Libertariańskie nieporozumienia

W trakcie różnorakich dyskusji natykam się na różne twierdzenia na temat libertarianizmu, czy to entuzjastyczne, czy to krytyczne, ale bardzo często jednak świadczące o niezrozumieniu niektórych – prostych jakkolwiek – pojęć, a nawet świadczące o utracie kontaktu z rzeczywistością. Podam tu parę przykładów.

Przypominam oczywiście, na czym polega „minimum ustaleń” według mojej definicji – są to trzy prawa podstawowe: prawo umowy, prawo własności, prawo informacji. Jest też Najwyższy Sąd Arbitrażowy, który rozstrzyga sprawy ostatecznie, ale wyłącznie w zakresie tych trzech praw.

1. Każdy na swoim terenie może robić wszystko, co mu się podoba!

Postawa taka jest bardzo często mylona z libertarianizmem, zarówno przez tych, którzy są wobec niego krytyczni, jak i tych, którym się wydaje, że to jest libertarianizm. Niestety nie – to coś nazywa się „propertarianizm”, i jest bardziej chorobą umysłową, niż ideologią. Jest ona bowiem wewnętrznie sprzeczna: jeżeli bowiem właściciel terenu może, przykładowo, zabijać ludzi na swoim terenie, czyli pogwałcić prawo własności człowieka do swojego ciała, to dlaczego ktoś ma honorować jego prawo własności do swojej posiadłości?

Zatem, po pierwsze, istnieją obowiązujące w całej strefie prawa podstawowe – i nie ma w ogóle takiej możliwości, że „na swoim terenie” obowiązują inaczej, niż gdziekolwiek indziej! Reguły dotyczące praw podstawowych są wszędzie takie same i niezmienne, w ostateczności można mieć jakieś wątpliwości w kwestii tego, na ile obowiązują one poza „strefą libertariańską”, ale wewnątrz strefy działają one tak samo i niezmiennie w każdym przypadku.

Po drugie, z kolei, nawet jeżeli mówimy o robieniu „co się podoba” z poszanowaniem samych praw podstawowych, to nadal – choć teoretycznie prawo własności stanowi, że właściciel może zrobić ze swoją własnością co mu się podoba – istnieją jeszcze różne umowy z innymi ludźmi i organizacjami, które mogą również ograniczać to, co człowiek może zrobić ze swoją własnością. Przecież nie jest nigdzie napisane, w jakim zakresie człowiekowi wolno się o coś umawiać – ograniczenia są tylko do tego, co człowiek fizycznie jest w stanie zrobić, oraz do zgodności z prawem podstawowym. Jeżeli np. ktoś podpisuje umowę, że samochód, który nabył, będzie utrzymywał w czystości – to musi utrzymywać, nieważne że to jest jego samochód, więc teoretycznie może sobie i gnojówki do niego nalać. Musi nie dlatego, żeby samochód nie był tak do końca jego własny, tylko dlatego, że taką podpisał umowę. Umowa, jeśli rzeczywiście została podpisana dobrowolnie i z pełną świadomością skutków, obowiązuje – zgodnie z prawem umowy. Nie ma to nic do prawa własności.

Zatem, w praktyce, każdy może na swoim terenie robić wszystko, co mu się podoba, ale tylko pod jednym warunkiem: że jest właścicielem ziemi pod wszystkimi zabudowaniami, dróg, pól, lasów, oraz cała ta ziemia będąca jego własnością jest stuprocentowo samowystarczalna – dostarcza wystarczająco dużo wody, ścieki i odpady komunalne przerabia w 100% na swoim własnym terenie, uprawy na tym terenie są wystarczające, żeby wyposażyć wszystkich mieszkańców w żywność, na terenie tej posiadłości znajdują się też różne fabryki produkujące potrzebne narzędzia i sprzęty. Aha, no i oczywiście teren swojej ziemi ma ogrodzony tak, żeby na pewno nikt się tam nie dostał. Bo jeżeli miałby współpracować z jakimikolwiek innymi obszarami i prowadzić wymianę towarową, to już musi podpisywać najróżniejsze umowy.

A i to nie do końca. Bo jeszcze dodatkowo musiałby na tym terenie mieszkać całkowicie… SAM. Jeżeli pojawi się na tym terenie jakakolwiek inna osoba, to i tak trzeba wobec niej przestrzegać praw podstawowych. A do tego dodatkowo jeszcze zwykle dochodzą jakieś umowy między właścicielem ziemi a gościem, które jeszcze owemu właścicielowi mogą wiązać ręce dodatkowo. Oczywiście nikt żadnej takiej umowy właścicielowi ziemi nie narzuca, ale i z drugiej strony nikt nie jest zmuszony, by na jego teren wchodzić, ani robić z nim jakiekolwiek interesy. Ewentualny gość, który ma coś właścicielowi ciekawego do zaoferowania, może żądać respektowania pewnych dodatkowych reguł.

Istnieją na świecie ludzie, którzy próbują żyć całkowicie samotnie i samodzielnie; tacy oczywiście w strefie libertariańskiej byliby jak ryba w wodzie: swój teren, określony i ograniczony, sami za wszystko odpowiadają – tacy oczywiście mogą sobie robić na swoim terenie rzeczywiście co tylko im się podoba. Ale to akurat nie ma znaczenia dla jakichkolwiek rozważań, ponieważ tacy ludzie siłą rzeczy nie wchodzą w interakcje z kimkolwiek. A jeżeli wchodzą – to zawierają zawsze jakąś umowę, choćby tylko tymczasowo na czas wizyty.

2. Każdy może pójść do lasu i upolować co zechce – spryciarze wytrzebią lasy, pozostali będą głodować

Do czyjego lasu?

W strefie libertariańskiej nie ma takiej kategorii ziemi i przestrzeni jak „niczyja”. W ostateczności ziemia taka jest własnością organizacji wspólnoty ziemskiej, którą nazywam „powiatem”, i jest to własność prywatna tej organizacji, co oznacza, że ta organizacja ustala sobie tam prawa jakie chce. Fakt, że każdy może sobie do tego lasu wejść, kiedy chce, zbierać grzyby i jagody, oznacza tylko tyle, że organizacja powiatowa ustaliła takie prawo: „każdy może wejść i jak znajdzie jakieś grzyby, czy jagody, to może zebrać ile chce i wziąć sobie to za darmo”. Oczywiście nie musiała tego ustalać, mogła ustalać inaczej – na przykład, że wstęp do lasu płatny. Albo że można zebrać tylko do dwóch litrów jagód i 2kg grzybów dziennie. Albo że trzeba odpalić temu powiatowi 5% działki ze sprzedaży. Albo że wstęp tylko dla mieszkańców powiatu, dla gości i intruzów nie. Wszystko może sobie ustalić zarząd powiatu, bo powiat działa w imieniu mieszkańców, którzy są efektywnie uczestnikami własności tego terenu.

Las tak samo może być własnością prywatnej osoby, czy firmy, czy jakiegoś kółka zainteresowań zarejestrowanego jako organizacja, i właściciel na tej samej zasadzie sam ustala sobie reguły użytkowania lasu. Jeżeli zatem sam jesteś właścicielem twojego lasu, to możesz sobie w nim oczywiście robić, co ci się podoba (jeśli mieści się to oczywiście w uzgodnieniach z pozostałymi osobami, które wpuściłeś na swój teren, organizacjami do których należysz itd.). Jeśli go wytrzebisz i nie pozwolisz na odradzanie się – zniszczysz swoją własność. Co to zmieni? Nic, poza tym, że nikt po tobie nic sensownego nie odziedziczy, ani też w razie czego nie będziesz mógł tego lasu nikomu za sensowną cenę sprzedać. Ponieważ nie jest to już las taki, jaki był na początku, jest zdecydowanie mniej wart. Odbudowa zniszczonego lasu trwa długie lata, nawet dłużej, niż życie człowieka, więc oczywiste jest, że las sprawnie funkcjonujący jest wart ogromne pieniądze.

Nie jest to żelazna reguła. Ale jeżeli już twierdzimy stanowczo, że jedną z najbardziej powszechnych cech ludzkich jest zachłanność – to w takim razie każdy powinien na swoją własność chuchać i dmuchać, i raczej pomnażać wartość tej własności, niż ją trwonić i niszczyć. Jeżeli trwoni – to jest po prostu idiotą, który nie zasłużył na otrzymanie takiej własności. Choć oczywiście, jeśli już się trafiło, że taki ktoś wszedł w posiadanie lasu, to trudno. Jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. A nawet gdyby się trafił ktoś, kto odziedziczył na własność dużą połać lasu i bezmyślnie go zaczyna niszczyć, pewnie nie zostałoby to tak niezauważone, więc znalazłby się jakiś sprytny biznesmen, który zaoferowałby właścicielowi jego odsprzedanie, póki jeszcze ten las jest cokolwiek wart. Ktoś, kto chciałby tylko przepuszczać pieniądze i trwonić wszelkie dobra, pozbyłby się takiego lasu jeszcze z pocałowaniem ręki – o ile łatwiej mu jest przepuszczać pieniądze, niż niszczyć własny las!

To wyraźnie wskazuje na bardzo istotną zależność: ten, kto jest świadom wartości tego, co ma, i ile traci przez niszczenie, nie będzie niszczył. Zamiast tego, będzie robił użytek z lasu. Będzie polował w sposób kontrolowany i będzie sprzedawał innym to, co upoluje – lub będzie zawierał umowę na samodzielne polowanie, również w ściśle ograniczony sposób. Będzie również dbał o drzewa i wycinał je w kontrolowany sposób, zarabiając na dostarczaniu wysokiej jakości drewna.

Tak, wiem oczywiście, że las to nie jest taka tylko połać ziemi i może tam stać zarówno las, jak i fabryka – las po pierwsze długo rośnie i się odradza, po drugie jest to teren, który filtruje powietrze z niechcianych gazów, produkuje tlen i reguluje gospodarkę wszelką chemią w przyrodzie. Dlatego ze świadomością czegoś takiego każdy powiat powinien ustalić sobie reguły dotyczące wielkości obszarów leśnych na jego terenie i jak najbardziej może zażądać od wszystkich właścicieli lasów podpisania stosownej umowy, że o ten las będzie dbał i będzie robił wyrąb „nierabunkowy”. Oczywiście właściciel może się nie zgodzić, ale wtedy powiat może go „odciąć” i nie dopuszczać go do korzystania z własnych zasobów.

3. Właściciel terenu ze źródłem wody będzie wyznaczał zaporowe ceny za dostęp do źródła

Jasne – a równocześnie za transport wody będą mu ludzie skwapliwie wyznaczali umiarkowane stawki. Specjalnie po to, żeby umożliwić mu bogacenie się.

Oczywiście w naszej strefie klimatycznej teoretycznie do wód głębinowych można się dokopać samemu, nie ma z tym większego problemu – dlatego nie jest to sytuacja typu „gość nie ma konkurencji”. Inaczej wygląda sprawa z mocniejszymi źródłami, które potrafią następnie zasilać rzeki – i w naszej strefie klimatycznej w zasadzie tylko takie źródła mogą być przedmiotem handlu, bo tylko takie produkują wodę w dużych ilościach. Jeżeli jednak ktoś by chciał sprzedawać taką wodę po zaporowych cenach, to nikt od niego nie kupi – a źródło nadal działa. Co zrobi z wodą, której nie sprzeda? Wyleje? Woda może wsiąkać w ziemię do czasu (gdyby mogła w nieskończoność, nie istniałyby rzeki, ani jeziora). W końcu zacznie się wylewać. Nie ma takiej pojemności, żeby całą wodę mógł zmagazynować zanim wycieknie! Choćby już nawet dlatego, że wielkość posiadłości ziemskiej nie jest nieograniczona. A nawet gdyby chciał zmagazynować taką wodę, to tylko na tym straci – woda źródlana niestety nie jest, w odróżnieniu od destylowanej, biologicznie neutralna i wraz z upływem czasu zwiększa się w nich ilość szkodliwych substancji, o przesiąkaniu wody mikroelementami ze ścianek zbiorników nie wspomnę. Nawet zakładając, że wodę możemy magazynować latami, po tych kilku latach w zbiorniku jest funta kłaków niewarta, może się nie nadawać nawet do polewania ulic. W ten sposób kupno takiej wody byłoby nie dość, że nieopłacalne (z powodu zaporowych stawek), to jeszcze zmniejszy się na nią ilość chętnych – w końcu kogo może interesować kupno wody, której nie można pić?

A w momencie, gdy woda przekroczy granice posiadłości właściciela terenu ze źródłem… zostanie on podany do sądu arbitrażowego przez właściciela posiadłości za jego granicą. I będzie musiał zapłacić odszkodowanie za zalewanie mu działki. Przecież prawo własności działa tak samo w przypadku właściciela sąsiedniej działki, jak i właściciela źródła wody. Jak to się jednak stało, że woda z jednej posiadłości wylała się na drugą? Że tak w naturze było (pamiętajmy, że dziś raczej jest mało prawdopodobne „odkrycie” istniejącego źródła o takiej mocy – raczej będzie to tak, że dwie działki, jedna ze źródłem i jedna z płynącą dalej wodą, zostały nabyte)? Może i było – ale właściciel przecież zadeklarował, że woda nie jest zjawiskiem naturalnym, tylko jego własnością, bo chce ją sprzedawać. Skoro tak – no to sorry, takie mamy warunki, że jak to jest twoja własność, to też i twoja wina, że woda zalewa posiadłość kogoś innego.

Oczywiście jeżeli właściciel terenu, na którym znajduje się źródło zechce – dla uniknięcia kłopotów – zadeklarować, że ta woda jest zjawiskiem dla niego zupełnie naturalnym i nie bierze odpowiedzialności za wodę (ale i nie będzie w niej mył nocnika – bo wtedy jest to znów przerzucanie z jego przyczyny swojej własności na teren kogoś innego bez pozwolenia), to nie ma innego wyjścia, jak w tej kwestii podpisać z właścicielem sąsiedniej działki odpowiednią umowę. Wtedy oczywiście może powiedzieć, że nie bierze odpowiedzialności za to, że na teren sąsiada wdziera się woda – ale i nie może jej sprzedawać (a jeśli nawet sam chce z niej korzystać, to musi wtedy udostępnić możliwość poboru tej wody bezpłatnie każdemu chętnemu, bo w przeciwnym razie jest to zawłaszczanie zasobu naturalnego). Bo żeby sprzedawać, musiałby uznać ową wodę za swoją własność (prawo informacji – nie może w zależności od okoliczności ta sama rzecz raz być własnością, a raz nie!). A jeśli uzna ją za swoją własność – wtedy z sąsiadem obok musiałby już dogadywać się inaczej, tzn. na dzierżawienie jego kawałka terenu na transport wody. Czy może mu ją sprzedawać? Może, o ile ten ją kupi. Jeśli nie kupi, to wtedy własność właściciela źródła przepływa przez jego teren i na ten temat muszą zawrzeć jakąś umowę na dzierżawę na określonych warunkach. Jeśli tego nie zrobią, to właściciel terenu z rzeką będzie mógł pozwać właściciela terenu ze źródłem do sądu.

Ale i to nawet jest jeszcze nie koniec kłopotów właściciela terenu ze źródłem. Woda przepływa przez teren sąsiada, ale jest raczej nieprawdopodobne, że sąsiad hoduje jakiegoś smoka Wawelskiego, który mu tą całą wodę wypije. Zatem woda będzie musiała wypływać z jego terenu na teren następnego sąsiada. Sąsiad 2 do sąsiada 1 no gościu co mi tu wypływa? A sąsiad 1 powie, że to nie moje, to tego tam, gdzie jest źródło, ja mu tylko udostępniam teren to przelewania wody, za odpowiednią opłatą. To jego własność, do niego idź z pretensjami. I tak po kolei do każdego z sąsiadów nieszczęsny właściciel źródła musi wpaść i podpisać stosowną umowę. Co i raz komuś nowemu musi płacić za przepływ tej „jego” wody przez jego teren, a jeszcze się nie zdążył dobrze zastanowić, w jaki sposób chce zarabiać poprzez „golenie frajerów” na sprzedaży wody!

Dlatego, jak się spodziewam, najsensowniejszym rozwiązaniem jest utworzenie konsorcjum w składzie różnych terenów ziemskich, które ustanowią wspólny zarząd tak powstałego terenu ziemskiego (czyli powiatu), i tereny ze źródłem i rzeką zostaną przejęte przez to konsorcjum na własność. Następnie wszyscy będą z tych zasobów wodnych korzystać ustalając reguły wspólnie.

Inna sprawa może być na terenach ubogich w wodę. Tu sytuacja wygląda inaczej – ale też wygląda inaczej kwestia uzyskiwania własności.

Jeżeli teren jest przedmiotem dobrowolnego zasiedlenia, to wtedy będzie zwykle tak, że nikt nie zajmie terenu bez dostępu do wody, to chyba oczywiste. Jeżeli zaś kilku zajęło tereny i nagle wszyscy się rzucili na niezajęty teren z wodą (mało prawdopodobne, bo zwykle najpierw się patrzy, czy jest woda, a potem zajmuje teren, ale załóżmy), to wtedy prawo do zajmowania tego terenu mają wszyscy, którzy się o to ubiegają i którzy są nim zainteresowani – a w ostateczności będzie musiał to rozstrzygnąć sąd. Jeśli z kolei jest niezajęty teren blisko źródła, to z oczywistych względów jeśli ktoś będzie chciał go zająć, to musi wymyślić, jak z tego terenu zrobić użytek, nie mając dostępu do wody, a następnie z właścicielem uzgodnić odpowiednią umowę użytkowania. Ponieważ samo istnienie takiej umowy – przypisanej do terenu obustronnie (tak też można), a więc dziedziczonej przez każdego następnego właściciela – zmienia kwestię wartości działki, rozwiązanie takiej umowy powinno być obwarowane wypłatą odpowiednich odszkodowań.

Oczywiście może być też źródło innych zasobów – takich jak np. brzeg morza, czy jezioro. Czy nawet coś typu góry, ładne widoki itd. – na to jest jeszcze jeden sposób. Otóż każdy właściciel terenu, o ile nie jest właścicielem dużego, samowystarczalnego terenu (podobno takie nie istnieją, lub też życie na nich wymaga ogromu wyrzeczeń), należy do jakiejś formy wspólnoty ziemskiej. Wszystko jest w takiej sytuacji kwestią umowy z sąsiadami ze wspólnoty, a nawet jeśli się nie należy do wspólnoty, trzeba mieć z nimi zawiązaną jakąś umowę, żeby w ogóle choćby można było się ze swojej posiadłości wydostać. A skoro już są podpisane umowy – to nie ma innej możliwości, niż taka, że właściciel zasobu sprzedaje dostęp do niego po uczciwych cenach. A w zamian może dostać pozwolenie na kupowanie innych zasobów.

Tak. Dobrowolność podpisywania umów i zawierania transakcji to również możliwość umówienia się, że człowieka z terenu jego posiadłości nie wypuszczą i nikt od niego niczego nie kupi. Nawet jeśli musieliby kupić drożej od kogo innego. To prawda, że – jak już chyba wspomniałem – Naczelny Sąd Arbitrażowy jest władny zmusić właściciela zasobu w szczególnych przypadkach do odsprzedaży zasobu. To się jednak dzieje tylko w przypadku, gdy jest to jedyny sposób na rozwiązanie konfliktu. Właściciel terenu z unikalnym zasobem może oczywiście podać do sądu powiat, który nie chce go wypuścić z posiadłości – ale jedyne, co uzyska, to zapewnienie od sądu, że powiat bardzo chętnie go wypuści, jeśli on zechce z nim podpisać odpowiednią umowę na korzystanie po uczciwych stawkach ze swoich zasobów. Właściciel oczywiście może być uparty i dostępu nie dać, ale powiat tak samo może się uprzeć i go nie wypuścić, pozwalając mu co najwyżej w ostateczności wykopać sobie – na własny koszt oczywiście – tunel pod ich terenem.

Oczywiście jeszcze można by zapytać, co w przypadku, gdy trafi się gdzieś kopalnia złota?

Moment. Ustalmy najpierw, co to znaczy „trafi się”? Ktoś trafił przypadkiem na kopalnię złota na działce, która od pewnego czasu jest jego własnością i wcześniej nie było na ten temat żadnej wzmianki? No to trudno – trafił, miał szczęście, jest jego.

A jeśli trafił ot-tak na otwartym terenie?

Nie mógł. Jeśli trafił na „otwartym terenie”, to znaczy, że zrobił to na terenie powiatu, o ile wręcz nie na terenie jakiegoś właściciela będącego osobą fizyczną. Ziemia taka jest własnością prywatną, więc cokolwiek się znajduje w tym miejscu, dysponowanie tym czymś może się odbyć tylko na warunkach określonych przez właściciela. To oznacza, że facet nie mógł grzebać w ziemi. To znaczy pewnie mógł, ale na takiej ziemi to nawet nie wolno mu jagód zbierać, jeśli właściciel na to nie pozwoli. Na grzebanie w ziemi na pewno nie pozwoli tak od kopa.

A jeśli ktoś dogrzebie się do jakiegoś złota, stwierdzi że jest, a potem z dupy nagle kupuje tam działkę?

Może o to wystąpić, choć oczywiście powiat nie ma obowiązku zawierania transakcji – wymuszenie transakcji może przeprowadzić tylko NSA i tylko w sytuacji, gdy jest to niezbędne do rozwiązania konfliktu własności. Ale zanim powiat ową działkę sprzeda, powinien oczywiście najpierw przeprowadzić dokładną analizę owej działki, w tym przeprowadzi badania, co tam się znajduje, nawet pod ziemią – i jeżeli jest tam kopalnia złota, to z pewnością ją znajdzie. Nadal oczywiście może mu ją zechcieć teoretycznie sprzedać, choć pewnie będzie sobie za to żądać potwornych pieniędzy, bo działka z kopalnią złota będzie i kupę złota warta. Oczywiście powiat może źle wykonać prace badawcze i sprzedać mu działkę za bezcen – trudno, jeśli powiat ma takich mieszkańców, którzy nie umieją wymusić określonych rzeczy na władzach w takich przypadkach, to trudno.

Oczywiście to nadal nie oznacza, że po kupnie takiej działki już hulaj dusza. Powiat, mimo badań, może kopalnię przegapić. Niestety jeżeli znajdą się jakiekolwiek dowody na to, że ten człowiek wcześniej dowiedział się w jakiś sposób, że na tej działce znajdowała się kopalnia złota, to wtedy wystąpi problem typu niezgodność przedmiotu transakcji między zapisem w umowie, a stanem faktycznym (tzn. co innego pod pojęciem owej działki rozumiał powiat, a co innego nabywca – ponieważ nabywca wiedział, że nabywa teren ziemski z kopalnią złota, a to jest już przedmiot innej transakcji). Jeśli powiatowi uda się coś takiego udowodnić, idzie z tym do sądu i uzyskuje od niego z marszu unieważnienie transakcji. Tylko, drobnostka, powiat też nie może być głupi i dać zapisu w umowie, że sprzedaje działkę niezależnie od tego, co się na jej terenie i pod nią znajduje. Musi dokładnie opisać, że sprzedaje działkę o danej powierzchni, z pułapem wysokościowym X metrów i z dozwoloną głębokością Y metrów, na terenie której nie ma żadnych wartościowych minerałów. W zasadzie samo ograniczenie głębokości zwykle powoduje, że żadne kopalnie nie mają tam racji bytu – w razie udowodnienia, że ktoś kopie na swojej ziemi na głębokość większą, niż wspomniane w jego akcie własności, czeka go wypłata sporych odszkodowań.

4. Nie będzie żadnej wymyślonej przez współczesne państwa „własności intelektualnej” – każdy będzie mógł kopiować filmy i muzykę bez ograniczeń!

W strefie libertariańskiej podstawą do rozważania praw własności jest pojęcie zasobu. Zasób jest to coś, co posiada jakąś wartość, może być przedmiotem transakcji, przedmiotem własności i dzierżawy (przy czym uwaga: transakcja wymaga, aby poddany jej zasób był najpierw czyjąś własnością). Aby stwierdzić, czy w strefie libertariańskiej będzie istniało pojęcie własności intelektualnej, trzeba określić, czy jest ona zasobem.

Rozstrzygnięcie, czy własność intelektualna może być zasobem, jest bardzo proste. Wystarczy dać następujące porównanie: załóżmy, że mam płytkę DVD (powiedzmy że RW) z filmem i jedną taką samą, czystą. No dobrze, zapisaną jednokrotnie jakimiś nieistotnymi danymi. Czy wartość tych dwóch przedmiotów na rynku jest identyczna, czy też ta z filmem będzie warta więcej? Zakładamy oczywiście, że poza faktem, że na jednej z płytek jest nagrany ten film, niczym się one od siebie nie różnią. Zakładamy oczywiście dodatkowo, że film ten równocześnie nie jest nigdzie dostępny do ściągnięcia w sieci, choć istnieje dostępnych wiele płyt DVD z tym filmem.

Porównanie to oczywiście można też odnosić do tego, co jest faktycznie wart dany film na rynku. Istnieją bowiem oczywiście filmy, które dla wielu ludzi będą przedstawiały taką wartość, że różnica między tymi dwoma płytkami będzie żadna. Ale i trzeba też pamiętać o drugiej stronie medalu – ile zasobów zostało poświęconych, aby wyprodukować tą pierwszą, pierwotną płytkę DVD z filmem. A konkretnie, aby wyprodukować sam film.

Oba te porównania wskazują nam niezbicie, że ów film, który jest jedynie zapisem danych, nie jest w ogólności jakimś „zupełnie niczym”. Natomiast trzeba też pamiętać, że ponieważ może on być powielany, to nie może być siłą rzeczy przedmiotem sprzedaży (ponieważ po dokonaniu sprzedaży uważa się, że zasób docierając do następnego właściciela poprzedniego opuścił). Może być jedynie przedmiotem dzierżawy (licencji). Przedmiotem sprzedaży co najwyżej mogą być prawa autorskie do filmu (czyli, w tym wypadku, możliwości ustalania innym warunków licencji tego filmu).

Ale z drugiej strony trzeba też pamiętać o tym, że własność intelektualna musi podlegać takiej samej grze rynkowej, jak inne zasoby. Szczególnie istnieje tutaj problem w przypadku wynalazków, ale także takich rzeczy np. jak wzory projektowe. Właściciel takiego zasobu intelektualnego przez sam fakt zarejestrowania go ma potencjalne możliwości szkodzenia innym poprzez zakazywanie im robienia podobnych rzeczy, nawet jeśli się na nim wcale nie wzorowali. Dlatego w przypadku własności intelektualnej trzeba uwzględniać następujące aspekty:

  • jakie zasoby i jak wiele pracy ktoś włożył w wymyślenie tego wynalazku (stworzenia utworu itd.)
  • jakie zasoby i jak wiele pracy ktoś włożył w dopracowanie tego pomysłu od strony technologicznej
  • na ile można oszacować alternatywne sposoby wytworzenia takiego zasobu intelektualnego
  • czy są możliwości oszacowania wartości samego zasobu (porównanie wartości zasobów, które ów zasób zawierają, i które go nie zawierają)

Dopiero po przeanalizowaniu tych wszystkich czynników możemy stwierdzić, na ile rzeczywiście można określić, że coś jest zasobem intelektualnym, i jakie obowiązują go dodatkowe uwarunkowania.

Załóżmy taką całkiem arbitralną sytuację: w strefie ktoś robi film. Wydaje na niego określone pieniądze. Jak może teraz ten film sprzedać, żeby cała robota mu się opłaciła?

No bo jeżeli nie będzie żadnego prawa, które by chroniło „własność intelektualną”, to wtedy sprzeda jednemu gościowi za ułamek tego, co włożył w produkcję (za większe pieniądze przecież nikt nie kupi), a ten następnie rozprowadzi wśród wszystkich w całej strefie. No, może użebrze parę groszy na jakiejś sprzedaży dobrze rozreklamowanej – ale nie róbmy sobie jaj, w strefie raczej wszyscy się lepiej znają, więc jeden kupi, sąsiedzi zrobią zrzutkę, i tak producentowi filmu nie zwrócą się nawet koszty produkcji. Potencjalni twórcy filmów będą o tym wiedzieć doskonale, więc i nie będą niczego produkować. No, ewentualnie gdyby znalazła się grupka zapaleńców, będą ten film wyświetlać wyłącznie na jakichś „zamkniętych pokazach” (nawet w zwykłych kinach nie ma co ryzykować, bo będą też ludzie wynoszący film kamerą – za to nie można karać, skoro film nie jest przedmiotem własności). A na dodatek, jeśli przedstawicielstwo strefy nie podpisze z innymi krajami umów na ochronę „własności intelektualnej”, to na granicy będą nawet kontrolować, czy ktoś nie „przemyca” filmów czy dokumentacji technicznej (i aresztować za próbę przemytu). W efekcie mieszkańcy strefy nie będą mogli oglądać żadnych filmów produkowanych za granicą, a co najwyżej pokątnie rozdawać sobie pirackie kopie – choć to z kolei też byłoby legalnie naciągane, ponieważ prawo własności dotyczy tego przypadku również. Już nie wspomnę zresztą o niemożliwości bycia takiej strefy w Schengen, bo warunkiem jest uważanie zasobów intelektualnych za zasoby i jako takie podlegające prawu własności.

Dlatego nie ma innego wyjścia jak określić pewien ograniczony czas, przez który będzie obowiązywała ochrona własności intelektualnej, czy też różne inne bardziej skomplikowane obostrzenia, takie jak nakaz licencjonowania każdemu chętnemu.

Własność intelektualna zawsze wzbudza wiele kontrowersji – ale trzeba niestety też pamiętać o tym, że traktowanie utworów i wynalazków jako rzecz publiczną spowoduje jedynie, że nikt nie będzie chciał niczego wynajdować, ani tworzyć – a jeśli już coś takiego zrobi, to będzie to robić wyłącznie z pasji, dla grona znajomych, może czasem dla sławy – ale będzie to robić wyłącznie jako poboczne zajęcie, coś w rodzaju hobby (a przez większą część czasu będzie robił co innego, coś, na czym może zrobić pieniądze). A wynalazki będzie po prostu ukrywał na ile się da i będzie sam robił z nich użytek dla siebie – nie dając innym możliwości skorzystania z jego dobrodziejstw, nawet za obopólną korzyścią. Wynalazki nadal będą powstawały w krajach, w których własność intelektualna jest chroniona, a strefa będzie zaściankiem technologicznym. To jest teoria.

Nie jestem w stanie niestety potwierdzić nic konkretnego w kwestii praktyki, bo różne rzeczy słyszałem. Słyszałem np., że Anglia tak się wzbogaciła w czasach XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, bo była pierwszym krajem, który wprowadził prawo patentowe. Ale i słyszałem też, że Szwajcaria początkowo tak się wzbogaciła dzięki korzystaniu z Niemieckich wynalazków bez ponoszenia opłat za patenty – oczywiście do czasu, bo Niemcy się w końcu wkurzyli i wymusili na Szwajcarii wprowadzenie tego prawa, no i wtedy eldorado się skończyło. Oczywiście na obie te rzeczy istnieje wytłumaczenie: Anglia się wzbogaciła, bo ludzie mając pewność ochrony swoich wynalazków, publikowali swoje wynalazki i robili na nich kasę, a kasę robili też następnie ci z nich korzystający. Szwajcaria natomiast korzystała z już gotowych wynalazków z Niemiec – czyli bogacili się cudzym kosztem.

Istotne jest jednak, że na pewno jakaś ochrona własności intelektualnej powinna istnieć, ponieważ zasób intelektualny jest bezsprzecznie zasobem. Niestety współczesna realizacja tego ideału często bywa taka, jak to zwykle – że właściciel unikalnego zasobu uniemożliwia dostęp, a ten, który ten dostęp wykradnie, niczym Prometeusz, jest następnie ścigany przez prokuraturę (już nawet jeden z takich, po pogróżkach, popełnił samobójstwo). Natomiast czy można określić jakieś uniwersalne reguły, które pozwalałyby pozbawiać właściciela zasobu możliwości jego nieudostępniania? Oszacowanie, ilu ludzi „kupiłoby” licencję na określony zasób intelektualny, gdyby nie dano im możliwości uzyskania go za darmo, jest bardzo trudne, właściwie można to jedynie zrobić poprzez porównanie i policzenie – a porównać nie zawsze jest z czym. Potem oszacowanie, kto z zasobu skorzystał i jak go spożytkował. Po co? Tylko i wyłącznie po to, żeby stwierdzić, kto ma zapłacić odpowiednie odszkodowania. Właściwie najsensowniejszy chyba pomysł byłby taki, żeby za ochronę własności intelektualnej należało płacić odpowiednie pieniądze, w zależności od typu zasobu (sposobu jego wykorzystania), z ratą rosnącą z każdym rokiem ochrony. Ale to już jest do ustalenia w gestii powiatów – podobnie jak regulacje antymonopolowe.

Problem polega też na tym, że ten przykład z samobójstwem człowieka zaszczutego przez prokuraturę za to, że udostępnił w sieci należące do prywatnego właściciela dokumenty aby pomóc studentom w uzyskaniu niezbędnej im wiedzy, jako przykład „tych okrutnych praw autorskich”, jest nietrafiony. Problemy w tym przypadku były zupełnie inne, tzn.:

  • facet nie był żadnym złodziejem-włamywaczem, kieszonkowcem, mordercą, gwałcicielem, czy w ogóle kimś niebezpiecznym dla społeczeństwa, więc ściganie go przez prokuraturę jest najzwyczajniej w świecie brutalną opresją, działaniem godnym totalitarnej dyktatury (oligarchicznej zresztą) – jeśli USA, a dokładnie temu stanowi, w którym sytuacja miała miejsce, zależało na pokazaniu, że tam cywilizacja jeszcze nie dotarła, a standardy prawne przypominają carską Rosję lub Afganistan, to im się to udało. Jeżeli dla kogoś to stanowi problem, że ten gość udostępniał te materiały w sieci, to tylko dla właściciela praw autorskich. Właściciel ten powinien móc go podać do sądu i zażądać odszkodowania – i na tym powinna się wszelka moc „ścigania przestępstwa” zakończyć. Ewentualnie właściciel praw może jeszcze zażądać od uczelni zdjęcia udostępnienia oraz powiadomić wszystkich, którzy zdążyli już skorzystać, że mają usunąć wszelkie odwołania do tego materiału we wszystkich swoich pracach lub móc udowodnić, że nabyli prawa do dzierżawy tego materiału (lub je nabyć, jeśli tego nie zrobili), i jeżeli taka akcja się uda, to o tyle mniej będzie żądać od udostępniacza odszkodowania.
  • jeżeli rzeczywiście był to materiał potrzebny studentom, to uczelnia nie powinna nawet sugerować, że istnieje taki materiał i że warto by było się do niego odwołać – jak ktoś studiuje, to uczelnia powinna udostępnić mu za darmo (tzn. na własny koszt) wszystkie potrzebne materiały; jeśli nie może tego zrobić, to nie może wymagać poszukiwania wiedzy w takich źródłach, a jeżeli ktoś na własny koszt zdobędzie takie materiały, to powinien zawrzeć z uczelnią specjalną umowę określającą finansowanie źródła oraz udział w zyskach, jeśli praca studenta miałaby być do czegoś przez uczelnię wykorzystana – wykorzystywanie własnych pieniędzy do zdobycia materiałów KONIECZNYCH do wykonania pracy na uczelni (nie mówię o materiałach „wspomagających”, jak skrypty uczelniane, tylko o materiałach podstawowych, obowiązkowych) uważam za skrajne barbarzyństwo, uczelnia która w ten sposób postępuje, zwłaszcza że i tak słono sobie liczy za naukę, jest zwykłym zdziercą i gołodupcem w jednym. Uczelnia zatem powinna była dogadać się z właścicielem zasobu, jeżeli zamierzała żądać od studentów używania tego zasobu. W ogóle praktyka – o której słyszałem jeśli chodzi o USA, ale obca mi kompletnie – żeby student z własnej kieszeni sponsorował dość pokaźne koszty swojej nauki poza tym, co ma otrzymać uczelnia, i to w dodatku jeszcze koszty okazjonalne, o których nie było w ogóle mowy przed rozpoczęciem nauki, to dla mnie również praktyki niczym nie różniące się od Rosyjskich pilotów samolotów rejsowych, którzy potrafią przed lotem wyjść do pasażerów i powiedzieć „zrzutka na paliwo, inaczej nie lecimy”.

Problem z takimi prawami jest przede wszystkim taki, że po jakimś czasie tego typu wynalazki i utwory wplatają się w codzienne życie, ludzie zaczynają je znać na pamięć, a także utrwalać w powszechnie tworzonych dziełach. Tak jak dobra fizyczne zużywają się, psują, zostają odesłane w którymś momencie na śmietnik, tak też i wynalazki, filmy, czy muzyka, muszą podlegać prawu „rozmycia” i tym samym stania się własnością publiczną. Jeżeli więc chcemy być w porządku z każdym aspektem zasobu, to trzeba też umieć sensownie określić taki właśnie „czas rozmywania się”. Moim skromnym zdaniem, 20 lat to jest maksymalny czas, na jaki można pozwolić własności intelektualnej się rozmywać – niestety współczesne państwa ustaliły tą granicę dużo, dużo wyżej. Tak naprawdę najsensowniej by było, żeby ochrona nie miała w ogóle limitu czasowego, a jedynie aby po prostu po pewnym czasie owa ochrona przestała się opłacać.

Więc na pewno w strefie libertariańskiej zasób intelektualny będzie zasobem i będzie podlegał prawu własności, natomiast jak każdy zasób będzie się też „zużywał”, a rozstrzygnięcie, na jakim stopniu „zużycia” jest ten zasób i oszacowanie wartości własności i możliwych pretensji, będzie pewnie niejednokrotnie przedmiotem arbitrażu. Spodziewam się jednak, że państwa rozwiążą ten problem szybciej ustalając dla obywateli i zarejestrowanych w nich firmach odpowiednie reguły określające zużywanie.

Moim zdaniem najsensowniejsze podejście do ochrony własności intelektualnej jest następujące:

  • Powinna istnieć inicjatywa forum zajmująca się ochroną własności intelektualnej
  • Każdy zasób intelektualny, który ma podlegać ochronie, musi zostać zarejestrowany, wraz z przypisaną firmą, która zajmuje się jego ochroną
  • Firma, która chroni wartość intelektualną, musi prowadzić rozpoznanie odnośnie tego, jak bardzo zasób jest popularny wśród ludzi
  • Stawka za ochronę jest określana przez następujące czynniki:
    • Z każdym rokiem stawka jest podwyższana o 1/4 stawki z poprzedniego roku
    • Zgodnie z wyliczonym procentem populacji, którzy korzystają z owego wynalazku, określa się liczbę korzystających, i dodatkowy składnik stawki jest proporcjonalny do tej wartości (jest to jeszcze mnożone przez 10% wartości rynkowej zasobu po odjęciu marży sprzedawcy)

Problemem tutaj jest nie tyle to, że nie wiadomo, czy to własność, czy nie, tylko do którego momentu jest to ochrona własności, a od którego żerowanie na ludziach dzięki lukom w prawie.

5. Każdy, kto ma kasę, będzie mógł wynająć lepszych prawników, lepszych arbitrów, przeciągnąć sprawę na swoją korzyść i żądać kosmicznych opłat i odszkodowań.

Oczywiście tu też można przytoczyć wiele sytuacji, które miały miejsce. Oczywiście żadna w strefie libertariańskiej, co oczywiste, ale wszystkie jednak w państwie uważanym za wyjątkowo „liberalne”.

Otóż był sobie pewien sędzia, który wykończył właściciela pralni na tyle, że ten musiał ewakuować się do Korei. W USA, gdzie sprawa miała miejsce, wypadki potoczyły się następująco: właściciel pralni zniszczył spodnie sędziemu, które ten dał mu do uprania. No, sprawa była nie do uratowania, a pralnik nawet nie protestował – wina była oczywiście po jego stronie, więc pralnik zaproponował odszkodowanie. Ponieważ sędzia argumentował, że owe spodnie były dla niego istotną pamiątką i mają dla niego dużą wartość, pralnik zaproponował dwukrotność ceny rynkowej owych spodni w ramach odszkodowania. Jednak poszkodowany nie chciał na to przystać, upierając się, że chce dużo wyższego odszkodowania (nie pamiętam ile – ale podobno jakaś zawrotna suma, za którą można by kupić pralnię, pralnika i cały jego majątek i jeszcze dużo by zostało). Sąd oczywiście zamierzał przychylić się do jego prośby i takie odszkodowanie mu zasądzić. Rezultat był łatwy do przewidzenia – ponieważ pralnik żadną miarą nie mógłby spełnić jego wygórowanych żądań, postanowił wyjechać z USA do Korei. Wiadomo której Korei, jest jedna, druga to czarna dziura 😀

Nie chcę dywagować, jakie to prawo pozwoliło sędziemu zaakceptować takie żądania poszkodowanego. W strefie libertariańskiej sprawa zostałaby potraktowana w następujący sposób:

Należy zacząć od tego, że wszystkie transakcje w strefie libertariańskiej odbywają się na zasadzie umowy. Umowa oczywiście może być ustna, choć oczywiście umowę bez papieru jest trudniej poświadczyć. Ale w przypadku dawania spodni do pralni w zupełności wystarczy, że zostanie podpisany krótki papierek, że przyjęto do pralni, i że klient zgadza się na warunki. Właściciel pralni, jeżeli jest przytomny, opisze w regulaminie warunki przyznawania odszkodowań w momencie zniszczenia rzeczy. Oczywiście jeśli takie warunki naruszałyby prawa podstawowe, sąd je podważy (np. jeśli w regulaminie będzie coś typu „zastrzegamy sobie prawo nie oddania rzeczy przyjętej na stan”), nawet jeżeli klient to podpisze. Ale jeżeli będzie po prostu napisane „w przypadku zniszczeń niemożliwych do przywrócenia do pierwotnego stanu odpowiadamy do wysokości wartości zakupu plus X extra”, to klient ma tylko jedną możliwość: zgodzić się na takie warunki (albo zrezygnować z usługi). Został uprzedzony, że może się zdarzyć w wyniku ich błędu, że zniszczą. Został uprzedzony, że jeśli zniszczą, to odpowiadają do wysokości wartości plus coś ekstra – i jest to zgodne z prawami podstawowymi. W takim przypadku klient po prostu albo może zgodzić się na takie odszkodowanie, albo wypad z baru. Co więcej, można żądać deklaracji, jeśli oddana do pralni rzecz jest warta więcej, niż podana kwota. Jeżeli jest wyższa, to pralnia może odmówić przyjęcia, albo nawet zażądać dodatkowej stawki proporcjonalnej do tej wartości.

Jeżeli jednak pralnia nie określa wprost takich warunków (pralnik niech sobie pluje w brodę – ale to jeszcze nie oznacza totalnej porażki), to trzeba ustalić materialne straty. Zidentyfikować rodzaj zniszczonego przedmiotu i jego bardzo dokładne parametry. W przypadku spodni oznacza to, że musi być znany ich materiał, wymiary, typ, firma, itd.

No dobrze, a co z sentymentem, pamiątką, szczególnymi przeżyciami, bezpowrotnym zniszczeniem tego, z czym człowiek był związany? Odpowiedź jest następująca: te rzeczy nie spełniają pojęcia zasobu, nie mogą więc być przedmiotem odszkodowania. Jeżeli ktokolwiek chce wyrównania za straty moralne, to musi podać jakiś sposób przeliczenia owych strat moralnych na materialne – przykładowo, jeżeli ktoś na wieść o czymś z winy pozwanego dostał zawału serca, to koszty leczenia; jeśli załamanie nerwowe, przez które nie mógł się skupić na pracy – odszkodowanie za czas pracy, ewentualnie za urlop, jeśli musiał go wziąć itd. W najgorszym razie, jeżeli żądania są zbyt wygórowane, sąd może zasądzić zlecenie wykonania na specjalne zamówienie wiernej repliki zniszczonego przedmiotu – co oczywiście w niektórych szczególnych przypadkach mogłoby nie być możliwe (wtedy pozostaje już tylko możliwość odszkodowania materialnego po wykonaniu odpowiedniej wyceny). Oczywiście dokładność opisu, a zatem również informacji źródłowych potrzebnych do wydania werdyktu, czy jest to wierna replika, spoczywa na pozywającym. A że wycena też kosztuje, to sąd może zasądzić wtedy koszty wyceny pozwanemu, jeżeli udało się osiągnąć porozumienie po pierwszej wycenie, ale jeżeli dla pozywającego była niezadowalająca, a okazała się na dodatek kosztowna w przeprowadzeniu, może je zasądzić pozywającemu.

W przypadku, gdy zostanie zasądzone sporządzenie wiernej repliki, pewnie i pralnika mogłoby to nadal słono kosztować, choć oczywiście ma on pełną dowolność, komu zleci wykonanie takiej repliki. Ale w takim przypadku mógłby sobie co najwyżej pluć w brodę, że nie zamieścił w regulaminie regulacji odnośnie odszkodowań za zniszczenia. Natomiast najważniejsze jest to, że ile by pieniędzy nie musiał włożyć w sporządzenie takiej repliki, pozywający nie dostanie z tych pieniędzy ani grosza. Nie ma żadnej możliwości, żeby pozywający uzyskał jakimkolwiek sposobem jakieś bardzo wysokie, niewspółmierne do wartości, odszkodowanie, żeby nie wiem jak dobrych miał prawników, i żeby nie wiem jak bardzo płakał i jęczał, że z tym przedmiotem był aż tak bardzo emocjonalnie związany. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem można by mu zresztą odpowiedzieć krótko, że jak był z nimi tak emocjonalnie związany, to trzeba było je uprać samemu, albo ubezpieczyć je od zniszczenia, zanim oddał je do pralni.

Tak, ale opis tego przypadku nie wyczerpuje wszystkich problemów. Pozostaje problem co w przypadku, gdyby NSA dał się skorumpować i powiedział, że to on tu decyduje, kiedy prawa podstawowe zostały pogwałcone, a kiedy nie – i przyjmie za dobrą monetę wygórowane żądania pozywającego. No cóż, w teorii możliwość taka zawsze istnieje (na pocieszenie dodam, że żaden system na świecie nie rozwiązał tego problemu). W strefie przynajmniej próbuje się ten problem minimalizować w taki sposób, że każdy powiat powinien mieć swojego człowieka (tylu ludzi, ile chce – liczba nie ma znaczenia), co oznacza, że w ogólności mogłoby dojść w którymś momencie do sporu między powiatami, który musiałby zostać rozstrzygnięty już na ogólnym forum. W efekcie sędzia NSA, który wydał kontrowersyjny wyrok, może zostać pozwany za właśnie wydanie wyroku niezgodnego z prawami podstawowymi. Decyzję podejmuje – jak w każdej sprawie – skład sędziów NSA (sędzia uczestniczący w sprawie, zgodnie z regułami NSA, jest wyłączony z udziału). Tak naprawdę nie ma żadnej ostatecznej broni przed skorumpowanym NSA jak prawo do wypowiedzenia mu posłuszeństwa, jeśli NSA łamie prawa podstawowe. Nawet gdyby to w ostateczności miało oznaczać wyłamanie się określonych powiatów z superpaństwa strefy. Ale, jak napisałem w samym artykule opisowym, superpaństwo strefy jest również tworem dobrowolnym z inicjatywy powiatów – nie ma niczego wiążącego strefę w całość niż NSA i prawa podstawowe.

6. Tam nie będzie śledzenia obywatela, kamer na ulicach, podsłuchów, fotoradarów, ani nieoznakowanych radiowozów…

Ależ oczywiście, że będą. To nie jest kwestia tego, że ktoś ma zapędy do śledzenia innych, to jest kwestia bezpieczeństwa własnego i mentalności ludzi. Jeżeli chcesz kogokolwiek pozwać przed sąd za wykroczenie przeciwko zapisom określonej umowy, musisz mu to w jakiś sposób udowodnić – a jak udowodnisz nie mając zapisu z kamery? Ostatnio na „tubie” bardzo popularne są filmiki przedstawiające wypadki samochodowe w Rosji. Skąd ich tak dużo? Otóż w Rosji samo przebywanie na drodze jest tak niebezpieczne i tak często samochody ulegają tam uszkodzeniu, że towarzystwa ubezpieczeniowe oferują ludziom zniżki składki ubezpieczenia, jeśli będą jeździć z zainstalowaną i włączoną kamerą samochodową. Stąd prawie każdy kierowca ma coś takiego w samochodzie. Dlaczego tak jest? No cóż, skoro tylu kierowców jeździ jak wariaci, to wszyscy muszą mieć kamery.

Jeżeli na danym terenie będą mieszkać wyłącznie ludzie uczciwi – ale i nikogo nie będzie można na ten teren wpuszczać – to tam kamery i miejski monitoring mogą nie być potrzebne. Co najwyżej na pograniczu z innym powiatem, za którym po prostu kończy się prywatna własność ziemska wspólnoty mieszkaniowej. Jeżeli jednak powiat deklaruje, że pozwala wejść każdemu nieznajomemu bez konieczności uprzedniego zgłoszenia, za wyjątkiem jedynie tych, którzy mają tam zakaz wstępu, to trzeba z przyczyn zasadniczych śledzić, kto się tam na ten teren dostaje i co na tym terenie robi – a także, czy czasem nie wchodzi na ten teren ktoś, kto dostał zakaz. Prawo informacji wyraźnie określa, że złamanie zapisów umowy musi być potwierdzoną informacją, owo złamanie musi być świadome i muszą być zidentyfikowane osoby, które dokonały naruszenia. Bez tego nie można nic gościowi zrobić.

Choć z drugiej strony, ponieważ ziemia jest własnością prywatną, to wejście na jej teren oznacza zgodę na warunki (pod warunkiem, oczywiście, że jest zamieszczona na tę okoliczność odpowiednia informacja). Powiat np. może ustalić, że na terenie tego powiatu każdy ma gdzieś własność prywatną i musisz na własną odpowiedzialność wiedzieć, kto gdzie ma własność prywatną, ponieważ może to nie być oznaczone, oraz że każdy właściciel ziemi na swoim terenie ma prawo strzelać bez ostrzeżenia. Tak może być, oczywiście, przy założeniu, że informacja ta została na pewno przekazana przed wejściem na teren powiatu, a każdy z mieszkańców powiatu – a także każdy z gości, który na jego terenie przebywał w momencie uchwalania takiego postanowienia – został o tym powiadomiony i podpisał stosowną umowę (czy też aneks). Wtedy sprawa jest prosta: jesteś na terenie powiatu, to znaczy, że podjąłeś zobowiązanie. Nie podoba się – to wypad z powiatu.

Ale oczywiście możliwość strzelania do wszystkiego co się rusza nawet na własnym terenie jest nieco niecywilizowanym rozwiązaniem problemu, dlatego zamiast tego lepiej zdecydować się na monitoring. Przy czym oczywiście monitoring i dostęp do jego danych będzie również obwarowany odpowiednią umową, więc nie jest to w żaden sposób śledzenie „obywateli przez władzę”.

Tak samo: fotoradary, nieoznakowane radiowozy, to wszystko jest w gestii właściciela drogi. Właściciel drogi może zdecydować, że jest mu to potrzebne dla zapewnienia bezpieczeństwa na drodze. Nie będzie więc co prawda policji wlepiającej mandaty – ale będzie zatrudniona specjalnie w tym celu firma, która będzie ścigać nieposłusznych kierowców, a potem wytaczać im sprawy – ponieważ podleganie przepisom o ruchu drogowym w tym wypadku jest to kwestia podpisania umowy między kierowcą a właścicielem drogi. Na dobrą sprawę zatem właściciel drogi może sobie ustalić co mu się podoba w kwestii zarówno przepisów drogowych, jak i certyfikatów wymaganych od kierowców, żeby pozwolić im poruszać się na drodze. Choć oczywiście w tej kwestii właściciel drogi może mieć sporo ograniczeń związanych z koniecznością zawierania umów z powiatem (o ile powiat sam nie jest właścicielem drogi). Ten z kolei może być związany umową z jakąś inicjatywą forum, która nakazuje mu – na przykład, ale myślę że realny – wymagać stosowania u siebie Europejskich standardowych przepisów drogowych oraz honorowania praw jazdy jako certyfikatów.

7. Tam każdy człowiek będzie wart tyle, ile będzie wart dla korporacji, ile będzie wart na rynku pracy.

W rzeczywistym świecie każdy człowiek jest tyle wart, ile dóbr potrafi wytworzyć. Natomiast ten problem dotyczy oczywiście przypadków, gdy człowiek nie jest w stanie sam sobie pomóc i wymaga pomocy innych (działalność organizacji dobroczynnych jest oczywiście jedną z najistotniejszych, o tym już wielokrotnie była mowa), oraz również bardzo istotny, gdy chodzi o rodziny z dziećmi, w których kobieta zajmuje się dziećmi i poza tym nie wykonuje żadnej konkretnej pracy. W szczególności zaś chodzi o „powrót do pracy”, gdy kończy okres opieki nad dzieckiem.

W tej kwestii trzeba mieć trochę inne podejście mentalne. Zarabiający ojciec nie zarabia pieniędzy dla siebie, tylko dla całej rodziny, jest to dochód wszystkich, a nie tylko jego dochód. Jego żona nie jest „niepracująca”, tylko pracuje w domu. Problem „powrotu do pracy”, tak mocno nagłaśniany ostatnio, to nie jest problem tego, że kobieta ma gorzej bo musi zajmować się dziećmi. To jest problem tego, że kobieta zajmująca się dziećmi może być uważana za mniej wartą na rynku pracy, ale to wszystko zależy od tego, jak wygląda rynek pracy.

A dokładnie, zależy od tego, jak wygląda możliwość zakładania własnej działalności gospodarczej przez dowolnego człowieka. Wiadomo, że nie każdemu chce się to robić, wielu woli zatrudnić się w firmie prowadzonej przez kogoś innego. Ale to nie znaczy, że wszyscy, którzy prowadzą działalność, podchodzą w ten sposób do każdego człowieka. Co więcej, wystarczy że znajdzie się jeden pracodawca, który postępuje inaczej i ściągnie do siebie wszystkich, którzy chcą być traktowani jak ludzie.

Wśród naiwnych wielbicieli socjalizmu panuje powszechne przekonanie o tym, że „gdybym był przedsiębiorcą, to celowo płaciłbym jak najmniej i dawał jak najgorsze warunki pracy, żeby największe zyski pozostawić dla siebie”. Nie wiedzą biedacy niestety o tym, że w kapitalizmie każdy postępujący w ten sposób byłby bardzo szybko bankrutem. Wystarczy jeden przedsiębiorca, który potrzebuje pracowników (bo, powiedzmy, dopiero rozwija firmę), więc oferuje lepsze płace i warunki pracy. Natychmiast źle traktowani pracownicy odejdą gdzie indziej.

Przede wszystkim nie można zapominać o tym, że wolny rynek to nie tylko wolny rynek towarów i klienta, to również wolny rynek pracy. I tak jak na rynku towarów wygrywa ten, kto da najlepszą jakość za najniższą cenę, tak na rynku pracy wygrywa ten, kto daje najlepsze zarobki przy najlepszych warunkach pracy. Problemy ze „złym traktowaniem pracownika”, jak się okazuje, wynikają właśnie z braku elementów wolnej konkurencji na którymś polu. Utwierdza to jedynie starą prawdę, że socjalizm bohatersko zwalcza problemy nie istniejące w innych systemach.

8. W strefie libertariańskiej nie będzie żadnych ograniczeń w uprawie GMO

Oj, bardzo wątpię.

To, że żywność naturalna jest bezpieczna to wiemy od wieków, natomiast przed GMO istnieją nadal słuszne obawy – nie tylko dlatego, że jest to nowe, ale również dlatego, że istnieje w tej kwestii istna dezinformacja (naukowcy badający GMO, którzy są jego przeciwnikami, twierdzą, że udowodnili ich wysoką szkodliwość dla człowieka i w ogóle środowiska, a ci co są zwolennikami, twierdzą uparcie, że żadnych dowodów szkodliwości nie ma, i nie istnieje żadne wiarygodne ciało, które potrafiłoby tą kwestię jednoznacznie rozstrzygnąć). Nie chcę tutaj rozwijać tego tematu, ani podejmować polemiki na temat GMO, dość powiedzieć jeśli chodzi o temat strefy libertariańskiej, że zbyt wielu ludzi ma nadal obawy przed GMO, w związku z czym mogą żądać informacji o tym, czy produkt zawiera GMO. I to nie tylko produkt roślinny, którego problem dotyczy bezpośrednio – taki jak pszenica karłowata. Również wszystkie pochodne – a więc wypieki, czy były z mąki powstałej z ziarna GMO, pomidory w sałatce, jak również pasze dla zwierząt, mięso z tych zwierząt, jajka czy też nie są czasem od kur karmionych paszą GMO…

Oczywiście ktoś zada pewnie pytanie: a po co GMO ma być oznaczone? Bo ktoś tam tak sobie zażyczył?

Ano będzie musiało być oznaczone, ponieważ każdy sprzedawca pomidorów Monsanto (weźmy sobie tę firmę jako przykład, bo akurat jest najbardziej znana) może zostać pozwany na ogromne odszkodowanie za oszukańczą sprzedaż. Dlaczego? Ponieważ sprzedaje „pomidory Monsanto” jako pomidory. Jedną z konsekwencji istnienia prawa informacji jest to, że przedmiotem transakcji musi być to samo względem wszystkich uczestników transakcji – co oznacza, że przedmiotem transakcji nie może być zamek przez kupującego rozumiany jako budowla, a przez sprzedającego jako zamek do drzwi. Oczywiście, jeśli ktoś sprzedaje prawdziwe pomidory, tylko powiedzmy żółte, a klient kupuje je „w worku” jako pomidory, choć on oczekuje, że będą czerwone, to klient oczywiście może sprzedawcę pozwać. Ale sprzedawca może pokazać wtedy definicję encyklopedyczną pomidora i pokazać, że istnieją też takie właśnie pomidory i że powstały one naturalnie. Można też produkt skierować na badania genetyczne, a one także potwierdzą, że jest to całkowicie naturalny pomidor. Klient więc taką sprawę przegra i na dodatek będzie musiał sam wysupłać kasę na te wszystkie badania sprawy. Jeśli jednak jest to pomidor Monsanto, to nie jest to naturalny wytwór, lecz produkt stworzony przez człowieka, co prawda na bazie pomidora, ale nadal sztuczny – nie spełnia więc encyklopedycznej definicji pomidora. Nie może być zatem sprzedawany pod nazwą „pomidor” (w znaczeniu, że sprzedawca może próbować, ale w ten sposób naraża się na pozew, unieważnienie transakcji i odszkodowania). Nie może ich nawet sprzedawać jako „pomidory Monsanto”. Musi znaleźć inną nazwę, która nie będzie sugerowała, że jest to pomidor, w ostateczności może to być „wyrób pomidoropodobny”.

Istotne nie jest jednak tutaj to, że GMO będzie musiało być oznaczone. Chodzi przede wszystkim o to, że aby sprzedać cokolwiek z GMO i przełamać niechęć ludzi, trzeba będzie obniżyć cenę. To jest duża różnica w stosunku do tego, co dziś panuje w USA i Kanadzie, gdzie produkty GMO można bez ograniczeń wszystkim wciskać bez ich wiedzy i zgody, rżnąć głupa, że sprzedaje się produkty „identyczne z naturalnymi”. I spowoduje, że GMO po prostu nie będą w ogóle opłacalne – ponieważ na GMO chętnie zarobiliby wszyscy: rolnicy, którzy mogą uzyskać więcej zboża z hektara i owoców z krzaka, przetwórnie żywności, które oszczędzą na kosztach konserwacji, ale przede wszystkim macierzysta firma opracowująca nowe rośliny GMO. Wszyscy chcieliby zarobić, i w USA czy Kanadzie jak najbardziej zarabiają, bo przecież ceny są po staremu te same, a własne koszty niższe. Tu niestety musieliby mocno obniżyć cenę, przez co może im się to nie opłacać, nie wspominając o przewidywanej raczej słabej sprzedaży.

Oczywiście moje przewidywania o słabej sprzedaży mogą się nie sprawdzić – w końcu ludzie dużo jedzą gówna mimo ostrzeżeń. Zresztą, dziś różni pseudonaukowcy, w części opłacani przez zarabiające kokosy na GMO koncerny żywnościowe, wprowadzają tyle zamieszania, że nie wiadomo komu wierzyć. Ale przy obniżonej cenie GMO wejdzie tam, gdzie jest jego miejsce – na stół biednych.

Dodatkowo oczywiście, przypomnę, każdy powiat może sobie ustalać prawa jakie chce, co oznacza, że może zakazać uprawy i sprzedaży GMO na swoim terenie. Co więcej, przypominam też o zasadzie przenikania: z posiadłości jednej osoby nic nie może się wydostać poza jej granicę za wyjątkiem tego, co zostanie dopuszczone przez powiat. Oznacza to również, że powiat będzie mógł wprowadzić prawo zakazujące rozsiewania GMO na swoją posiadłość (odmiennie niż pyłki z roślin naturalnych) – co oznacza, że uprawy GMO będą musiały być wykonywane wyłącznie w zamkniętych, szklarniowych warunkach, a powietrze pochodzące z wentylacji będzie musiało być dodatkowo filtrowane. Co również jest odmienne od współczesnej praktyki w USA, gdzie uprawy GMO mogą rosnąć na otwartym powietrzu, ich pyłki przenosić się na posiadłości innych farmerów, których następnie firma posiadająca patent na te rośliny GMO następnie pozywa o naruszenie patentu.

Wszystkie te rzeczy powodują, że uprawy i sprzedaż GMO mogą być wysoce utrudnione, na tyle że może się to kompletnie nie opłacać.

9. W strefie nie będzie żadnych zakazów sprzedaży firm właścicielom z obcych krajów – każdy będzie mógł sprzedać każdemu swoją własność

Nie byłbym taki hop do przodu.

Przede wszystkim każdy powiat, jak wiadomo, rządzi się własnymi prawami, co oznacza, że może też ustanowić takie prawo – i jest bardziej niż pewne, że zrobi tak większość powiatów – że jeśli ktoś chce prowadzić działalność gospodarczą w tym powiecie, to musi robić to pod egidą któregoś z państw działających w tym powiecie. Działalność jest przypisana do państwa, co oznacza, że nie można sprzedać firmy z jej budynkami komuś z zagranicy tak po prostu na zasadzie niech da pieniądze i bierze firmę. Budynek firmy, która prowadzi określoną działalność, ma przypisaną umowę z państwem i z powiatem, co nakłada już ograniczenia, ściśle zależne od zapisów tej umowy.

Przykładowo: wyobraź sobie, że jesteś kierowcą, i podpisujesz kontrakt na trzy miesiące. Załóżmy też, że masz ubezpieczenie na wypadek niedyspozycji. Ale normalnie nie masz żadnej możliwości zerwania kontraktu przed jego końcem, lub powiedzmy, musiałbyś zwrócić różne koszty. Skoro więc taka umowa o pracę wiąże cię w ten sposób, to dokładnie tak samo firmę wiąże z państwem i powiatem odpowiednia umowa, która nakłada na właściciela firmy określone obowiązki.

Jeżeli mamy firmę z przypisaną umową, to oczywiście firma może podlegać sprzedaży – pod warunkiem, że nabywca podpisze z państwem umowę o kontynuacji działalności. Umowy takiej nie będzie można podpisać dopóki się nie jest mieszkańcem któregokolwiek powiatu w strefie, a na dodatek nowy właściciel musiałby zapisać się do państwa, pod egidą którego firma w tym momencie działa. Oczywiście istnieją proste sposoby, jak to obejść – właściciel może mieć przedstawiciela mieszkającego w strefie lub może to być organizacja zarejestrowana w strefie (nie ma żadnych nakazów, by organizacja składała się z mieszkańców strefy), natomiast państwo niekoniecznie może się zgodzić na podpisanie z kimś takim umowy. To powoduje, że skoro „cesja” umowy o działalność jest niemożliwa, to można jedynie zamknąć działalność i ewentualnie rozpocząć ją na nowo – w tym celu trzeba spełnić warunki zakończenia działalności. I dopiero po zakończeniu tego procesu można tu cokolwiek sprzedać, przy czym do sprzedania będą wtedy co najwyżej zasoby firmy.

No ale dlaczego państwo miałoby się wtrącać?

Żeby to zrozumieć, proponuję mały test. Załóżmy, że mamy wioskę, tam 10 domków, ona sobie robi za powiat, na jego terenie działają trzy państwa. Na tym terenie jakiś Hindus chciałby założyć działalność. Na to musi się zgodzić zarówno powiat, jak i to państwo, u którego on będzie się chciał zarejestrować (to oczywiste, że aby prowadzić działalność w danym państwie, trzeba być jego obywatelem). Hindus ma kasę i chce kupić firmę z warsztatem samochodowym. Chrapkę na zakład ma jeszcze pan Zdzisio, dobry znajomy wszystkich mieszkańców wioski, choć nie może dać za niego tyle, co Hindus. Kto wygra?

Być może wygra Hindus. Ale czy powiat będzie chętny podpisać z nim umowę przy założeniu, że on będzie jedynie właścicielem i będzie czerpał z tego zyski, w ogóle to będzie mieszkał daleko stąd i nie będzie się wtrącał? Pytanie w tym momencie jest takie, czy TY osobiście się na coś takiego zgodzisz.

W państwach centralnie zarządzanych rządzący zgadzają się bez zastrzeżeń. W powiecie strefy jest to mało prawdopodobne, szczególnie jeśli taki pomysł nie podoba się większości mieszkańców.

Poza tym, mogą istnieć jeszcze większe obostrzenia. Załóżmy, że firma dostarcza jakiś ważny i krytyczny zasób dla mieszkańców powiatu. Skoro tak, to ma podpisaną z powiatem umowę, że FIRMA (!) będzie to robić (tzn. jest to umowa przypisana do zasobu – zobowiązanie jest na firmę, a na właściciela to pada pośrednio). Gdyby firma nie mogła spełnić tego oczekiwania (przykładowo miała kłopoty finansowe albo problemy z produkcją), powiat zobowiązuje się albo udzielić jej jakiejś pomocy, albo poszukać innego rozwiązania. Natomiast firma nie może tak po prostu zerwać tej umowy. Co prawa każdą umowę można zerwać, ale w przypadku takiej firmy byłoby to możliwe tylko w razie bankructwa (dlatego umowa musi też obejmować monitoring finansowy ze strony powiatu, żeby nie było sytuacji, że firma nagle „z dupy” bankrutuje), ewentualnie po przeprowadzeniu procesu znalezienia innej firmy dostarczającej powiatowi ten zasób (żadna umowa nie może zawierać zapisu, że umowa nie może nigdy zostać zerwana, ani zawierać niemożliwych do spełnienia jakichkolwiek reguł, również reguł rozwiązania umowy – a jeśli brak w umowie informacji o regułach rozwiązania umowy, to umowa może zostać rozwiązana w każdej chwili bez konsekwencji). W skrócie: umowa taka może zakazywać nawet sprzedaży firmy, jeżeli nie spełni się określonych warunków. Dlatego sprzedaż takiej firmy może się odbyć tylko i wyłącznie, gdy nabywca zobowiąże się do tego samego, do czego zobowiązał się zbywca, obowiązki zostały przekazane i nabywca kontynuuje działalność na tych samych warunkach. Jeśli chce wykorzystać zasoby do innej działalności, to po prostu musi zakończyć współpracę z powiatem zgodnie z warunkami opisanymi w umowie.

A skąd taka umowa? Ano ten, kto rozpoczął działalność po prostu ją podpisał, bo inaczej nie mógłby działać. Podpisał ją przecież dobrowolnie.

Wszystkie zdarzenia z „dzikiego kapitalizmu”, gdzie np. firma przejęła budynek z 700 pracownikami na pokładzie, po czym wszystkim 700 wręczyła wypowiedzenia i rozebrała budynek na części, to są zdarzenia, które wynikły wcale nie z winy tej „wielkiej korporacji”. Wynikły z winy władz lokalnych, które nie zabezpieczyły odpowiednio wcześniej interesów ludzi.

10. W strefie libertariańskiej nie będzie można nikomu zakazać posiadania narkotyków – więc wszyscy zaćpają się na śmierć!

Szczerze – mnie bynajmniej nie przeraża perspektywa tego, że ćpuny po prostu zaćpają się na śmierć i zdechną pod płotem. Może widok nie będzie przyjemny, ale na pewno podziała pouczająco na kandydatów na ćpunów, a samych ćpunów wyeliminuje ze społeczeństwa.

Ale, jak powiedziałem, w strefie libertariańskiej każdy powiat jest autonomiczny i może stanowić własne prawa, co oznacza, że może też wprowadzić prawo zakazujące posiadania narkotyków, a co! Może też takie zakazy wprowadzić państwo dla swoich obywateli (co tam narkotyków – może być to państwo Muzułmańskie i wprowadzić zakaz picia alkoholu przez swoich obywateli, a także sprzedaży napojów alkoholowych w sklepach działających pod egidą takiego państwa).

Również regulacja taka, że nie wolno kierować pojazdem pod wpływem alkoholu (a i też narkotyków) jest regulacją właściciela drogi, właściciel jakiegokolwiek innego zasobu może sobie do jego użytkowania zastrzec dużo rzeczy, w tym również zakaz użytkowania „pod wpływem” i „w stanie wskazującym”.

Problem tak naprawdę istnieje w innych miejscach, mianowicie:

  • W dopuszczaniu ludzi zażywających narkotyki do uczestnictwa w normalnym życiu (sytuacja podobna jak niedopuszczanie pijanych do prowadzenia pojazdów)
  • W zażywaniu narkotyków przez dzieci będące pod formalną opieką rodziców

A więc, przede wszystkim, w rozpoznawaniu tego, że ktoś, kto tego robić nie powinien, zażywał.

Jaką „karą” można „odstraszyć” od zażywania narkotyków? Na przykład taką, że nikt cię nie zatrudni. Jeśli twój pracodawca w umowie o pracę napisze wymóg, że nie możesz zażywać narkotyków nawet w „wolnym czasie” (lub jeśli jest taka reguła wpisana jako standard dla pracodawców w ich państwie), to po wykryciu w twojej krwi narkotyków (a badania oczywiście będą okresowo robione zgodnie z tymi samymi wymogami) będziesz mógł dostać wypowiedzenie.

Oczywiście, jeśli prowadzisz własną działalność, własny – załóżmy dla urealnienia przykładu – klub rozrywki i tam możesz sobie nawet w pracy zażywać (pod warunkiem, że – znów – nie zakaże tego państwo lub zostanie wprowadzona polityka certyfikacji typu „personel tej firmy nie chleje w czasie pracy”, czy akurat się o taki certyfikat nie ubiegasz). Ale robisz to na własne ryzyko, że być może zrobisz coś bardzo paskudnego „pod wpływem” i zostaniesz za to pozwany (upojenie nie zwalnia cię z odpowiedzialności – chyba że udowodnisz upojenie w wyniku działania osób trzecich bez twojej zgody), w wyniku czego możesz stracić firmę, a na dodatek też przecież nikt przytomny nie zatrudni cię w swojej firmie (a przynajmniej byłoby to bardzo trudne).

W przypadku dzieci pozostających pod opieką, sprawa wygląda tak, że choć teoretycznie to opiekun dziecka odpowiada za wszystko, co dziecko zrobi, praktycznie nie może go cały czas trzymać na smyczy albo przekazywać pod opiekę od jednej do drugiej osoby – czasem trzeba go puścić „luzem”, gdzie będzie potencjalnie miał możliwość zrobić coś głupiego. Musi być zatem stworzony mechanizm, być może pod egidą powiatu, w którym dzieci będą mogły być przez straż powiatową szybko identyfikowane z opiekunami i w razie konieczności działań prewencyjnych szybko opiekunom przekazane.

Ale nie tylko. Bo nie można zakładać z góry, że jak dzieciak ćpa, czy chleje, to robi to bez zgody rodziców. Dlatego straż powiatowa co najwyżej może wykonywać prawo powiatu, które oznacza, że nie wolno pić ani zażywać na terenie publicznym powiatu. Nie może jednak nic mieć do tego, że rodzice pozwolą dzieciom na takie rzeczy w domu, czy też w klubie, który nie leży w strefie publicznej powiatu – tam straż nie ma wstępu.

Dlatego w kwestii tego problemu przede wszystkim potrzebna jest pomoc rodzicom (opiekunom) w przypadku, gdy dzieci – wbrew ich zakazom – „używają”. Wszelkie ściganie małoletnich ćpunów i pijaków powinno być możliwe, ale za zgodą opiekunów i z ich inicjatywy. Natomiast w przypadku dorosłych ćpunów, o ile prawo lokalne nie zakazuje zażywania, nadal różne instytucje mogą odmówić obsługi osób „pod wpływem” i „w stanie wskazującym”.

Dlatego właśnie jedyną „karą” jaką można by dać na taki „ogół” ludzi lekceważących sobie tego typu problemy jest późniejszy zakaz uczestnictwa w różnych usługach, możliwość otrzymania usługi, zatrudnienia się, wejścia do różnych punktów usługowych itd.. Ten problem nie dotyczy przecież tylko problemu nałogów „standardowych”, ale też – ostatnio też mocno ścigany przez państwa w postaci zabierania rodzicom dzieci (bez komentarza) – otyłości wśród dzieci. Ponieważ każda instytucja, w której przebywa dziecko (żłobek, przedszkole, szkoła) jest prywatna, więc każda z nich może ustalić reguły, że dziecko po przekroczeniu odpowiedniego progu nadwagi może stracić możliwość uzyskania usługi. Oczywiście rodzicom będzie się proponować najróżniejszą pomoc w spełnieniu wymogów, możliwość dostosowania programu itd. – natomiast nie wolno rodzicom niczego narzucić. Choć można narzucić reguły korzystania z usługi, jeśli rodzice zgadzają się z niej korzystać.

11. W strefie libertariańskiej każdy będzie zarabiał tyle, ile ugada z pracodawcą. Nie będzie żadnej płacy minimalnej!

Po raz setny bodajże powtórzę: jeżeli jakakolwiek wspólnota, w której działa firma, ustali sobie jakieś prawo – a jako jednostka całkowicie autonomiczna (zarówno powiat, jak i państwo) może sobie ustalać prawa kompletnie jakie jej się tylko podobają, z zastrzeżeniem podlegania prawom podstawowym – to wszyscy członkowie tej wspólnoty, ponieważ podpisali umowę stowarzyszeniową z ową wspólnotą, na zasadzie prawa umowy nie mają innej możliwości, jak się do tego prawa dostosować.

Dlatego jeżeli powiat ustanowi sobie prawo, że obowiązuje płaca minimalna w jakiejś-tam określonej wysokości, to będzie ona obowiązywała.

Problem płacy minimalnej nie jest niestety aż tak jednoznaczny, jak się o tym mówi. Płaca minimalna bowiem rozwiązuje jeden istotny problem: zaniżanie płac i żerowanie na rezultatach pracy człowieka, któremu nie płaci się wystarczająco dobrze za jego CZAS (bo tu wcale nie chodzi o to, że człowiek ciężko pracuje, żyłuje się, czy cokolwiek w tym stylu, tylko właśnie o to, że poświęca pracodawcy swój czas, który potencjalnie mógłby poświęcić na coś innego – a jeżeli tej samej pracy, konkretnie tak samo zyskownej nie da się wykonać w krótszym czasie, to znaczy, że mamy po prostu do czynienia z nieopłacalną działalnością). Że skutkuje to zmniejszeniem zatrudnienia to inny problem, który być może też należałoby rozwiązać, natomiast dla mnie osobiście „likwidacja bezrobocia” poprzez zatrudnianie ludzi za darmo lub półdarmo to jest likwidacja wyłącznie na papierze. Twierdzenia różnych zagorzałych kapitalistów, że płaca minimalna podnosi poprzeczkę powyżej wielu punktów stycznych między żądaniem pracownika, a chiejstwem pracodawcy i powoduje niemożliwość obsadzenia danego stanowiska pracy, nie brzmią już tak samo dobrze, gdy się im przypomni, że dokładnie tak samo ta poprzeczka jest podnoszona w warunkach silnej konkurencji na rynku pracy i śladowego bezrobocia, co skutkuje po prostu brakiem chętnych na obsadzenie tego stanowiska.

Problem z płacą minimalną we współczesnych państwach tak naprawdę tkwi gdzie indziej: stawka płacy minimalnej jeżeli jest ustalana przez współczesne państwo, które integruje mnóstwo różnych obszarów o różniących się profilach gospodarczych, jest jednolita dla wszystkich obszarów. To powoduje, że „rozsądna” stawka będzie zawsze za niska dla najbogatszych obszarów, a wyższa stawka będzie po prostu zawyżona dla biedniejszych obszarów. Stawka płacy minimalnej powinna być w teorii taka, żeby pieniądze uzyskane za pracę umożliwiały przeżycie przez czas wypłaty na minimalnym poziomie socjalnym. Każda wartość powyżej tego skutkuje już tylko generowaniem bezrobocia, a płaca minimalna o stawce jak dla najbogatszych rejonów wymuszona na biednych rejonach tworzy z biednego rejonu oazę wielkiego bezrobocia.

W strefie libertariańskiej na szczęście to tylko powiat może sobie ustalić płacę minimalną. Oczywiście może ją też w teorii ustalić państwo, ale ponieważ państwo może działać na różnych terenach, nie będzie mogło ustalić takiej stawki dla wszystkich swoich podmiotów – choć oczywiście w ramach, na przykład, polityki wizerunkowej, też jak najbardziej może próbować (ale niekoniecznie musi się na to zgodzić powiat). Najsensowniejszym wyjściem jest oczywiście – jeśli powiat integruje i tak obszary o różnych profilach gospodarczych – żeby powiat jeszcze wewnątrz siebie dokonał podziału na gminy i dał im wolną rękę w ustalaniu płacy minimalnej. Oni sobie wtedy ustalą taką płacę minimalną, jaka będzie adekwatna do minimalnych warunków życiowych, co więcej, będzie jasno widoczne, że jest to rodzaj umowy między mieszkańcami będącymi zarówno przedsiębiorcami, jak i pracownikami.

12. W strefie libertariańskiej każdy ma być wolny, nikt nie będzie niczyim niewolnikiem, każdy będzie musiał się sam troszczyć o siebie!

No, niby tak, tylko niektórzy powiedzą, że – drobnostka – niektórzy naprawdę chcą być niewolnikami, chcą żeby zamykać ich w obozach pracy, dać im chleba i telewizora, i niech tak sobie żyją, bo tego właśnie chcą.

Dlatego nie ma żadnego problemu, żeby jakiś przedsiębiorca zorganizował – jako najnormalniejszy w świecie biznes – taki właśnie ośrodek. Niech on nawet działa pod egidą gminy, niech gmina nawet pilnuje przestrzeganego tam minimum praw dla ludzi. Niech tam zgłaszają się ludzie, którzy nie chcą się troszczyć o siebie, chcą, żeby o nich się troszczył ktoś, załatwił im pracę, wikt, opierunek, również wakacje, no i życie na jakimś tam minimalnym poziomie. Niech każdy, kto chce, stworzy taki ośrodek, niech takie ośrodki konkurują ze sobą. Niech nawet istnieją różne kategorie, jeden jest bardziej twórczy, inny mniej. A na dodatek niech nadal mogą się z tego ośrodka wypisać, jeśli znajdą jakąś robotę na wolnym rynku i stwierdzą, że im się znudziło.

Oczywiście będzie na pewno istniał problem dzieci wychowujących się w takich ośrodkach, ale domniemam, że ten problem też będzie rozwiązany poprzez odpowiedni system stypendiów, system wyłapywania zdolnych itd. (domniemam też, że jeśli system edukacji podstawowej będzie sponsorowany przez państwo, to dotyczyć to będzie również dzieci rodziców mieszkających w ośrodku pracującym pod egidą tego państwa).

Wolność nie polega na tym, żeby tylko i wyłącznie troszczyć się o siebie. Wolność polega na wolności wyboru i na możliwości życia tak, jak się chce. Dlatego to dotyczy również możliwości życia w takim ośrodku, na takiej samej zasadzie, jak pójście do „więzienia” jest dobrowolnym aktem wynikającym z podpisanej umowy.

Coś jeszcze?

Temat jest oczywiście otwarty, więc jeżeli ktoś nadal miałby jakieś kwestie do wspomnienia – zapraszam do komentarzy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: