Poprawne odpowiedzi na pytania odnośnie libertarianizmu

Bez wstępu i zbędnych bajerów – oto złe odpowiedzi:

część 1,
część 2

Niestety muszę stwierdzić ich daleko idącą niedoskonałość, która albo wyjaśnia sprawy niewystarczająco dla ich poprawnego zrozumienia, albo i niesatysfakcjonująco – tzn. może rodzić zbyt dużo kolejnych pytań. Postanowiłem zatem sporządzić własną wersję tych odpowiedzi.

Proponuję przeczytanie poprzedniego artykułu, który jest moją propozycją minimalnych ustaleń strefy libertariańskiej, w szczególności chodzi o zestaw trzech definicji: umowy, własności i informacji, a także powiatu(*) jako jednostki terytorialnej. Wszystkie pojęcia dotyczące strefy libertariańskiej, opisanej w poprzednim artykule, są oznaczone gwiazdką(*).

Przeanalizujmy je po kolei.

1. Czy grunt jako własność prywatna sięga aż do jądra ziemi?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Jeżeli nie wyszczególniono tego w umowie sprzedaży, to owszem, własność obszaru ziemskiego sięga nie tylko wszystkiego, co jest pod ziemią, aż do jądra ziemi, ale również wszystkiego co jest nad ziemią aż do granic atmosfery. Oczywiście aby to było możliwe, to poprzedni właściciel musiał też mieć tak określoną własność, a jeśli ktoś „zajął sobie teren”, to musi również to odpowiednio opisać w papierach (choć to ostatnie nie sądzę, żeby było gdziekolwiek możliwe).

Istnieje wiele możliwości jak te postanowienia mogłyby być ograniczone, i niestety wiele z nich trzeba by odtwarzać po fakcie. Jeżeli, przykładowo, prawo państwa, na terenie którego znajduje się ów teren (niech by to była jakaś nawet wspólnota właścicieli, czy też powiat(*)), określa, że sprzęty latające mogą latać na wysokości 500m (i określa się 100m pasa neutralnego), to znaczy, że właścicielstwo terenu ziemskiego sięga od powierzchni ziemi (jej najwyższego naturalnego punktu) do wysokości 400m. Podobnie, może być postanowienie, że poniżej 100m głębokości wspólnota terenowa może sobie robić dodatkowe tunele i podkopy – wtedy własność sięga tylko do 100m wgłąb.

Oczywiście, tak jak mówię, wszystko jest kwestią tego, jaki jest „stan zastany”; dziś realnie rzecz biorąc nie ma nigdzie „ziemi niczyjej”, więc kwestia ta, jak wysoko i jak głęboko sięga własność jest już ustalone. Gdyby przejmować nowy teren, do którego nikt się nie przyznaje, to oczywiście wtedy można sobie uzurpować prawo własności w pełnej wysokości. Wtedy również przestrzeń, którą trzeba by było udostępniać samolotom lub tunelom, może podlegać sprzedaży lub licencjonowaniu.

2. Czy jeżeli ktoś spadając z wysokiego budynku złapie się za poręcz/maszt przytwierdzony do naszego okna/balkonu, etc. i nakażemy mu go puścić, a on się nas posłucha, spadnie i zabije, to czy popełniliśmy morderstwo?

Odpowiedź oryginalna ma niestety „design flaw”. To oczywiste, że właściciel posesji ma prawo bronić swojej posiadłości. A człowiek to nie ma prawa do obrony własnego życia?

I nie, nawet zakładając, że ta sytuacja jest nierzeczywista, nie oznacza to, że problem określony abstrakcyjnie nie istnieje. Można wskazać bardzo wiele konkretnych przykładów tego abstrakcyjnego problemu.

Zakładając, że w strefie libertariańskiej prawo składa się jedynie z trzech punktów: umowy, własności i informacji, nie istnieje w tym przypadku pojęcie morderstwa. Możemy go jednak zdefiniować jako naruszenie własności, przy założeniu, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała. Jeżeli więc pytanie brzmi, czy nakazując mu puszczenie się popełnilibyśmy „naruszenie prawa własności innego człowieka do swojego ciała”, to zdecydowanie tak. Co więcej, jest to dość szczególne naruszenie własności, które nie dość, że powoduje „zniszczenie własności”, to dodatkowo eliminuje właściciela, czyli narusza własność powiązaną (poza tym zwykle państwa wirtualne(*) i powiaty(*) definiują morderstwo i odpowiednie kary).

Jest to przykład czegoś, co nazywa się „konfliktem własności” – jeden człowiek nie może wyegzekwować prawa do swojej własności, ponieważ naruszałoby to własność kogoś innego. Jeżeli więc właściciel budynku nakazuje człowiekowi się puścić, a w konsekwencji zabić, efektywnie narusza prawo tego człowieka do ochrony własnego życia (jako swojej własności), a więc narusza własność innego człowieka. Oczywiście w tym wypadku jest to niecelowe doprowadzenie do konfliktu – sprawa może wyglądać inaczej, gdyby nastąpiło celowe doprowadzenie do konfliktu.

Prawo podstawowe nie określa, w jaki sposób rozwiązać konflikt, ponieważ nie ma na to uniwersalnych recept. Jedyne, co można pewnego na ten temat powiedzieć, to że użytkownicy skonfliktowanych własności muszą korzystać z nich bardzo ostrożnie, ponieważ jakiekolwiek jej wykorzystanie może być potem przedmiotem rekompensaty.

Jak zatem można postąpić w takim przypadku? Jedyną sensowną receptą jest: po pierwsze, wszyscy zaangażowani w konflikt właściciele muszą uzgodnić sposób rozwiązania konfliktu, a po drugie, muszą zaprotokołować wszystko, co dotyczyło naruszenia własności i uzgodnić kwestie rekompensat. Dlatego właściciel budynku nie może nakazać temu człowiekowi puszczenia się i zabicia, bo wtedy jedyne co będzie, to sąd arbitrażowy, który może nawet w ostateczności zasądzić temu człowiekowi wysoką rekompensatę do zapłacenia, być może jego rodzinie, być może firmie, która go straciła jako szefa, być może państwu, do którego należał, a które przez to straciło podatnika-sponsora itd., informacja o tym może być wymagana przez sygnatariuszy różnych umów, którzy potraktują to jako okazję do złośliwego i bezbolesnego zerwania umów – w skrócie, może to owego właściciela naprawdę sporo kosztować (pomijając to, że każdy powiat raczej będzie kwestie związane z przyczynieniem się do śmierci człowieka regulował lub wymagał regulowania przez państwa – co czyni ten konflikt zdecydowanie prostszym do rozwikłania).

Choć zatem nakaz puszczenia się byłby teoretycznie dopuszczalnym użytkowaniem cudzej własności z usprawiedliwieniem, że użytkuje się swoją własność (teoretycznie zawsze można się tak tłumaczyć), taki sposób rozwiązania konfliktu jest kompletnie nieopłacalny, bo dużo więcej zyska właściciel budynku, gdy uratuje człowiekowi życie, ale każe sobie za to uratowanie odpowiednio uiścić. Wtedy oczywiście, gdy już ów człowiek, po zaprotokołowaniu zdarzenia, opuści budynek, konflikt uważa się za rozwiązany. Wtedy pozostaje już tylko kwestia uzgodnienia rekompensat. Mogą się dogadać, że nic do siebie nie mają, mogą tak, że uratowany facet odpali właścicielowi co nieco, może być tak, że żądania właściciela budynku będą wygórowane i wtedy oczywiście będą musieli pójść po rozstrzygnięcie do sądu arbitrażowego.

Jest wiele rzeczywistych przykładów konfliktu własności. Na przykład, facet jedzie drogą, ciągnie przyczepę, na zakręcie nagle urwało mu się złącze, przyczepa pojechała dalej prosto i wjechała komuś na pole. Zgodnie z tym, co napisał autor oryginalnej odpowiedzi, właściciel pola powinien móc zabrać przyczepę i przerobić ją na żyletki – albo odwrotnie, właściciel przyczepy może wejść na cudze pole, żeby odzyskać swoją własność (zależy z której strony jest pytanie). Tymczasem jeśli naprawdę szanujemy prawo własności w każdym przypadku, to żaden z właścicieli – właściciel pola i właściciel przyczepy – nie może wyegzekwować prawa do swojej własności nie naruszając prawa własności kogoś innego: jeżeli właściciel sam pójdzie po przyczepę, to wejdzie na cudzy teren bez pozwolenia, być może coś mu zadepcze, być może nawet ta przyczepa już jakieś szkody poczyniła; jeżeli właściciel pola zrobi cokolwiek z tą przyczepą bez pozwolenia od jej właściciela, również narusza prawo własności.

Oczywiście gdy pójdziemy dalej, to pytanie jest takie, czy jeśli jeden człowiek włamie się drugiemu do domu, to czy właściciel domu ma prawo zastrzelić włamywacza (w końcu zabijając go narusza jego prawo własności)? Otóż zakłada się, że:

  1. opisany tu konflikt to konflikt niezamierzony; włamanie na cudzy teren jest jak najbardziej zamierzone (rozstrzygnięcie, czy tak było w istocie, jest w gestii sądu arbitrażowego)
  2. w opisanym na początku przypadku właściciel nie ma prawa kazać spadającemu człowiekowi puścić drąg, który trzymał, ponieważ taki rozkaz stanowiłby dla niego zagrożenie życia (a więc naruszenie jego prawa do własności) – inaczej mówiąc, nie wszystko właściciel terenu może kazać znajdującemu się na nim obcemu człowiekowi (a dokładnie nie może kazać niczego, co stanowiłoby pogwałcenie któregokolwiek z praw podstawowych, w opisanym przypadku oczywiście chodzi o prawo własności), tzn. może kazać mu przejść w inne miejsce poza jego teren, może mu nakazać nawet zdjęcie butów i przejście tam na bosaka (ale uwaga – tu ryzykuje, że będzie musiał wtedy zapłacić mu odszkodowanie za ewentualne przeziębienie), może nawet nakazać mu zatańczenie kankana (choć znów, w ten sposób przedłuża jego czas pobytu na posesji bez usprawiedliwionej przyczyny, za co też może musieć później zapłacić odszkodowanie), nie może natomiast np. kazać mu się rozebrać do naga (oglądanie jego nagiego ciała też uważa się za „korzystanie z własności”), czy przejść do granicy posiadłości na rękach (czy kazać mu wykonać jakąkolwiek czynność niemożliwą dla niektórych ludzi, czy nie usprawiedliwioną koniecznością rozwiązania konfliktu)
  3. to jednak nie zmienia faktu, że ów obcy człowiek musi się podporządkować rozkazom właściciela terenu, na którym się znajduje. Właściciel ma prawo go do tego zmusić, nawet go postrzelić, a w razie agresji lub stworzenia zagrożenia, również zabić.

Zwrócę tu uwagę też na inną drobnostkę: konflikt własności jest to sytuacja „patowa” w kwestii używania swojej własności, ale sposobem rozwiązania problemu z owym konfliktem nie musi być rozdzielenie własności (zresztą, rozdzielenie takie nie zawsze jest w ogóle możliwe). Czasem wystarczy po prostu… zawiązanie między poszczególnymi właścicielami odpowiedniej umowy, która pozwalałaby korzystać ze swojej własności oraz własności kogoś innego równocześnie tak, żeby nikt nie czuł się poszkodowany. Zresztą jest to nawet bardzo podobna sytuacja, co współwłasność, czyli gdy prawa własności posiada konsorcjum właścicieli, każdy posiadający odpowiedni procent udziału. Użytkowanie zasobu, który jest własnością konsorcjum, nie może być siłą rzeczy wyłączne dla kogokolwiek, a zarazem współwłaścicielowi nie można zabraniać korzystania ze swojej własności, dlatego współwłaściciele zasobu też muszą określić zasady użytkowania za pomocą odpowiedniej umowy – która zwykle jest częścią umowy zawiązującej konsorcjum.

3. Czy nadmiar hałasu powodowanego przez głośną muzykę na naszym terenie może być naruszeniem cudzej wolności?

Wolności nie – ale własności jak najbardziej. Tyle że, oczywiście, jest to również kwestia do uregulowania przez prawo powiatu(*). Rada powiatu może określać dopuszczalne normy hałasu, które mogą z nienaturalnych źródeł „wedrzeć się” na teren innej własności. Nabywca terenu ziemskiego oczywiście, zakłada się, że jest świadomy tego, jakie są ograniczenia na poziom hałasu dopuszczalny na terenach otaczających i jakie też dopuszcza się na jego terenie. Wszystkie obostrzenia dotyczą tych dźwięków (i nie tylko dźwięków – jakichkolwiek sygnałów, również świetlnych), które przedostają się przez granicę własnego terenu.

Czy istnieje przypadek, że właściciel terenu sam stawia wymagania odnośnie tego, jakie dźwięki dopuszcza się z zewnątrz na jego terenie? Jest możliwe ustanowienie własnego prawa na własnym terenie; zgodnie z opisem strefy libertariańskiej, każdy właściciel ziemi kiedy chce może ogłosić niepodległość na swoim terenie i odseparować się od powiatu. Niestety nie oznacza to, że może na swoim terenie robić kompletnie wszystko; co mu wolno w kwestii sygnałów oraz „wyrzutów” z własnego terenu, musi uzgodnić z sąsiadującymi powiatami, albo inaczej nie dostanie zgody na separację, czy też w ostateczności, gdy zarówno powiat jak i właściciel chce mieć 100% swobodę, to nie ma innego wyjścia, jak otoczyć swój teren dźwiękoszczelną ścianą, a nawet jeszcze wkopać odpowiedni ekran dźwiękoszczelny na odpowiednio dużą głębokość w ziemię na granicy swojej własności. Oczywiście podaję to jak możliwość wyłącznie czysto teoretyczną, ale celem tego jest naświetlenie sytuacji do rozwiązania między sąsiadującymi właścicielami.

4. Czy prywatne wojsko może sprawnie funkcjonować?

Pojęcie „prywatne” jest w strefie libertariańskiej tautologią. Wiadomo, że tam wszystko jest prywatne. Ale prywatność oznacza jedynie, że istnieje właściciel, który sam autonomicznie decyduje o swojej własności, a takim właścicielem może być organizacja, może być konsorcjum założone przez kilka osób prywatnych, może być to wspólnota wszystkich obszarów ziemskich w obrębie jednego powiatu(*), która stanowi przedstawicielstwo powiatu. Taki powiat, reprezentowany przez władze powiatu, może również być właścicielem, może więc zorganizować sobie swoje prywatne wojsko. Może też kilka powiatów się ze sobą umówić, że… zawiążą konsorcjum i zorganizują wojsko. Spodziewam się wręcz, że wewnątrz strefy libertariańskiej wszystkie powiaty(*) zgodzą się przystąpić na forum(*) do inicjatywy(*) stworzenia armii. W sytuacji, gdy jeden człowiek może się z drugim połączyć w konsorcjum stworzone w jednym, konkretnym celu, ci z kolei w większe grupy, aż do wielkości kilku powiatów – w sumie mamy sytuację dokładnie taką samą, jakby to wojsko było „państwowe”…

Z jednym tylko wyjątkiem: każdy człowiek jest w istocie członkiem tego konsorcjum, ma swoje udziały, ma głos decyzyjny, może więc w jakiś sposób wpływać na to, jak to wojsko jest zorganizowane. Może też dana organizacja wyłamać się z inicjatywy stworzenia armii i w ten sposób nie uczestniczyć w niczym, co jest z nią związane – zarówno finansowaniu, jak i obronie, czy różnych dodatkowych obostrzeniach prawnych. Może stworzyć własną razem z innym powiatem. Spodziewam się, co prawda, że raczej nikt nie jest na tyle nierozsądny, żeby tak zrobić, ale w teorii nie ma żadnych ograniczeń. Jest to też zresztą sposób, w jaki najróżniejsi pacyfiści mogą bez przeszkód realizować swoje postulaty. Nie chcecie „prowokować” innych krajów poprzez „prężenie muskuł” – to proszę bardzo, nie organizujcie wojska.

Wiadomo, że stawka na to wojsko nie może być „pogłówna”, bo wtedy nie będzie pieniędzy nawet na głupi jeden czołg, a z drugiej strony, w praktyce jest tak, że ci, co mają najwięcej do stracenia, najbardziej są zainteresowani tym, żeby istniało to wojsko – bo bez zorganizowanej jednolitej organizacji obronnej, ze swoim wywiadem i kontrwywiadem, prywatna ochrona wiele nie zdziała. Dlatego raczej przewiduję ogólną zgodę co do tego, że każdy daje zrzutkę na wojsko w wysokości procenta dochodów, nawet z „kwotą wolną od podatku”.

Natomiast jeżeli ktoś myśli, że „prywatne wojsko” miałoby polegać na tym, że zatrudnia się „najemny oddział”, muszę go rozczarować – taki oddział pójdzie tam, gdzie mu więcej zapłacą, więc wrogie państwo nie musiałoby napadać, wystarczy po prostu, że przekupi ich armię (a przecież muszą być wystawieni na oferty, skoro – jako z najemników – najemca może z nich w każdej chwili zrezygnować). W skrócie, wojsko w strefie libertariańskiej wyobrażam sobie jedynie jako realizację inicjatywy(*) forum(*), jego funkcjonowanie jest jednak bardzo zbliżone do wojska „państwowego”.

Przy czym, oczywiście, preferowane jest, żeby ta firma, powołana przez inicjatywę obronną, nie robiła wszystkiego własnymi siłami, lecz zlecała ich wykonanie innym firmom – być może konkurującym ze sobą i zabiegającym o kontrakty. Ale to niewiele się różni od współczesnych państw, gdzie również jest wiele różnych, konkurujących firm produkujących uzbrojenie dla wojska i różne technologie. Co w przypadku strefy libertariańskiej jest ważne, to to, że każdy obywatel jest w pewnym sensie, nawet jeśli „planktonowym”, to nadal udziałowcem całego tego przedsięwzięcia. Może więc wymagać od powiatu, żeby dobrze kontrolował, co robią spece rządzący inicjatywą, a powiat od inicjatywy, żeby nie robiła zbyt daleko idących przedsięwzięć bez konsultacji. Korupcja w takim systemie wojskowym, tak częsta w dzisiejszych państwach, tu jest wielce utrudniona, ponieważ w którymś momencie różne powiaty przyjmą własne inicjatywy obronne, zawierając jedynie sojusz z poprzednią inicjatywą, ale już rządząc się po swojemu.

5. Czemu wielu libertarian nie uznaje rządów?

Nie do końca rozumiem, o co chodzi w pytaniu, bo nawet gdyby przyjąć że znalazł się gość z dwuhektarową działką, który ogłosił niepodległość, to on sam na tym terenie ustanawia „rządy”. Jeżeli nie, to zgadza się, że prawa na tym terenie ustanawia powiat, na terenie którego się znajduje, oraz państwo, do którego się z własnej nieprzymuszonej woli zapisał lub z którego się nie wypisał. Ważne jest jednak to, że jakimkolwiek rządom podlega mieszkaniec strefy libertariańskiej, podlega nim dobrowolnie, na podstawie osobiście podpisanej umowy lub umowy podpisanej w jego imieniu (tak jest w przypadku dzieci). Oczywiście różnie może być z możliwością wyboru, ale ważne jest to, że ten wybór nie jest ograniczony przez żadnego innego człowieka celowo.

Nieuznawanie rządów może być, domniemam, spowodowane tym, że libertarianie są przeciwni demokracji, która jest najłagodniejszym, ale nadal systemem opresyjnym, ponieważ zmusza mniejszość, która nie głosowała na ludzi będących u władzy, by się im podporządkowali, choć tak naprawdę nikt ich nie pytał o zdanie. W strefie libertariańskiej każdy może się wyłamać ze wszystkiego i do niczego nie jest zmuszany. Powiat(*), przykładowo, może oczywiście ustanowić sobie demokratyczny sposób wyboru władz, ale, że sobie tak rzucę cytatem z „Rejsu”, jaką metodą wybierzemy metodę głosowania? Dlatego podstawową metodą przeprowadzania wyborów w strefie libertariańskiej jest „ogólna kompromisowa zgoda”, czyli wszyscy głosują na to samo, wszyscy w 100% zgadzają się na to, co wybierają. Ponieważ oczywiście ludzie się różnią, więc pewnie 100% trafienia nie będzie, dlatego ci, którzy mają inne zdanie, niż większość, muszą zgłosić swoje poprawki i propozycje zmian, przy których wszyscy zgodzą się na tak określone – kompromisowe – rozwiązanie, a pozostali również takie rozwiązanie poprą. Jeśli nie dojdą do porozumienia – ci, którym się nie podoba, mogą odejść, nawet jeżeli będzie to większość, która pozostawi mniejszość samym sobie (związek właścicieli ziemi może również „wyjść” z powiatu i stworzyć nowy, nawet jeśli będzie to oznaczało otoczenie „rebeliantów” i stworzenie z nich enklawy). W razie, gdy nie dojdą samodzielnie do porozumienia, w ostateczności sprawę rozstrzygnie Naczelny Sąd Arbitrażowy(*), który jasno określi, jakie rozwiązanie ma zostać przyjęte, a także co mają zrobić ci, którzy się na takie rozwiązanie nie zgodzą (w sensie, warunki separacji). Wyrokowi NSA muszą się wszyscy podporządkować.

W skrócie, libertarianie uznają tylko takie rządy, które sami osobiście zaakceptowali, i na które podpisali stosowną umowę.

6. Co jeśli jakiś bardzo bogaty i wpływowy człowiek przekupiłby swoją agencję ochrony, czyniąc ją swoją prywatną armią, spróbowałby dzięki temu przywrócić władzę państwową i zbuntować się próbując tym samym zostać nowym dyktatorem?

No, teoretyczna możliwość zawsze istnieje. Można tu założyć kilka różnych prawdopodobieństw i jest to trochę skomplikowane, ale musimy oczywiście założyć najważniejszą sprawę, że nie mówimy o napaści z zewnątrz, tylko o wewnętrznej akcji obalającej porządek strefy.

Strefa działa na zasadzie podpisania przez wszystkich właścicieli ziemskich i władz powiatowych odpowiedniej umowy, która sankcjonuje istnienie strefy. Jeśli więc ktokolwiek wewnątrz strefy dopuszcza się tego typu czynów, podlega karze w związku z naruszeniem prawa własności. Co by mógł zrobić taki właściciel, niechby nawet było, że ma tak wiele pieniędzy, że może kupić pół powiatu, a nawet więcej niż jeden powiat, i na ich terenie rozmieścić wojsko? Załóżmy, że mógłby kupić taki teren, rozszerzyć to potem na kilka powiatów, rozmieścić na nim wojsko, a potem siłą zmusić ludzi do podporządkowania się jego prawu. Powiem to w ten sposób: możemy sobie różne rzeczy wyobrażać, ale w przeszłości nawet państwa miały problemy ze zorganizowaniem tak wielkiej armii. Trzeba by było znaleźć bardzo dużo gotowych na wszystko ludzi, którym obieca się jedynie pieniądze, nie wiadomo właściwie do którego momentu, bo te zaczną się szybko kończyć (do zorganizowania takiej armii potrzeba dużej ilości STAŁYCH WPŁYWÓW, a nie JEDNORAZOWEJ GOTÓWKI). To pierwszy problem. Drugi problem polega na tym, że nie jest wcale łatwo, wbrew pozorom, znaleźć zbyt wielu chętnych na takie prywatne wojsko, na pewno nie tyle, żeby można było zorganizować taką armię. Żadne państwo na świecie (może poza Polską, hihi) nie ma problemu z „nadmiarem chętnych do wojska”.

No i oczywiście pozostaje jeszcze jeden problem z realizacją: otóż wszystkie dyktatury (zbrodnicze dyktatury oczywiście, bo tego co prawda lewactwo nie chce przyznać, ale istniały też dyktatury służące ludziom) jak do tej pory były stworzone przez ludzi, którzy umieli manipulować umysłami, zjednywać sobie ludzi, przekonywać do siebie, czy też rządzić twardą ręką – ale biznesmeni to byli z nich jak z koziej dupy trąba. Nigdy w historii nie zdarzyło się, żeby zbrodniczą władzę dyktatorską objął ktoś, kto dorobił się wielkich pieniędzy w biznesie. Choć może to było tylko dlatego, że ci „biznesmeni” byli zwykle na tyle cwani, że korzystali z możliwości stwarzanych przez dyktaturę, ale woleli wykonywać brudną robotę cudzymi rękami (vide ostatnia afera z Nestle, która sponsorowała terrorystów w jednym z Afrykańskich krajów). Na pewno w każdym razie żaden taki biznesmen-dyktator nie byłby dyktatorem we własnym kraju, w którym prowadzi interesy!

Bo agresja wewnątrz strefy wyklucza możliwość prowadzenia biznesu. Ktoś, kto próbuje wymusić na kimkolwiek swoje prawa siłą, może otrzymać natychmiastowe wypowiedzenia umów różnych wspólników, bez których natychmiast pójdzie z torbami, a niedawni najemnicy rozkradną jego posiadłość w minutę osiem, jak się tylko dowiedzą, że pracodawca im się nie wypłaci. Każdy sąd arbitrażowy, aż do Naczelnego Sądu Arbitrażowego, rozstrzygnie wszelkie konflikty na niekorzyść takiego właściciela, który z powodu wielkości nakazanych odszkodowań nie będzie miał funduszy do kontynuowania swojej zyskownej działalności, ani dla swoich zbrodniczych idei. Ochroniarze takiego biznesmena sami pomogą go schwytać, gdy tylko się dowiedzą, że jego źródło pieniędzy właśnie wyschło, a oni albo się przyłączą do policji strefowej, albo nie dostaną nawet ostatniej wypłaty.

Zatem istnieje taka możliwość czysto w teorii, natomiast pobieżna analiza wskazuje, że jest ona niemożliwa w realizacji. Zaznaczam – pobieżna. Może istnieje na to jakiś łatwy sposób. Natomiast moim zdaniem zdecydowanie bardziej jest prawdopodobne „plądrowanie” wykonane z zewnątrz.

7. Co zamiast państwa?

W opisanej przeze mnie strefie libertariańskiej nie istnieje jedynie „państwo” w sensie jednej organizacji stanowiącej prawo na terenie całej strefy. Istnieją powiaty(*) oraz państwa wirtualne(*), jedne i drugie stanowią własne prawa jak chcą i działają w oparciu o umowy zawierane między sobą i swoimi obywatelami; jedne i drugie istnieją za zgodą każdego z uczestników. Jak dla mnie, naiwnością jest sądzić, że „wszystko się samo ureguluje” – zanim by się uregulowali, zaraz by ich uregulował ktoś z zewnątrz. Nie ma niczego złego w tym, że istnieje jakieś „państwo”, które stanowi prawo, zbiera podatki i za te podatki różne rzeczy organizuje. Złe jest jedynie to, że człowiek mieszkający na danym terenie jest przypisany do jednego państwa i równocześnie siłą zmuszany do respektowania ustalanych i co chwilę zmienianych przez niego praw, co jest typowym przykładem monopolu, ale również opresji, ponieważ nie można mówić o jakiejkolwiek „umowie”, gdy co chwilę zmienia się jej warunki. Wolny świat to taki świat, w którym istnieje wolna konkurencja we wszystkim, i to jest najważniejsza idea przyświecająca strefie libertariańskiej.

Zamiast 25 punktów (z oryginalnej odpowiedzi), mieszających pojęcia logiczne, specyficzne, pobożne życzenia i puste slogany – nawet jeśli wypowiedziane w dobrej wierze – ja proponuję zestaw trzech praw podstawowych strefy libertariańskiej, określanych w skrócie jako:

  1. Prawo umowy
  2. Prawo własności
  3. Prawo informacji

Umowy są podstawą funkcjonowania, wszelkie przepisy, nakazy, również ograniczające wolność, są nakazami przyjmowanymi przez ludzi dobrowolnie. To oznacza między innymi, że państwo wirtualne(*) nie ma pełnej swobody zmiany przepisów prawa, które stanowi. Umowy są podpisywane zawsze dobrowolnie, zmiana warunków umowy w trakcie jej trwania jest niemożliwa – ważne jest to, co jest podpisane, więc zmiana warunków umowy jest możliwa tylko poprzez podpisanie nowej umowy. Państwo może wysłać swoim obywatelom aneksy do umowy, ale jeśli nie przeprowadzi odpowiednich konsultacji, ryzykuje że obywatel nie zechce przedłużyć z państwem umowy. Państwo nie może zmusić obywatela do podpisania aneksu do umowy, który modyfikuje jej prawa, w ostateczności może jedynie wypowiedzieć obywatelowi umowę jednostronnie, jeśli ten odmówi podpisania aneksu (ale wypowiadanie umów też jest obwarowane określonymi dodatkowymi warunkami, jak np. okres wypowiedzenia).

Zasób stanowiący przedmiot czyjejś własności (po nabyciu w wyniku transakcji – tak jest zawsze w przypadku posiadłości ziemskich) pozwala właścicielowi korzystać ze swojej własności bez żadnych ograniczeń, przy założeniu, że

  • działanie wynikające z tego korzystania nie obejmuje własności kogoś innego
  • takie działanie nie narusza warunków podpisanych umów

co oznacza, że może się zdarzyć ograniczenie w dysponowaniu swoją własnością, jeśli takie ograniczenie wynika z podpisanej (dobrowolnie!) umowy.

Informacja z kolei jest kluczową sprawą, która definiuje stan faktyczny i określa warunki zawierania umowy, stan własności, stan wykonania czynności wymaganych przez umowę oraz wszelkich danych, które są przedmiotem zawieranych umów. Zaniedbanie w kwestii informacji może być podstawą do usprawiedliwienia niewypełnienia warunków umowy lub podważenia całości zawartej umowy.

8. Jeżeli pewna firma farmaceutyczna produkowałaby tabletki powodujące natychmiastową lub powolną śmierć, to czy powinny wejść na rynek do użytku?

Patrz: prawo informacji. Każdy towar może wejść na rynek, a klient może go kupić, ale kupno jest transakcją, a jako takie podlega prawu umowy i prawu informacji. Jeśli zatem firma farmaceutyczna zatai fakt, że ten lek powoduje śmierć, a śledztwo zlecone przez sąd arbitrażowy (sprawę może wytoczyć prokuratura państwowa lub powiatowa) wykaże, że rzeczywiście firma nie dołożyła starań, by możliwość śmierci wykluczyć, czy też, żeby o tym jasno i wyraźnie poinformować kupującego, to sąd arbitrażowy zeżre ją z kopytami. Firma będzie musiała wypłacić olbrzymie odszkodowania, a także różne organizacje, do których może należeć obywatel (w tym powiat lub państwo wirtualne), mogą wystawić rekomendację nie kupowania żadnych leków tej firmy, co momentalnie taką firmę zrujnuje finansowo. Firma oczywiście może próbować sprzedawać leki pod inną marką – ale zgodnie z prawem informacji będzie musiała zamieścić na lekach informację, że to ta właśnie stara firma jest właścicielem tej marki… firma może zmienić nazwę, ale nadal jeśli będzie to dziedzictwo poprzedniej firmy, ktokolwiek kupujący lek tej firmy, jeżeli się okaże, że firma nie poinformowała, że to ta sama, co niegdysiejsza objęta złą sławą firma… sąd arbitrażowy rozstrzygnie każdą taką sprawę na niekorzyść tej firmy właśnie na zasadzie prawa informacji. Przed prawem informacji nie ma ucieczki; jak raz wtopisz sprawę – musisz sprzedać biznes i jeszcze ogłosić publicznie, że rozstajesz się z tym biznesem i nowy właściciel nie ma ze starą firmą nic wspólnego, inaczej umarłeś w kaloszach.

Dla takiej firmy wypuszczenie na rynek takiego produktu, przy założeniu, że byłby to wypadek przy pracy, jest to tragedia, ale jeszcze nie apokalipsa, firma może publicznie się pokajać, że doszło do takiej nieprawidłowości, publicznie ukarać winnych, lek oczywiście wycofać, wizerunkowo może też wycofać jakieś inne leki produkowane w tej samej linii, a zawierających też spory element ryzyka, i modlić się, żeby klienci chcieli od niej kupić choćby paracetamol. Gdyby jednak śledztwo wykazało, że decydenci z firmy wiedzieli o tym od początku, i celowo zataili, wtedy to już byłaby dla firmy apokalipsa. Darmowe reklamy w prasie oraz szeroki sponsoring wszystkich poszkodowanych. A potem to pewnie odsprzedanie zasobów, a właściciel jeszcze powinien zmienić nazwisko.

Jeżeli natomiast firma będzie sprzedawać lek, po zażyciu którego ryzyko śmierci ocenia się nawet na 10%, i jest sprzedawany z wyraźnie zaznaczoną informacją, że jest to lek śmiertelny, oraz wyszczególni wszystkie możliwe ryzyka jego zażycia – wtedy firma może to sprzedawać bez problemu. Oczywiście jego sprzedaż ma prawo ograniczyć państwo wirtualne(*), oczywiście tylko w firmach, które w tym państwie działają, czy tak samo powiat(*), dla sprzedaży na swoim terenie.

9. Czy w libertarianizmie może legalnie wystąpić zjawisko niewolnictwa?

W libertarianizmie nie istnieje żadna wyobrażalna definicja niewolnictwa, które byłoby zgodne z trzema prawami podstawowymi. Natomiast jak najbardziej jeden człowiek może z drugim zawrzeć odpowiednią umowę, która zakłada możliwość całkowitego dysponowania daną osobą wedle uznania „właściciela”. Tu ważna uwaga: żadna umowa nie może przekazać nikomu własności do swojego ciała, ponieważ w podstawowym prawie własności jest mowa o tym, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała (przez co takie prawo jest absolutnie niezbywalne). Ciało człowieka zatem nie może być przedmiotem handlu – w najgorszym razie może być jedynie przedmiotem licencjonowania, nawet do końca życia bez możliwości rozwiązania umowy (mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek zgodził się na podpisanie takiej umowy, ale owszem, nie ma na to żadnych ograniczeń). Oczywiście człowiek musi się zgodzić się na to dobrowolnie – i trzeba pamiętać, że jeśli zgodził się na to ze względu na złą sytuację materialną, ktoś mu zaproponował podpisanie takiej umowy, i nawet – powiedzmy – „omamił” go, że to super fajnie i całkowicie rozwiązuje jego problemy, przez co nieświadomie podpisze on ową umowę (nie wiedząc, że ma jakikolwiek wybór), będzie mógł później, jak już „otrzeźwieje”, udowodnić, że został przez sygnatariusza oszukany i nie wiedział o tym, że ma inne możliwości, jeśli sądy arbitrażowe, aż do NSA, dadzą mu wiarę, może podważyć taką umowę. Prawo informacji daje mu taką możliwość – dlatego każdy, kto podpisuje kontrowersyjną umowę, powinien sam we własnym interesie zadbać o to, żeby nie było niedomówień, nieporozumień, oszustw, żeby była stuprocentowa jawność, bo jest to jego jedyna podkładka, która pozwoli oprzeć się próbom podważenia umowy przez innych sygnatariuszy.

Pewien problem może być z handlem dziećmi – problem z ograniczonymi prawami dzieci jest dokładnie opisany w następnym pytaniu. W każdym razie w prawach podstawowych ma żadnego, które efektywnie zakazywałoby handlu ludźmi, którzy nie umieją zrozumieć swoich praw i nie mają zdolności do zawierania umów. Dotyczy to nie tylko dzieci, ale też ludzi o upośledzonych zdolnościach umysłowych.

10. Czy władza rodzicielska i instytucja rodziny sama w sobie jest ograniczeniem wolności i czy tym samym dzieci są własnością rodziców?

Teoretycznie zgodnie z prawem własności każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała, gdyby przyjąć to za dobrą monetę, to właściwie dziecko jest od momentu narodzin takim właścicielem (zresztą, nawet nie od momentu narodzin – od momentu poczęcia, ponieważ dorosły człowiek jest jego pochodną w czasie!). Ale z drugiej strony istnieje jeszcze prawo informacji, które wskazuje, że aby człowiek mógł korzystać ze swoich praw, musi je najpierw rozumieć i musi posiadać zdolność do podpisywania umów. Najsensowniej jest, żeby ta kwestia była regulowana przez państwo wirtualne(*) i jak najbardziej może to być współczesna regulacja ustanawiająca granicę wolności na 18 lat, jak również dodatkowe regulacje pozwalające owe prawa uzyskać wcześniej. Oczywiście w przypadku właścicieli-renegatów (posiadaczy dużych obszarów ziemi, którzy ogłaszają niepodległość i tworzą własny powiat) nie obowiązują w tej kwestii żadne ograniczenia, ale to oznacza jedynie, że potencjalnie każde dziecko, niezależnie od wieku, może podać rodzica do sądu arbitrażowego żądając wyłączenia spod władzy rodzicielskiej (jeśli nie odpuści po dobroci).

Drobna kontrowersja może istnieć w kwestii tego, że jeśli państwo ustala granicę 18 lat na wiek dojrzały, to w takim razie dziecko rodzica będącego obywatelem takiego państwa jest „pod przymusem” trzymane do 18 lat. Też tak nie jest do końca – dziecko może samo z siebie wystąpić o obywatelstwo od innego państwa, w którym ten wiek byłby niższy, albo które takiego wieku nie ustala. W praktyce zdarzenie takie jest co prawda niemożliwe, bo żadne państwo takiej aplikacji nie przyjmie, ani żadne państwo nie pozwoli sobie na nieuregulowanie tej sprawy – ale teoretycznie zakazu żadnego w tej kwestii nie ma. Poza tym jeśli rodzic ustanowi własne prawa i zarządzi teoretycznie, że dziecko jest jego własnością aż do jego śmierci – dziecko może zgłosić sprawę do sądu arbitrażowego. Jeśli umie zrozumieć swoje prawa – a chodzi oczywiście wyłącznie o prawa podstawowe – może uzyskać wyrok, który unieważnia „prawo” ojca renegata przez fakt sprzeczności z prawem własności.

11. Co jeśli pomiędzy firmami/przedsiębiorcami dojdzie do zmów cenowych?

Oczywiście można sobie wyobrazić taką sytuację, szczególnie gdy panuje ona na terenie jednego powiatu(*), albo nawet w dwóch różnych powiatach blisko siebie, natomiast obejmuje wszystkich sprzedawców z jednej branży. Tą sprawę można rozwiązać tylko i wyłącznie w taki sam sposób, jak to się robi dziś – państwo wirtualne(*) (również powiat(*)) może ustalić reguły, na podstawie których określa się, że mamy do czynienia ze zmową cenową. Jest to możliwe, gdy akurat się trafi, że owe firmy dorwały się do jakiejś unikalnej technologii, niedostępnej innym, i robią na tym pieniądze o wiele nieproporcjonalne do wielkości własnych inwestycji.

Co więcej, istnieje też zawsze taka możliwość, że ktoś ma np. łącze światłowodowe i dla ewentualnych kontrahentów ustanowi tak zaporowe ceny, że nikt nie będzie chciał (a nawet nie będzie mógł!)  z nich korzystać, a swoich użytkowników będzie kroić na grubą kasę. Oczywiście w teorii tu powinien pojawić się konkurent, położyć własny światłowód równolegle do tego (czyli duplikując zasoby bez potrzeby, bo raz wykopany kanał można wykorzystać na wiele kabli) i zaproponować niższą stawkę. W praktyce jednak po czymś takim były monopolista w tym momencie obniża ceny poniżej opłacalności produkcji, wykańczając w ten sposób konkurenta (może sobie na to pozwolić, bo zebrał dużo kasy dzięki byciu monopolistą), a potem ratując go przed bankructwem wykupując jego zasoby staje się na powrót monopolistą – i znów dyktuje kosmiczne ceny.

Dlatego powiat i państwo mają możliwość ustalania reguł gry konkurencyjnej i określania, kiedy ktoś nadużywa monopolistycznej sytuacji. Jest to o tyle istotne, że powiat zwykle też jest właścicielem różnych terenów „niczyich” typu chodnik przy drodze, często jest też więc właścicielem terenów, pod którymi leży kabel. Firma, która produkuje unikalne towary, też jeździ drogami powiatowymi itd. – słowem, nikt nie może żyć i zarabiać bez życia w zgodzie z radą powiatu(*) i państwem(*), z którym podpisał umowę.

Oczywiście jeśli ktoś jest sam właścicielem swojego powiatu, z którego rusza się na zewnątrz tylko swoim helikopterem, i posiada w sprzedaży unikalny towar jako jedyny w okolicy, jak najbardziej może sobie dyktować kosmiczne ceny. Ale każdy powiat, który z nim graniczy, ma prawo również ustalać – w ostateczności – cła zaporowe na jego towary. Może otoczyć jego posiadłość wysokim płotem i słono sobie liczyć za przekroczenie granicy z dowolnym towarem wedle wziętych z powietrza stawek. Na zasadzie – jak nie chcesz sprzedawać po uczciwych cenach wszystkim, to nie będziesz sprzedawał nikomu. Chcesz sprzedawać w innych państwach – droga wolna, wsiadaj w helikopter i leć. Tylko nie zapomnij zatankować.

Zawsze można być właścicielem unikalnego i potrzebnego wszystkim towaru i żądać za niego słonej zapłaty – ale żeby sprzedać, to trzeba z tym towarem gdzieś dotrzeć. Produkcja w strefie libertariańskiej, a następnie sprzedaż poprzez zabranie towaru helikopterem kilka tysięcy kilometrów dalej w innym państwie, nigdy nie będzie tak opłacalna, jak sprzedaż za płotem. To oznacza, że da się gościa przymusić do niekosmicznych cen (nie uzasadnionych kosztami) poprzez odseparowanie go od rynku. Oczywiście tutaj sposoby rozwiązania problemu nie różnią się od tych, które są dziś w państwach.

12. Czy częstotliwości radiowe mogą być czyjąś własnością prywatną?

Nie mogą, tak samo jak nie mogą być nimi kolory ani wzięte z natury zapachy, ani nawet nie mogą być nimi zapachy stworzone syntetycznie (choć może być nim patent na technologię jego wytwarzania). Natomiast inna sprawa jest z falami radiowymi nadawanymi na tych częstotliwościach.

Tu jest sytuacja dokładnie taka sama, jak z dźwiękami i hałasowaniem (pytanie 3): jeżeli ktoś nadaje fale radiowe na określonej częstotliwości na swoim terenie, to musi to robić albo tak, żeby się poza jego teren nie wydostały, albo robić to wyłącznie na zasadach uzgodnionych z innymi właścicielami, a w praktyce z powiatem(*), który to ma najprawdopodobniej też uregulowane razem z pozostałymi powiatami strefy w ramach inicjatywy(*). Co więcej, kwestie te muszą być uzgodnione z innymi państwami, więc prerogatywy takiej inicjatywy sięgają też podpisywania w tej sprawie umów z innymi państwami. To oznacza, że przydział i użytkowanie określonych częstotliwości radiowych jest uregulowane przez stosowną inicjatywę(*) forum(*), a co za tym idzie, przenosi się to następnie na powiaty, państwa, i obywateli, którzy z nimi podpisali umowy. Żeby było jasne: nie jest to własność. Jest to uregulowanie kwestii wysyłania w przestrzeń fal radiowych, które potencjalnie mogą przenosić się na tereny innych właścicieli.

13. Co jeśli osoba X zawarła z osobą Y umowę na temat sprzedaży zamku, ale już po jej podpisaniu, przy finalizowaniu transakcji okazało się, że to zamek do drzwi, a osoba kupująca miała na myśli zamek jako średniowieczną budowlę?

Umowa taka może zostać podważona przez sąd arbitrażowy na zasadzie prawa informacji. Podważenie skutkuje nakazem wycofania wszystkich czynności zawierających transakcję, w tym oddanie pieniędzy. Sprawa jest oczywista, ponieważ umowa nie wyszczególniła dokładnie przedmiotu transakcji i nie została tak samo zrozumiana przez strony.

14. Czy kara więzienia (skoro ogranicza czyjąś wolność lub go jej pozbawia) jest z punktu widzenia libertarianina niemoralna lub nieetyczna?

Pytanie jest poza tematem; w strefie libertariańskiej nie określa się, co jest moralne lub etyczne, tylko czy spełnia prawa podstawowe.

Kara więzienia jest to nic innego, jak spełnienie warunków umowy, która została podpisana dobrowolnie, jako warunek bycia mieszkańcem danego powiatu i obywatelem danego państwa. Innymi słowy, każdy kto został skazany na karę więzienia, to tylko dlatego, że sąd arbitrażowy określił jasno dopasowanie sposobu postępowania obywatela do zapisu w umowie, zatem wsadzenie go do więzienia jest czymś, na co obywatel zgodził się dobrowolnie już w przedbiegach. Jeśli nie podpiszesz umowy stosowania się do określonego prawa, a za jego niestosowanie zgody na wsadzenie do więzienia, to w najlepszym razie możesz ogłosić niepodległość na swoim własnym dwuhektarowym polu z lądowiskiem dla helikopterów, ale żadne przytomne władze powiatu cię z tego terenu nigdzie nie wypuszczą.

Tu można oczywiście zapytać: a czy to nie narusza jego prawa własności i prawa umowy – jeżeli ma własność gdzieś poza owym terenem lub otrzymał prawo do jego licencjonowania? Owszem, narusza. Dlatego nie wolno otaczającym powiatom ODMÓWIĆ mu podpisania umowy, która by pozwalała ten teren opuścić – ale nikt nie twierdzi, że muszą odpuścić z wymaganiem zobowiązania się pójścia do więzienia za morderstwo.

15. Czy prywatni lekarze nie będą przypadkiem wykonywać tylko tych zabiegów, które im się opłacają, przy czym pomijać chorych na rzadkie choroby?

W dzisiejszych Niemczech, przykładowo, też wszyscy lekarze są prywatni. Prywatni, co nie oznacza, że nie podlegają nakazom honorowania wszystkich publicznych ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy pobierają stawkę jako procent zarobków. W strefie libertariańskiej jak najbardziej mogą działać ubezpieczyciele zdrowotni, mogą też istnieć nakazy wydane przez powiat przyjmowania wizyt abonentów ubezpieczycieli publicznych, którzy z kolei będą mieć z kolei określone ograniczenia (minimum stawek itp.), jedyna różnica od tego, co dziś jest w Niemczech, byłaby taka, że każde państwo ma prawo samo sobie ustalać różne reguły, na jakich lekarze mają przyjmować.

Oczywiście zawsze istnieje możliwość, że żadne z państw nie będzie tym zainteresowane – no cóż, bliższa ciału koszula, zawsze jest możliwe, że większość osób wyjdzie z założenia, że a tam, mnie taka rzadka choroba nigdy nie dopadnie. Ale w takiej sytuacji to ewentualnie będzie podpadać pod kategorie charytatywne, więc konieczne „skomplikowane zabiegi”, czy też „kosztowne leczenie” będzie można zrealizować z pieniędzy fundacji. To daje też taką możliwość, żeby zorganizować badania naukowe nad owymi rzadkimi chorobami, które doprowadzą do odkrycia sposobu jej eliminacji, wczesnego wykrywania i szybkiego wyleczenia, a także profilaktyki (a nad profilaktyką oczywiście będzie czuwać ubezpieczyciel – z którym, oczywiście, klient podpisuje umowę dobrowolnie 🙂 ).

16. Czy wolność, która często bywa niemoralna nie kłóci się z kanonem Kościoła Katolickiego?

Podstawowym kanonem Kościoła Katolickiego jest to, że Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę, nawet w czynieniu zła, natomiast każdy człowiek indywidualnie odpowiada przed Bogiem ze swoich własnych czynów. Nie ma żadnych reguł, które pozwalałyby komukolwiek na zmuszanie kogokolwiek do postępowania wbrew jego woli, co najwyżej dopuszcza działanie w obronie siebie i innych.

Ważne jest jednak to, że strefa libertariańska nie określa kwestii moralności – wszystko jest sprowadzone do trzech praw podstawowych.

Przykładowo, jeżeli zdarzyłaby się taka sytuacja – a była jakiś czas temu drobna sprawa, użytkownicy facebooka dobrze wiedzą, o kogo chodzi – że kobieta zajdzie w ciążę, rozstanie się z partnerem, a następnie nic partnerowi nie mówiąc usunie ciążę, wtedy zasada praw podstawowych wygląda następująco: zostało naruszone prawo dziecka, również nienarodzonego do własności swojego ciała, to że ono nie może niczego ani zrozumieć, ani powiedzieć, oznacza jedynie, że nie może korzystać z prawa umów, ale tu liczy się jeszcze prawo pochodnych i prawo własności powiązanej (z tzw. praw oczywistych). W przypadku, gdy ktoś ginie, istnieją tzw. osoby zależne, które są uwzględniane w przypadku decydowania przez sąd arbitrażowy, kto może upomnieć się o własność – a jest tym kimś również biologiczny ojciec nienarodzonego dziecka. Kobieta, która usunęła ciążę bez porozumienia z nim może być pozwana o odszkodowanie. W przypadku tej walki o odszkodowanie oczywiście może mieć znaczenie, czy kobieta nie została przypadkiem do tego przez partnera zmuszona (nawet nieświadomie) i tak dalej.

Natomiast oczywiście gdy kobieta usunie ciążę za porozumieniem z biologicznym ojcem dziecka, wtedy w praktyce może to zrobić bezkarnie. Przy czym konsekwencja tego czynu może ją kopnąć w dupę w najmniej spodziewanym momencie: w przypadku ubiegania się o pracę na określonym stanowisku pracodawca może np. zażądać zadeklarowania, że nigdy nie usunęła ciąży (jako w jego mniemaniu świadectwo moralności osobistej). Oczywiście nie może żądać żadnych „dowodów”, to jest tylko osobista deklaracja. Ale jeśli oszuka – prawo informacji nie zna litości. Wystarczy świadek, jakikolwiek niepodważalny ślad.

17. Czy w libertarianizmie przeciętny Kowalski może zbudować we własnej piwnicy prywatną bombę atomową?

W przypadku „renegatów” jest to możliwe, przynajmniej teoretycznie. Prawa podstawowe nie mogą tego zakazywać. Ale istnieje do tego wiele praktycznych ograniczeń. Aby zrobienie czegoś takiego było możliwe, musiałyby być spełnione następujące warunki:

  • Kowalski posiadający własny obszar ziemski jest renegatem (jego obszar ziemski jest terenem oddzielnego powiatu)
  • Jego terytorium leży przy granicy z innym państwem, a od pozostałych powiatów(*) strefy libertariańskiej jest całkowicie odcięty
  • Granica obszaru Kowalskiego z obcym państwem nie jest szczelna i może on przez nią przewieźć materiały do produkcji bomby (nie zakładam, że na jego terenie znajduje się kopalnia uranu, bo opis stałby się już zbytnio absurdalny)
  • Lub: posiada lądowisko dla helikopterów i jest to jego środek transportu, którym transportuje zarówno towary, jak i materiały do produkcji bomby – i owo państwo ościenne pozwala mu na to bez ograniczeń

A bardziej praktycznie, na czym mogą polegać ograniczenia? Przede wszystkim, jeśli Kowalski jako renegat przystąpił do inicjatywy obronnej, to może zbudować sobie taką bombę, ale nie w tajemnicy, tylko wyłącznie jeśli jest to część projektu obronnego. Jeśli nie, to reprezentanci inicjatywy obronnej przedstawiają mu ultimatum: albo podpisze konwencję o nie posiadaniu broni atomowej, albo nigdzie go nie wpuszczamy. Jeśli będzie on miał posiadłość na granicy z innym państwem – wtedy albo to drugie państwo będzie współpracowało z nim w tym projekcie, albo go tak samo do swojego państwa nie wpuści. Konwencja ta równocześnie oznacza, że będą się w okolicy pojawiały ekipy, które będą to kontrolowały.

Jak mogą go „nie wpuścić”? Zwyczajnie. Otoczyć go granicą bez przejścia. A helikopterem? A owszem, jako właściciel powiatu jest też właścicielem przestrzeni powietrznej… w obrębie nad swoją posiadłością. Spróbuje przekroczyć granicę swojej posiadłości i zostanie momentalnie zestrzelony przez działko przeciwlotnicze. Ma tylko jedną teoretyczną możliwość wydostać się ze swojej posiadłości: zbudować pojazd kosmiczny i wydostać się poza granicę atmosfery, przelecieć nad inną część ziemi i tam spróbować wylądować – licząc na to, że wyląduje na jakimś obszarze, w którym go nie zestrzelą bez ostrzeżenia za naruszenie przestrzeni powietrznej. Nawet w teorii zresztą ta możliwość jest mocno naciągana, bo musiałby mieć na swoim terenie cały przemysł metalurgiczny, żeby coś takiego zrobić.

A, że mógłby gdzieś ewentualnie zadzwonić? Chyba dzwonkiem. Granica powiatu to jest granica powiatu, nic się nie może poza teren takiego renegata wydostać, w tym fale radiowe i sygnały po łączach telefonicznych. To jest kompletne odcięcie od świata.

Natomiast jeśli mówimy o realnych warunkach, to mamy tylko dwie takie możliwości:

  • powiat, na terenie którego mieszka Kowalski, jest uczestnikiem inicjatywy obronnej, a ta zakłada m.in., że nikt nie robi na własną rękę żadnych instalacji obronnych lub zaczepnych bez konsultacji z kierownictwem inicjatywy
  • jeśli Kowalski jest renegatem, to albo jest nadal uczestnikiem inicjatywy obronnej, albo ma podpisaną stosowną umowę z sąsiadującymi powiatami, czy też ewentualnie z sąsiadującym państwem (i zgadza się na istnienie kontroli, która to cyklicznie sprawdza)

Oczywiście, jeśli ktoś uważa, że powyższe zabezpieczenia mogą być zawodne, to zaznaczę jedynie, że współczesne regulacje w państwach wcale mniej zawodne nie są.

18. Czy jeżeli jakiś foton odbije się od nas, lub naszej własności i uderzy w cudzą, to dopuszczamy się wówczas agresji?

To, kto i z jakiej intencji dopuścił do tego, żeby jakiś element materialny lub używający materialnego nośnika, znalazł się na czyjejś posesji, musi być najpierw odgadnięte i odpowiednio dowiedzione. Dlatego jakimkolwiek sprawcą, a zatem również tym, który miałby być pozwany o odszkodowanie, jest ten, kto ów foton wypuścił oryginalnie. Jeśli jest on wytworem naturalnym (nie spowodowanym przez człowieka), no to trudno – pretensje do Pana Boga.

Oczywiście tu muszą też zostać uwzględnione regulacje wewnątrz wspólnoty mieszkaniowej (powiatu(*)). Ten może określić fotony i fale elektromagnetyczne jako zasoby podlegające możliwości przenoszenia bez konieczności pytania o zgodę właściciela posesji, przez które przechodzi, pod warunkiem stosowania się do określonych zasad.

Tu oczywiście drobna, dodatkowa uwaga: sam foton jest bez znaczenia, ale jeżeli mamy na dachu wielkie lustro, które odbija promienie słoneczne, a na dodatek jeszcze wklęsło-kuliste, które je jeszcze skupia w jednym punkcie i może wywołać pożar, to nie może to już zostać żadną miarą za odbicie „przypadkowe”, w odróznieniu od odbicia się fotonu od wyglancowanej powierzchni plastikowej elewacji domu. Odróżnienie przypadkowości od celowości jest do rozstrzygnięcia przez sąd.

19. Co jeżeli prywatny przedsiębiorca obuduje bezpośredni teren wokół naszego domu, lub działki własną drogą?

W ogólnym przypadku nie można tego rozstrzygnąć, ale w różnych szczegółowych przypadkach ustaleń nie jest on możliwy.

Jeżeli uważamy, przykładowo, że prawo własności daje możliwość właścicielowi użytkowania własnych zasobów, to uważamy również, że do jej użytkowania należy również możliwość jej opuszczenia i udania się na jakiś inny teren, z którego może korzystać dzięki umowom podpisanym z innymi właścicielami.

Tą sprawę zatem musi rozstrzygnąć sąd arbitrażowy i jak najbardziej może zmusić właściciela drogi do udostępnienia jej za darmo lub jej sprzedania na rzecz powiatu(*), do którego należy ów właściciel – ewentualnie włączenia jej w teren powiatu i podpisania odpowiedniej umowy na użytkowanie (korzystania z funduszu drogowego powiatu). Jest tak dlatego, że choć teren drogi teoretycznie jest terenem prywatnym właściciela drogi, to jednak uniemożliwianie lub utrudnianie poruszania się między własną posiadłością, a terenem zewnętrznym stanowi konflikt. Konflikt powinien zostać rozwiązany lub powinna zostać zastosowana umowa wspólnego użytkowania. Jeżeli jeszcze na dodatek ktoś celowo zrobił tak drogę, stanowi to celowe wywołanie konfliktu własności, wraz ze wskazaniem sprawcy jako jednego z uczestników konfliktu własności. Czyli coś, co jest traktowane na równi z włamaniem.

20. Czy sąsiad emitujący szkodliwe gazy z domowego komina lub kominów fabrycznych, znajdujących się na jego posesji/terenie, które rozwiane przez wiatr wchodzą bezpośrednio na słup powietrza w obrębie naszej własności dokonuje na nas agresji?

Znów, podobna sprawa, jak z dźwiękami, fotonami itd. – facet może puszczać sobie na swoim terenie dymy jakie chce, jeżeli wydostaną się za teren posesji, jest winny naruszenia. Powiat(*) może wprowadzać ustalenia odnośnie tego, jakie gazy mają prawo wydostać się poza posesję. Jeszcze raz: nikt właścicielowi nie broni wytwarzać dowolnych gazów na terenie jego posesji – ale jeśli wydostanie się poza posesję, musi to być gaz, który jest dostosowany do reguł wprowadzonych przez powiat(*).

Tu uwaga: umowa z sąsiadującymi powiatami może być niezbędna do pełnej realizacji możliwości „palenia węglem” na terenie swojej posesji, zwłaszcza gdy granica powiatu znajduje się blisko źródła emisji. Prawdopodobnie zatem będzie to ogólna regulacja dotycząca wszystkich powiatów, obowiązująca całą strefę (inicjatywa(*)). Być może, gdy w strefie będą funkcjonowały jakieś fabryki, będą mogły mieć specyficzne regulacje, również w ramach inicjatywy (sprawy typu można dymić, ale z daleka od posesji itd.).

21. Co jeśli jakieś zewnętrzne państwo spróbuje zaatakować kraj libertariański?

Jak każdy kraj, musi mieć ustaloną strategię obrony. Domniemam, że najsensowniej jest, gdy cały kraj podejmie w tym celu inicjatywę(*) obronną, również uzgodnioną z innymi państwami. Uzgodnienia będą dotyczyć oczywiście wszystkiego: organizacji, uczestnictwa, finansowania, umów zewnętrznych. Oczywiście jest możliwość, jak zawsze, że jakiś pojedynczy powiat(*) wyłamie się z inicjatywy, a tym samym finansowania. Ludzie, którym bliskie są np. poglądy pacyfistyczne, mogą, jeśli chcą, wyłamać się z powiatu, albo nawet przekonać cały powiat, żeby nie uczestniczyli w inicjatywie.

Przy czym zaznaczam, że prawo informacji pozwala również na to, żeby do zawarcia umowy móc wymagać określonych informacji. Każda strona umowy zawartej na cokolwiek z takim powiatem, który wyłamie się z inicjatywy obronnej, może albo wcześniej wymagać przynależności do określonych inicjatyw(*) lub może też po fakcie uzasadnić, że jako powiat nie uczestniczący w inicjatywie obronnej jest niewiarygodny i sygnatariusze ponoszą większe ryzyko w swojej działalności. Może to być pretekst do zerwania umowy lub konieczności jej renegocjacji.

22. Czy jeżeli ktoś znajdzie się na naszej posesji, na której ustanowiliśmy prawo strzelania bez ostrzeżenia do każdego niezapowiedzianego gościa możemy go zabić?

O ile tylko adwokaci zabitego nie dadzą rady argumentować, że ów człowiek dostał się tam drogą publiczną i dostępnym wejściem, a wokoło było za ciemno, żeby zobaczyć wielką tablicę z napisem „Uwaga! Wstęp wzbroniony! Tu się strzela bez ostrzeżenia!”, oraz nie było napisu po Angielsku (ustalenie powiatu(*) jako języka uniwersalnego dla wszystkich) ani po Polsku (język urzędowy powiatu(*)) – wtedy tak, może go zabić, i adwokaci nie będą w stanie nic zrobić. Chyba że ustalenia powiatu(*) dodatkowo ograniczają możliwość strzelania do wszystkich bez ostrzeżenia na terenie powiatu, ale – jak już wspomniałem – przynależność do powiatu, państwa i stosowanie się do jakichkolwiek reguł za wyjątkiem prawa podstawowego, jest całkowicie dobrowolne.

Trzeba tylko pamiętać, że jasne i nie budzące wątpliwości reguły, jak nie dać się na terenie tej posesji zastrzelić, muszą być w komplecie wyłożone przed wejściem na teren, najlepiej jeszcze podpisane. Po ewentualnym zabiciu kogoś takiego istnieją tylko trzy możliwości oskarżenia strzelającego o złamanie prawa:

  • prawo umowy: człowiek został zastrzelony, mimo że zastosował się do warunków umowy, która gwarantowała mu nietykalność
  • prawo własności: człowiek został zastrzelony i nie da się wskazać żadnych jasnych powodów, dlaczego tak się stało (samodzielne rozwiązanie konfliktu nie pozwalające na jego renegocjacje)
  • prawo informacji: człowiek został zastrzelony mimo że otrzymał wymagane informacje, jak nie dać się zastrzelić na terenie tej posesji i się do nich zastosował (został zastrzelony z jakiegoś powodu, który nie został mu zawczasu przedstawiony)

23. Kto będzie budował drogi?

Ten, kto ich potrzebuje. Jeśli nie zgłosi się żaden prywatny właściciel, który zechce ją zbudować, może to być powiat, jeśli mieszkańcy powiatu się odpowiednio w tej kwestii dogadają. Mogą założyć konsorcjum, gdzie każdy będzie miał określony udział (stosownie do wkładu), może sam powiat być właścicielem i finansować ją ze specjalnie w tym celu utworzonego funduszu drogowego.

Tu oczywiście nie powstrzymam się od złośliwego komentarza, że oryginalna odpowiedź na to pytanie to jest klasyczne Rżnięcie Głupa(tm).

Należy pamiętać oczywiście, że powiat(*) zwykle będzie tworzył różne specyficzne reguły określające funkcjonowanie dróg. I w związku z tym może nie pozwolić komuś zbudować drogi (tzn. postawi szlaban na własnych, które do niej prowadzą) lub wymusić sprzedaż określonego fragmentu terenu, jeśli jest on potrzebny na zbudowanie drogi. Rozstrzygnięcia w tej kwestii prowadzą sądy arbitrażowe. Sąd nie może oczywiście działać przeciw prawu własności, ale jeżeli ważą się losy dostępu innych do swojej własności, wtedy istnieje konflikt własności, a jego rozstrzygnięcie nie jest oczywiste.

24. Czy nagły i gwałtowny rozwój mechanizacji jest w stanie pozbawić wielu ludzi ich pracy?

Tak, ale co to ma do rzeczy? Rynek pracy się zmienia od początku istnienia ludzkości, niektóre zawody znikają, pojawiają się nowe. Nikt jeszcze nie udowodnił, że rozwój mechanizacji przyczynia się do zwiększania bezrobocia. Nie widzę też związku z libertarianizmem.

25. A co w takim razie z osobami uzależnionymi?

Ich problem. Chyba że ten problem rzutuje też na innych, to wtedy można podać gościa do sądu.

Zaznaczam dodatkowo, że prawo informacji wymaga, by taka informacja o człowieku była dostępna również dla „zainteresowanych”, takich np. jak ubezpieczyciel medyczny. Ubezpieczyciel medyczny może zażądać wyższej stawki, czy też nie zgodzić się na podpisanie umowy, podobnie jak pracodawca może się nie zgodzić na podpisanie umowy o pracę z narkomanem. Jedno zażycie, które nie zostało zgłoszone jako „napad”, może na długi czas pozbawić człowieka dużej liczby dostępnych dla innych możliwości i usług.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: