Epidemia opieniędzałości

0. Wjazd

Deutsche Welle, a za nią onet.pl, wysmażył artykuł w związku z tym, że Komiska Europejska zamierza tym razem zająć się problemem otyłości. Ja zawsze od pewnego czasu na poczynania KE patrzę przez pryzmat jej wcześniejszych dokonań, czyli a) znów jakaś szczytna inicjatywa, b) która polega głównie na pomyśle na nowe wydawanie pieniędzy, c) wymuszanie wydawania dodatkowych pieniędzy przez kraje członkowskie na napychanie kasy znajomym przedsiębiorcom, d) która przy dobrym szczęściu zostanie przez kraje członkowskie zbojkotowana, oprotestowana, lub obalona.

Wydaje się, że problem otyłości jest rzeczywiście poważny i warto by ktoś się nim zajął. Jeśli jednak ktoś myśli, że KE zrobiła cokolwiek, co wyłamuje się z powyżej nakreślonego schematu, jest skończonym naiwniakiem.

1. Otyłość: prawdziwe a medialne przyczyny

Przyczyny medialne otyłości znamy wszyscy. Są następujące:

  • za mało się ruszamy
  • jemy za dużo tłuszczu i smażonego
  • jemy hamburgery
  • jemy dużo rzeczy wysokokalorycznych
  • w ogóle jemy duże ilości mięsa zamiast ryżu, kaszy, czy warzyw
  • a tak w ogóle to po prostu za dużo jemy, trzeba jeść mniej

Tyle o przyczynach medialnych. Przyczyny medialne dobrze się sprzedają, ponieważ odwracają uwagę od rzeczywistych, dzięki czemu ludzie nie odchodzą od jedzenia tych prawdziwych źródeł otyłości, na których koncerny żywnościowe zbijają najwięcej kasy.

Rzeczywiste przyczyny otyłości są proste, wręcz bardzo proste. Mogę je wymienić w kilku punktach – są to:

  • cukier
  • cukier
  • cukier

No i mógłbym tak długo. Oczywiście mogę wymieniać i konkretne produkty, powszechnie uważane za zdrowe – proszę bardzo:

  1. Mleko. Powszechnie uważane za zdrowe, źródło wapnia i innych minerałów, witamin i ohohoho. W rzeczywistości mleko zawiera głównie (poza wodą) dwa najbardziej szkodliwe dla organizmu składniki: laktozę oraz kazeinę. Laktoza to… tak tak, cukier (glukoza+galaktoza). Kazeina zaś to bardzo trudne w strawieniu białko, trawione jedynie przez kilkuletnie dzieci (zdolność zanika z wiekiem) i uniemożliwiające przyswajanie większości minerałów (produkty fermentacji mleka są już zdrowsze)
  2. Jogurt. Jeśli to jest naturalny, z mleka, to ok – ale jogurty owocowe to jest po prostu jogurt wymieszany z przetworzonymi owocami i … oczywiście cukrem 🙂
  3. Owoce. Mimo że zawierają witaminy oraz wiele ważnych składników odżywczych (niestety większość z nich jest w tych zwykle wyrzucanych pestkach, zgadnij dlaczego), większość z nich jest bogata w… cukier. I to nie zwykły cukier – jest to głównie fruktoza, o czym za chwilę.
  4. Miód. Mimo dobroczynnych właściwości w postaci naturalnego antybiotyku, w 80% jego skład to… cukier.
  5. Chleb. Dłuższe żucie chleba powoduje, że staje się on słodki w smaku, robił ktoś ten eksperyment? Chce ktoś twierdzić, że nie zawiera on cukru? Ale to jeszcze nic, bo mocnym źródłem energii w pieczywie (jak też w makaronach, ciastach, pierogach itd.) jest gluten (gluten to osobna historia, ale tu to pominę).

Oczywiście, trzeba od tego zacząć, że w dawnych czasach cukier był trudny do uzyskania, więc organizm ludzki nauczył się go wyzyskiwać praktycznie ze wszystkiego. Dziś węglowodanów zjadamy wielokrotnie więcej, niż w przeszłości, bo mamy lepszy dostęp do żywności.

Tak sądzisz? Gówno prawda. Dziś mamy lepszy dostęp do żywności… ale tej gorszej. Dobra żywność może nie jest tak ciężko dostępna jak dawniej, ale zdobycie jej wymaga nie lada wysiłku – głównie poprzez dokładne studiowanie etykiet na opakowaniach. Ale żadne czytanie etykiet nikomu nie pomoże, jeśli się nie wie, które ze składników żywności to te, których należy unikać.

2. Prostsze, niż bardzo proste

Nie wierzysz, że to cukier? Uwierz. Wystarczy zrozumieć tylko kilka prostych reguł, w jaki sposób organizm traktuje określone składniki odżywcze.

a. Glukoza

To jest cukier prosty, który jako jedyny jest bezpośrednim źródłem energii. Bezpośrednim, to znaczy że jest transportowany we krwi jako materiał do uzyskiwania energii. Wszelkie inne materiały energetyczne muszą zostać najpierw przetworzone do tej postaci, jeżeli miałaby z nich zostać uzyskana energia. Poziom glukozy we krwi organizm musi regulować poprzez dozowanie, gdy jest za niski i ściąganie nadmiaru, gdy za wysoki.

No dobrze, wprowadziłem drobną nieścisłość – podobno organizm potrafi uzyskiwać energię również z ciał ketonowych (ale jak na razie napotkałem tylko drobną wzmiankę na ten temat – wcześniej podobno ketoza była określana jako bardzo groźna choroba). W każdym razie chodziło mi o jedno: organizm nie jest w stanie uzyskiwać energii ani z tłuszczu, czy białka, ani z innych rodzajów cukru.

Cukier ten występuje bezpośrednio w winogronach (stąd w języku Niemieckim nazywany jest Traubenzucker) oraz bananach (ale w bananach występują chyba wszystkie możliwe rodzaje cukrów).

b. Fruktoza

To drugi najważniejszy cukier prosty, który jednak nie jest źródłem energii. Musi zostać przez organizm strawiony, w wyniku czego przerabiany jest na glikogen (postać pośrednia między tłuszczem a cukrem, zmagazynowana w wątrobie). To oznacza, że aby w efekcie posłużyć jako materiał energetyczny, musi zostać „zdekompresowany” powstały z niego glikogen.

Fruktoza jest najczęstszym cukrem występującym w owocach.

c. Pozostałe cukry

Tu już podam w dużym uproszczeniu, bo chodzi mi tylko o pokazanie zależności. Inne cukry, jak skrobia, czy galaktoza (składnik cząsteczki laktozy, wraz z glukozą) są, podobnie jak fruktoza, mniej lub bardziej przerabiane w efekcie końcowym na glikogen (czasem trafi się, że częściowo jest z nich syntetyzowana glukoza).

d. Tłuszcze

Tłuszcze nasycone, o ile zostaną strawione, przechodzą w glikogen, jeśli nie, są wydalane. Zwrócę tu też uwagę, że trawienie tłuszczu wymaga wydatkowania zdecydowanie większej energii, niż trawienie cukrów (tak, trawienie to też praca!). Tłuszcze nienasycone podobno wymagają dodatkowych przeróbek, żeby można je było strawić, stąd podobno powodują wypłukiwanie zgromadzonego tłuszczu z organizmu. Nie widziałem niestety żadnych potwierdzonych badań, które by tłumaczyły, w jaki sposób się to odbywa.

Dodatkowo zwrócę uwagę na jeszcze jedno: nie, spożywany tłuszcz NIE ląduje w tkance tłuszczowej. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.

e. Białka

Białka, niestety, nie są pojęciem jednorodnym. Istnieje wiele rodzajów białek o bardzo różnych funkcjach, różnych metodach trawienia, różnych efektach dla organizmu. Nie wszystkie białka są w efekcie przerabiane na białko własnych komórek białkowych, wiele białek jest niestrawnych, szkodliwych dla organizmu, ewentualnie służą tylko do wydatkowania energii.

W tej wyliczance wyróżniłem w szczególny sposób fruktozę, ponieważ jest ona bardzo często wychwalana jako cukier, który może być spożywany przez cukrzyków. To automatycznie kwalifikuje ten cukier jako „bezpieczny”. Niestety, złudnie. Na przykład dlatego, że nie istnieje coś takiego, jak „bezpieczny cukier”.

4. Złudne zdrowotne walory

Jeśli zrozumiesz teraz, że tłuszcze muszą przejść długą i skomplikowaną operację zamiany na glikogen (i to niekoniecznie zakończoną powodzeniem w 100%), a zamiana cukrów na glukozę (lub jej bezpośrednie wchłonięcie) to „piece of cake”, inaczej teraz spojrzysz na produkty typu „jogurt 0%”, którego 20% stanowią węglowodany, prawda?

Nie martw się. Producenci żywności zadbali nie tylko o idiotów, którzy wpierdzielają bez opamiętania słodycze w postaci malowanego cukru, czy piją oranżady („bulbony”, jak mówi moja teściowa). Zadbali też o ludzi, którzy szukają „zdrowej żywności”, tylko nie bardzo wiedzą, co to oznacza. Bo zamiast poczytać o tym książki, czy choćby specjalistyczne portale, wolą wierzyć na słowo, że jak producent napisze, że coś jest zdrowe, to jest zdrowe.

Jednym z największych szwindli jest oczywiście reklamowanie mleka jako posiadającego największe walory zdrowotne – wielu osobom wciskane jeszcze w najgorszej możliwej postaci, czyli gotowane. Gotowane mleko jest już kompletnie pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, ponieważ to właśnie te bakterie powodujące kwaśnienie mleka najbardziej stanowią o jego wartości. Ten sam problem jest z mlekiem UHT.

Ale to i tak nic w porównaniu ze sprzedażą różnych produktów opartych na mleku, nawet na produktach fermentacji mleka, nafaszerowanych ile wlezie cukrem. Pisałem już wcześniej o jogurtach, ale największym szwindlem w tej kategorii jest chyba Actimel. Reklamowany jako produkt zawierający duże ilości bakterii probiotycznych i zwiększający odporność… jest po prostu przerobionym lekko sfermentowanym mlekiem… z cukrem. I to w takich ilościach, że gdyby nie to skwaśniałe mleko, to mogłoby zemdlić. To samo dotyczy również kefirów i jogurtów owocowych i waniliowych.

A już szczytem bezczelności jest produkcja słodyczy opartych na mleku – typu Kinder Chocolate czy „mleczna kanapka”. Mleko wykorzystywane jest tu sugestywnie jako „zdrowy” element – tymczasem po odjęciu z tych produktów cukru (w tym laktozy) niewiele by zostało. Pożytecznych składników odżywczych nie starczyłoby nawet na 1%.

5. Mit szkodliwego tłuszczu

A teraz mała dygresja – wiemy, że otyłość dzisiaj bierze się z dzisiejszej żywności. Ale istnieli też ludzie otyli przed XIX-wieczną cywilizacją, np. w XV wieku. Powszechnie uważa się, że ich otyłość brała się z zajadania się tłustym mięsem. Jest to niestety kompletna bzdura (choćby dlatego, że tłustym mięsem zajadali się wtedy wszyscy powszechnie). Otyli byli tylko ci, którzy mieli dostęp do różnych „rarytasów” – czyli głównie miodu i owoców. Czyli, oczywiście, cukru.

Powszechnie widziana otyłość, na tyle żeby zwracać na to uwagę i obarczać określone czynniki za jej powstawanie, to nie jest wiedza znana od wieków. To jest wiedza XX wieku, bo dopiero wtedy otyłość faktycznie zaczęła być problemem. Wcześniej nie znano przyczyn otyłości, więc siłą rzeczy obarczanie tłuszczu winą za otyłość to jest wymysł XX wieku. Skąd się wzięła? Możliwe są dwie przyczyny: jedna to stwierdzenie, że otyli ludzie mają pod skórą tłuszcz, natomiast druga to oczywiście nie zrozumienie jeszcze wystarczająco powiązania między cukrem, a tłuszczem pod skórą.

Niestety tłuszcz pod skórą nie ma kompletnie nic wspólnego z tłuszczem spożywanym, nieważne czy roślinnym, czy zwierzęcym (niechby nawet – choć mówię to czysto teoretycznie – był to tłuszcz z ciała innego człowieka). Tu wchodzi w grę jeszcze jedna ciekawa cecha ludzkiego organizmu: tolerancja ciał obcych.

Ludzki organizm ma tylko kilka miejsc, w których pozwala na znajdowanie się ciał obcych. We wszystkich tych miejscach owe ciała są ściśle kontrolowane i nie pozwala im się dostać do innych części organizmu, w celu oczywiście ochrony przed bakteriami i drobnoustrojami. Tak jest w przypadku zawartości jamy ustnej, przełyku, żołądka, elementów wątroby oraz jelit. Gdziekolwiek indziej znajdzie się jakieś ciało obce – to znaczy substancja nie zsyntetyzowana przez organizm – wywołuje stan zapalny.

Dlatego zarówno białko, z którego zbudowane są mięśnie, jak i tłuszcz w tkance tłuszczowej, są przekodowane kodem genetycznym. W ten właśnie sposób organizm odróżnia substancję własną od obcej. Dlatego właśnie tłuszczu spożywanego nie da się wcisnąć do tkanki tłuszczowej – spożyty tłuszcz musi zostać najpierw rozłożony na glikogen, a dopiero z takiej postaci może być on zamieniony na własny tłuszcz.

Glikogen to postać „półskompresowana”; jest zmagazynowana w wątrobie i w razie potrzeby jest szybko „dekompresowana” do postaci glukozy i dozowana do krwi. Mówię o „kompresji”, ponieważ proces „kompresji” wiąże się z odzyskiwaniem wody – i podobnie „dekompresja” wiąże się ze zużyciem wody. Dlatego właśnie podczas ćwiczeń fizycznych i wytężonej pracy fizycznej organizm zwiększa zapotrzebowanie na wodę.

Poprzez dostarczanie energii wyłącznie w postaci tłuszczu zmuszamy organizm do wykonywania jego prawdziwej pracy – do wyzyskiwania energii wyłącznie poprzez dekompresję glikogenu. Wtedy, w przypadku dużego zapotrzebowania na energię, organizm będzie przyzwyczajony do tego, że – tak jak to robi zwykle – musi ową energię uzyskać z glikogenu. I wtedy uzupełnianie glikogenu z tkanki tłuszczowej będzie tylko dodatkową konsekwencją. Dlatego właśnie podczas odchudzania to nie tłuszcz jest najważniejszym składnikiem do eliminacji.

I jeszcze jeden argument – z tego co wiem, dieta Atkinsa (alias dieta Kwaśniewskiego) na większość osób działa. Jest to w dużej mierze monodieta tłuszczowa, ale kompletnie pozbawiona węglowodanów.

6. Mit kalorii

Tłuszcz nadawał się idealnie na wroga zastępczego, ponieważ można było mu przypisać wysokokaloryczność (wielokrotnie większa, niż cukru). Problem tylko w tym, że pojęcie „kaloryczności” można o kant dupy potłuc.

Jak policzono „kaloryczność” określonych składników? Otóż spalono jedzenie w specjalistycznym piecu i zmierzono ilość wytworzonego ciepła.

I spróbuj teraz przyłożyć to do procesu „spalania” pokarmów przez organizm. Jakieś elementy wspólne? Raczej powiedziałbym „gdzie Rzym, a gdzie Krym?”.

I teraz wyobraź sobie, że wiele lat temu ktoś wymyślił ten idiotyzm, a miliony idiotów na całym świecie w to wierzą. Jak można porównywać wartość energetyczną dwóch produktów poprzez spalenie ich w piecu? Przecież w ten sposób można zmierzyć „wartość energetyczną” dowolnej rzeczy, również drewna, czy plastiku! Spróbuj tak sobie czasem zjeść deskę drewnianą, albo samochodzik-zabawkę i zobacz, czy od tego utyjesz.

Zresztą, tu nawet nie trzeba się chwytać takich żartów – bo na tej zasadzie możesz też próbować spalić celulozę. Oczywiście, że się shajcuje i co nieco się zagrzeje – ale jaką ma ona praktyczną wartość energetyczną dla organizmu, tzn. ile energii organizm jest w stanie z tego wydatkować? Dokładnie ZERO. Jak wiemy, błonnik nie jest trawiony przez ludzki organizm, ani przez żaden zwierzęcy.

Jeżeli chcemy znać praktyczną wartość energetyczną dla organizmu, to musimy brać pod uwagę następujące rzeczy:

  • jaki jest standardowy stopień wchłaniania składnika
  • jaki jest process jego trawienia
  • ile glukozy powstanie po jego strawieniu
  • ile energii (powiedzmy w jednostkach glukozy) potrzeba na przerobienie tego składnika na glukozę

Innym czynnikiem mierzącym energetyczność pokarmu, zdecydowanie bardziej odpowiadającym prawdzie, jest miara indeksu glikemicznego. Jest to, w skrócie, przeliczanie produktu żywnościowego na odpowiadającą mu ilość glukozy. Niestety nie jest to też do końca miarodajny czynnik, ponieważ z góry wyklucza inne elementy, niż cukry. Poza tym jest to metoda empiryczna, tzn. miara polega na sprawdzeniu o ile wzrosła ilość glukozy we krwi po spożyciu określonego produktu.

Pokarm, który zamiast na glukozę został zamieniony na glikogen, nie zostanie w takim badaniu odnotowany. Bo nie da się tak łatwo zmierzyć, o ile wzrósł poziom glikogenu w wątrobie – a to jest o wiele ważniejszy czynnik, ponieważ obrazuje faktyczny potencjał energetyczny danego produktu, zarówno tłuszczów, jak i cukrów takich, jak fruktoza.

7. Politycy biorą się za poprawianie świata

Wróćmy więc, po tej sporej dawce teorii, do wspomnianego artykułu.

Od czego zatem KE zaczyna „walkę z otyłością”? Popatrzmy – czytelniku, trzymaj się krzesła:

– Na projekty zachęcające do zdrowego odżywiania się Komisja Europejska przeznaczyła już odpowiednie środki finansowe – powiedział Hönighaus [przedstawiciel niemieckiej delegacji w KE]. Do szczególnie znanych zaliczyć można rozprowadzanie owoców i mleka w szkołach oraz doroczny Europejski Dzień Walki z Otyłością, który przypada na trzecią sobotę maja. Tego dnia odbywają się liczne imprezy, których celem jest zwrócenie uwagi na problem otyłości.

Potrzebuje ktoś przetłumaczenia z medialnego na normalny? Proszę bardzo: Komisja Europejska pod pretekstem walki z otyłością zamierza właśnie przepuścić kolejne „dodatkowe środki finansowe” z budżetu unijnego poprzez zorganizowanie dobrej zabawy oraz wsparcie finansowe dla biednych jak mysz kościelna w czasach kryzysu producentów mleka i owoców. Ktoś chce się nie zgodzić? Dalej jest jeszcze lepiej:

Dla KE najchłonniejszymi odbiorcami informacji związanych ze zdrowym odżywianiem się są dzieci – uważa Hönighaus. – Mogą one przyczynić się do wprowadzenia trwałych zmian w tej materii.

Dalej tłumaczymy? Proszę bardzo: Komisja Europejska słusznie wskazała, że najłatwiejszym obiektem do robienia wody z mózgu są dzieci. One zapewnią trwałe przyszłe dochody producentom „zdrowej” żywności.

Oczywiście podjęcie tych środków jest konieczne, bo:

Według Stefanie Gerlach, rzeczniczki Niemieckiego Towarzystwa Walki z Otyłością (DAG) zastosowane dotąd środki zapobiegawcze nie są wystarczające. (…) Niemcy od dziesięcioleci promują inicjatywy na rzecz zwalczania otyłości. Okazuje się, że żadna nie miała jednoznacznie pozytywnego efektu – podkreśliła specjalistka od wyżywienia.

No i wszystko jasne. Jak komuś za mało sarkazmu, to wyjaśnię – Niemcy muszą więc wdrożyć kolejny program, który nie przyniesie jednoznacznie pozytywnego efektu, natomiast na pewno uzasadni wydanie kolejnych milionów z unijnego budżetu, szczególnie w czasach kryzysu. Ostatnie akapity wskazują na istotne różnice między politykiem, a specjalistą:

Hönighaus jest przekonany, że na odżywianie, szczególnie dzieci, ogromny wpływ mają reklama i marketing. Dlatego pierwszym krokiem powinna być poprawa informacji na etykietach na temat wartości odżywczych danego produktu.

Tzn. co on właściwie chce poprawiać? Czy coś jest niezrozumiałe w napisie „cukier” albo „syrop glukozowo-fruktozowy”, czy ktoś – mówiąc językiem Amerykanów – którejś części słowa „cukier” nie rozumie?

Gerlach chciałaby posunąć się jeszcze dalej. Wspiera zakaz reklamy przeznaczonej dla dzieci oraz reklamy zachwalającej produkty o dużej zawartości tłuszczu. Życzyłaby sobie też, by informacje na etykietkach produktów spożywczych były bardziej zrozumiałe.

Jak widać różnica jest niewielka, oczywiście dobrze, że wspiera zakaz reklamy przeznaczonej dla dzieci – ale oczywiście nikt nie mówi o zakazie reklamy produktów zawierających cukier. Do kogoś jeszcze nie dotarło, że cukier to największe źródło dochodów koncernów żywnościowych i politycy będą w stanie powiedzieć każdą głupotę (już nie mówię „kłamstwo”, bo to oczywiste), żeby tylko nie stracić ich poparcia i sponsoringu?

Cukier, jak wiemy, jest słodki. Jeśli ktoś chce mieć przyjemność z jedzenia, uzyskiwaną szybko, w celu poprawy humoru – nie ma nic lepszego, niż cukier. Oczywiście samego cukru nikt nie zje – ale cukier w postaci wzmacniacza smaku to po prostu sama przyjemność. Dlatego cukier w efekcie końcowym potrafi działać podobnie jak nikotyna, alkohol, czy narkotyki – uzależnia.

Jak widać, polityków również. Niezależnie od kraju, czy opcji politycznej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: