie, że całkowitą oczywistością jest konieczność ochrony życia to jest prywatny pogląd tzw. konserwatystów, a bardziej dokładnie, „prolajfiarzy”. Ideologia pro-life jest wymysłem XX wieku, nigdy wcześniej nie była ona w ogóle przez nikogo poważnie traktowana, ani – wbrew temu co twierdzą prolajfiarze – nigdy nie była podstawą do ustanawiania praw w jakimkolwiek państwie na świecie. Co zresztą chyba oczywiste – ideologia, która nakazuje chronić życie bez względu na okoliczności, jak każda ideologia, która nakazuje „bronić słusznej sprawy bez względu na okoliczności” jest z gruntu lewacka, a lewackie ideologie to wszystko wymysły XX wieku. Nigdy też wcześniej w żadnym państwie nie ustanawiano prawa w oparciu o „moralność”, z przyczyn oczywistych – ponieważ jest to pojęcie względne i bardzo śliskie. Nawet sama religia chrześcijańska nie jest wcale, wbrew pozorom, pro-life – zakazuje jedynie odbierać komukolwiek życie, natomiast nic nie mówi o jego ratowaniu, ani tym bardziej nie określa jakichkolwiek wyjątków, przy których wolno złamać prawa opisane w dekalogu, nawet w celu ratowania życia (co zresztą jest całkowicie zgodne z twierdzeniem, że życie ludzkie należy do Boga – nawet gdyby Bóg zdecydował się je odebrać).

Zatem, w skrócie: wśród praw podstawowych nie ma żadnego, które by bezpośrednio delegalizowało aborcję w ogóle, natomiast prawo antyaborcyjne może sobie ustalić dobrowolnie wspólnota terytorialna (powiat).

2. Ubezpieczenia

Przy definicji z „liberalizmu demokratycznego”, że państwo może zbierać przymusowo składki na ubezpieczenie, zaczynam odnosić wrażenie, że w tym przypadku całe słowo „liberalizm” jest dla picu. Czy też dobrowolność ubezpieczeń jest lepsza?

Otóż jest to tak naprawdę dość skomplikowana sprawa. Teoretycznie można załatwić sprawę prostą zasadą: ubezpieczasz się – to korzystasz z dobrodziejstw ubezpieczonego. Nie ubezpieczasz się – to martwisz się w razie czego sam o siebie. Jakiekolwiek ubezpieczenia o cokolwiek to kwestia znalezienia odpowiedniego ubezpieczyciela na wolnym rynku.

Praktyka jednak nie jest taka prosta – dokładnie tak samo zresztą, jak z podatkami. Aby założyć wspólnotę, trzeba mieć różnych ludzi, którzy odpowiednio będą swoje wkładać w jego budowę, a to są ludzie o różnych zdolnościach, różnych dochodach. Najbardziej kompromisowym rozwiązaniem byłoby to, żeby istniało zarówno absolutne minimum usług, które dostaje każdy, jak i możliwość „stopniowania” usług w zależności od wysokości składki. W takiej sytuacji tzw. świadczenia podstawowe trzeba przydzielić albo wszystkim, albo nikomu, inaczej nie będzie mowy o jakiejkolwiek wspólnocie.

Drugi problem jest taki, że – przykładowo – mamy wypadek, jest poszkodowany, nieprzytomny, nie wiadomo, czy ubezpieczony, a jak tak to gdzie. Przyjeżdża karetka, zabierać go, czy nie zabierać? W tej sytuacji to oczywiste – trzeba go zabrać, jak każdego innego, zawieźć do najbliższego szpitala, i sprawy odpłatności za usługę leczenia odłożyć na później. Nie można inaczej, bo w takich przypadkach często mamy do czynienia z sytuacją, że „decydują sekundy” i nie można tu poświęcać cennego czasu na dywagowanie, czy ubezpieczony, czy nie. W tym przypadku jedynym rozwiązaniem jest oczywiście ustalenie jednolitego prawa nakazującego ubezpieczenie się, zanim wejdzie się na teren określonej wspólnoty terytorialnej (powiatu). Być może powiat zamiast tego zgodzi się na jakąś inną formę poręczenia na poczet pokrycia kosztów potencjalnej interwencji.

Na takiej samej zasadzie może istnieć przymus ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej na drodze – jeśli tak ustanowi właściciel drogi.

Zatem, zupełnie jak w poprzednim punkcie, „ogólnopaństwowego” przymusu ubezpieczeń być nie może, ale wspólnota terytorialna może dla swoich członków (dla gości również) ustalić reguły obowiązkowego ubezpieczenia się. Tak czy owak, nie będzie to ograniczenie wolności, ponieważ przynależność do wspólnoty terytorialnej jest dobrowolna!

3. Eutanazja

O eutanazji już swoje pisałem wcześniej, niestety nikt nie wysilił się na jasne stwierdzenie, o co tu chodzi.

W przypadku „strefy libertariańskiej” sprawa jest prosta – ciało człowieka jest własnością tego samego człowieka, a wyrażenie w ten sposób tego prawa powoduje, że to prawo własności jest również niezbywalne. To oznacza, że nie ma żadnej możliwości, żeby jeden człowiek pozbawił drugiego człowieka jego życia, nawet gdyby było to przedmiotem umowy (zapisy umowy nie mogą łamać prawa podstawowego, a tak właśnie czyniłaby taka umowa). Natomiast człowiek jak najbardziej ma prawo sam odebrać sobie życie – jego ciało, jego własność. Może nawet w tym celu korzystać z pomocy drugiego człowieka, różnego „wspomagania śmierci” itd. – jedna tylko sprawa bezwzględnie musi być zachowana: czynność przesądzającą o odebraniu sobie życia człowiek musi wykonać sam, z własnej inicjatywy.

To oznacza, w skrócie, że dopóki nie ma pewności, że z człowiekiem można się porozumieć, i że człowiek samodzielnie myśli i samodzielnie podejmuje akcje – nie można doprowadzać do zabójstwa. Z drugiej strony oczywiście w tej sytuacji człowiek przestaje być podmiotem, co przenosi go de facto do postaci zasobu. Decyzję w przypadku takiego człowieka podejmują osoby powiązane emocjonalnie (lub, jeśli był zasobem wcześniej, jego właściciele).

Tu problem też polega na tym, że „eutanazją” często nazywa się odłączanie człowieka od aparatury podtrzymującej życie. Kontrowersje są tutaj nie tylko ze względu nazwania tego czegoś „zabójstwem”, ale też kto ma płacić za to podtrzymanie życia, a nawet jeżeli ktoś uważa, że życie jest własnością Boga, to czy przypadkiem Bóg nie próbował właśnie sobie tego życia wziąć, skoro człowiek nie może żyć bez sztucznego podtrzymywania.

To oczywiście niczego nie zmienia. Pozbawienie życia tego, kto jest człowiekiem, narusza jego prawo własności (do swojego ciała), a w przypadku pozostałych, jest to zniszczenie zasobu, a więc naruszenie prawa własności kogoś innego (w przypadku dzieci naruszenie prawa pochodnych). Inna sprawa jest, gdy jest dylemat typu „ratować życie, czynie ratować”. Otóż „nie ratować” zawsze jest poprawnym wyjściem, jeżeli uważamy, że istnieje Bóg i jest on panem życia i śmierci (Bóg sam ochroniłby życie, gdyby chciał je zachować). Ratować – tak, pod warunkiem, że nie ratujemy „na wariata”, tylko przewidujemy „uratowanie” komuś życia i przywrócenie do stanu samoświadomości i samodzielnego życia.

4. Edukacja

ROTFL – brak przymusowej edukacji jest uważany za ograniczenie wolności osobistych. Ktoś tu chyba nie rozumie albo co znaczy „przymus”, albo co znaczy „wolność”, albo usiłuje „stworzyć nową wartość będącą syntezą dwóch przeciwstawnych wartości”. Oczywiście nie mam nic do GPS, który tak to napisał – domniemam, że próbował jakoś ubrać w słowa durną ideologię, i wyszło to, co zawsze w takich sytuacjach wychodzi.

Tu akurat postawa libertariańska jest niemal w pełni zgodna z konserwatywnym liberalizmem, z drobnym wyjątkiem, że obowiązek edukacyjny może sobie, jak wszystko inne, ustanowić lokalna społeczność. Obowiązek ten nie jest uważany za przymus, ponieważ uważa się, że lokalna społeczność swoje prawa ustanawia dobrowolnie i każdy dobrowolnie jest członkiem danej społeczności. Dlatego ideały „liberalizmu demokratycznego” jak najbardziej mogą być wdrażane, pod warunkiem, że wszyscy tego chcą. Jeśli tak jest, to nie jest to wtedy żaden przymus.

5. Parady seksualne

Tu jest jeden drobny problem: oba „liberalizmy” uważają, że istnieje jakiś „publiczny teren”, gdzie każdy może sobie robić, co mu się podoba, i to coś ewentualnie może naruszać czyjąś wolność do oglądania tego, co chce lub wolność wyrażania własnych poglądów. Różnią się jedynie tym, którą wolność pozwalają naruszać (która wolność jest „równiejsza”).

Tymczasem w systemie ściśle libertariańskim nie ma czegoś takiego jak „publiczny teren” w ogóle (w znaczeniu, teren nie będący niczyją własnością, na której każdy może sobie robić, co mu się podoba). Teren zawsze jest czyjąś własnością, w ostateczności jest to własność organizacji samorządowej. Ktokolwiek jest właścicielem, on ustanawia prawa. Dlatego to, czy na danym terenie można urządzać parady jakiegokolwiek rodzaju, o tym decyduje po prostu zarząd lokalnej społeczności, a on decyduje tak, jak tego chcą członkowie społeczności. Teren może mieć status publicznego (tzn. każdy może tam wejść i poprzez ten teren dostać się gdziekolwiek), ale to nie znaczy, że każdy może sobie tam robić, co mu się podoba, a jedynie to, na co pozwolił właściciel.

Różnica między tymi dwoma liberalizmami zasadza się w sumie jedynie na tym, co powinno być na lokalnej społeczności wymuszone przez „państwo” odnośnie tego, na co wolno pozwolić w publicznym terenie. Liberalizm konserwatywny uważa, że społeczność nie powinna pozwalać na takie bezeceństwa, a liberalizm demokratyczny – że społeczeństwo nie powinno zakazywać innym paradować im przed nosem z siurem na wierzchu, bo to ogranicza ich wolność.

Tymczasem libertarianizm w kwestii wolności podejście ma bardzo proste, zawierające się w dobrze znanym wierszyku, „wolnoć Tomku w swoim domku”. Chcesz urządzać paradę – proszę bardzo, tylko uzgodnij to z właścicielem terenu, na którym chcesz to urządzić. Jeżeli lokalna społeczność nie chce pozwalać na takie „parady” na publicznym terenie swojej jednostki samorządowej, to nie może istnieć żaden „przymus”, który miałby to lokalnym społecznościom nakazać. Więcej, ograniczenia w przenoszeniu zasobów na inny teren tak samo są regulowane nawet dla terenów prywatnych należących do danej jednostki. Czyli parada urządzona nawet na prywatnym terenie nie może być widoczna, ani słyszalna na jakimkolwiek innym terenie innego właściciela.

 6. Służba zdrowia

Kolejny element, w którym „wolności osobistej” służy „przymus ubezpieczeń”, przynajmniej wedle liberalizmu demokratycznego. Jesteśmy coraz bliżej zatem definicji pojęcia „wolności demokratycznej”.

W systemie libertariańskim sytuacja jest bardzo bliska temu, co jest w liberalizmie konserwatywnym – to znaczy, każdy może się ubezpieczyć, jeśli chce. Z takim podejściem jest jednak kilka drobnych problemów, mianowicie:

  1. W praktyce dziś trudno byłoby jednoznacznie komukolwiek wyjaśnić, co w praktyce oznacza brak ubezpieczenia zdrowotnego, szczególnie w Europie. Dlatego gdyby ktoś naprawdę nie chciał się ubezpieczać medycznie, należałoby mu dać do podpisania określoną umowę, w której dokładnie byłoby opisane, w jaki sposób może liczyć na jakąkolwiek pomoc medyczną w takiej sytuacji.
  2. Jeżeli dana społeczność chce sobie zorganizować działający na jej terenie system szybkiej pomocy medycznej w razie wypadków, to nie ma innej możliwości, niż zrobić przymusowe ubezpieczenia. Przecież nikt normalny chyba nie wyobraża sobie zorganizować takiego systemu, gdzie do każdego wypadku karetka zanim wyjedzie to musi sprawdzić, czy uczestnicy wypadku są ubezpieczeni i czy w ogóle trzeba do nich jechać. W ostateczności można zrobić coś takiego, że można odmówić całkowicie ubezpieczenia i powiesić sobie na widocznym miejscu specjalne oznaczenie, które jest informacją dla ewentualnych służb ratunkowych, że mają w razie wypadku nie udzielać mu pomocy. Ale nawet to jest dość śliskie i może zdarzyć się przypadek, że karetka kogoś uratuje, bo akurat nie miał tego znaczka na widocznym miejscu. Oczywiście to jest żaden problem, fundusz ubezpieczeniowy może pokrywać takie rzeczy (zresztą karetka ma zwykle liczone od wyjazdu, a nie od ilości ludzi, których zbiorą, więc jeden dodatkowy nieubezpieczony nie gra im roli). Nieco drastyczny problem może być co zrobić w sytuacji, gdy w samochodzie cztery osoby ulegają wypadkowi i obrażeniom uniemożliwiającym poruszanie się, ale jedna z nich ma oznaczenie o niewykupieniu ubezpieczenia. Wtedy przyjeżdża karetka, trzy osoby zabiera, jedną zostawia, nieprzytomną na miejscu wypadku. Ktoś oczywiście musi po tym wypadku posprzątać, więc przyjedzie jakaś służba drogowa i sprzątnie złom po rozbitych samochodach, ale kto ma sprzątnąć i w jaki sposób dychającego nieprzytomnego rannego? Może ktoś się zlituje, ale… kto miałby zlitować się nad człowiekiem, który sam zadeklarował „gdybym był poszkodowany w wypadku, proszę mnie nie ratować”? Wszyscy uszanują jego wolę.

Zatem oczywiście można dać człowiekowi wybór, że może nie życzyć sobie udzielania pomocy w razie wypadku, ale:

  1. Jeśli jest pasażerem samochodu, to albo kierowca samochodu sponsoruje usunięcie zwłok, albo jak nie chce, nie może się zgodzić na jego przewiezienie (regulamin właściciela drogi). Transport publiczny (tzn. usługa przewozu osób) może odmówić usługi komuś, kto nie ma ubezpieczenia medycznego, ewentualnie zażądać wyższej opłaty lub „zastawu”.
  2. Jeśli jest kierowcą, to kwestia sprzątnięcia zwłok jest przedmiotem dogadania się z ubezpieczycielem samochodu (które może być wymagane przez właściciela drogi, i to nawet nie u każdego ubezpieczyciela, tylko wyłącznie u „certyfikowanego”). To może spowodować, że jak chce oszczędzić na ubezpieczeniu zdrowotnym, może go to kosztować wyższą stawkę ubezpieczenia na samochód.

7. Podsumowanie

Wystarczająco powyższe przykłady pokazują, że zarówno liberalizm konserwatywny, jak i liberalizm demokratyczny, niewiele mają wspólnego z pojęciem wolności.

W przypadku liberalizmu konserwatywnego możemy jeszcze mówić o samym pojęciu wolności – ale jest to nadal „wolność wymuszona”. To znaczy, nadal musi istnieć państwo, które wie lepiej, co obywatelowi do szczęścia jest potrzebne i zmusza go wręcz do tego, żeby sam się o siebie martwił. Właśnie stąd biorą się potem różne oskarżenia ze strony „demokratów” o „krwiożerczy kapitalizm”. Jeśli uważamy, że przymus ubezpieczeń jest zły – to robimy wszystko tak, żeby tego przymusu ubezpieczeń nie było. Tymczasem może się zdarzyć, że bez przymusu ubezpieczeń pewnych rzeczy nie da się zrealizować – których to rzeczy zrealizowania lokalna społeczność może sobie życzyć! Dlatego liberalizm konserwatywny to tak naprawdę „zmuszanie człowieka do tego, żeby chciał być wolnym”. Gdy mówimy o zmuszaniu, trudno jest mówić o całkowicie sprzecznym z nim pojęciu wolności.

Natomiast z liberalizmem demokratycznym jest o wiele gorzej. Tam pojęcie wolności to w ogóle jest jakieś pojęcie wolności wzięte z kosmosu. Jest tu bowiem jeszcze jeden dodatkowy aspekt: różne ograniczenia ludzkich możliwości, co może zrobić i osiągnąć, czy też zysków i strat przez niego ponoszonych, wynikają z różnych rzeczy, to znaczy z:

  1. Osobistych zdolności i stanu posiadania konkretnego człowieka
  2. Warunków naturalnych, tzn. sił całkowicie niezależnych od człowieka
  3. Działania innych ludzi

W przypadku systemów libertariańskich wolność definiuje się jako wolność, która nie jest ograniczona tylko i wyłącznie jednym z tych elementów, czyli 3 – działaniem innych ludzi. Dokładnie to za naruszenie wolności można uważać tylko i wyłącznie działanie innego człowieka, który łamie prawa podstawowe. Jeżeli ograniczenie ludzkich możliwości wynika z elementu 2, czyli sił naturalnych (np. trzęsienie ziemi zniszczyło dom), czy też osobistych zdolności konkretnego człowieka (nie umie nauczyć się obsługi koparki, więc nie może pracować na budowie jako obsługa koparki), nie ma mowy o żadnym ograniczeniu wolności. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku, gdy rodzica nie stać na naukę dla dziecka, a lokalna społeczność nie wprowadziła zasady prowadzenia składek na powszechną edukację (ani też rodzic nie należy do żadnej organizacji, która prowadziłaby zbiór składek na edukację). Nie masz pieniędzy, nie stać cię – to nie możesz mieć. No chyba… że znajdziesz kogoś, komu oddasz jakąś przysługę, najprościej mówiąc, znajdziesz robotę. Albo przeniesiesz się do społeczności, która – być może stawiając ci jakieś konkretne wymagania – zapewni ci podstawowe minimum bytowe. Istnieją takie społeczności, jest wiele społeczności wykazujących się empatią i chęcią pomocy innym. Istnieją też fundacje, które pomagają ludziom w potrzebie – istnienie takich fundacji, również obowiązkowo wspieranych przez lokalną społeczność, jest w libertariańskim systemie zupełnie normalna. Trzeźwo myślące społeczeństwa same w ten sposób innym pomagają, ponieważ to się opłaca – rozwój technologiczny i postęp społeczny jest możliwy tylko i wyłącznie w społeczeństwach, które współpracują i sobie pomagają.

Liberalizm demokratyczny jest całkowicie w poprzek tej idei. Wygląda na to, że zwolennicy tego systemu używają jakiegoś kompletnie szurniętego pojęcia wolności, które oznacza wolność od niedogodności związanych z własnymi zdolnościami lub stanem posiadania, czy wręcz warunkami naturalnymi. Jest to już jakiś kompletny idiotyzm, bo o ile w przypadku punktu 3 da się określić odpowiedzialnego za ograniczenia i żądać od tego odpowiedzialnego odszkodowania, o tyle w przypadku sił natury – a kwestia osobistych zdolności człowieka to też często wynik sił natury (np. urodziłeś się słabeuszem i nie jest to wina żadnego człowieka) – nie ma od kogo tego odszkodowania żądać, żąda się więc od ludzi, żeby solidarnie kto co ma oddawał dlatego, że akurat ma, a trzeba pokryć straty, które u kogoś spowodowała natura, bądź dać mu coś, co wyrówna fakt, że natura czegoś mu poskąpiła. Nie ma innej możliwości wykonania tego, niż zabrać człowiekowi to, co człowiek posiada – zatem jest to wprost działanie człowieka (pkt. 3) wymierzone przeciwko innemu człowiekowi (a więc złamanie prawa podstawowego), żeby wyrównać komuś stratę, za którą obrabowany wcale nie odpowiada i z którą nie miał nic wspólnego.

Tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy, na czym polega wolność i z czego wynika fakt, że tylko Bóg może być „absolutnie wolnym”, a nigdy człowiek. Właśnie tylko dlatego, że istnieje coś takiego, jak siły natury, czy też elementy otoczenia człowieka, na które żaden człowiek nie ma najmniejszego wpływu, a jeśli te elementy spowodują u człowieka straty, to po prostu ma pecha – mogło trafić na każdego, trafiło na niego. Dlatego tzw. „stan podstawowy” wolności człowieka to jest stan, gdzie człowiek jest w całej swojej okolicy zupełnie sam. To znaczy, nadal podlega siłom natury, ale nie ogranicza jego działań żaden człowiek. To jest najwyższy stopień wolności, na jaki może liczyć człowiek. Jeśli pojawi się drugi człowiek, wtedy istnieją dopiero potencjalne możliwości, jak jeden człowiek może ograniczać wolność drugiego człowieka. I to zawiera się właśnie w definicji praw podstawowych. Dlatego definicje jakichkolwiek reguł jeśli mają „nie naruszać osobistej wolności” to są takie reguły, które mogą działać (choć w sposób nieefektywny) również w systemie, w którym istnieje tylko jeden człowiek. Jak widać, reguły z „liberalizmu demokratycznego” nie mogłyby w takiej sytuacji działać, bo nakazywałyby realizację rzeczy niemożliwych – np. zapewnienie edukacji temu człowiekowi w zasadzie nie wiadomo przez kogo, skoro nikogo innego nie ma w okolicy.

Właśnie dlatego ani jeden, ani drugi „liberalizm” liberalizmem nie jest.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: