The Dark Knight Rises – moja recenzja

To jest moja prywatna recenzja filmu Christophera Nolana „The Dark Knight Rises”; moja recenzja może być już trochę spóźniona, postanowiłem jednak ją napisać, zwłaszcza że podobno film został ciepło przyjęty przez krytykę. Szczególnie, że ja siadłem do tego filmu z pozytywnym nastawieniem – jak by nie patrzeć, Batmana wiadomo jak powinno się zrobić, a poza tym Nolan zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie filmem „Inception”. Wysokie oczekiwania dodatkowo rozbudziła obsada.

Przed jego obejrzeniem stare Batmany, więc mniej więcej byłem zorientowany w sytuacji, co Batman powinien sobą reprezentować. No i hmm…

Krótko? Dno i dwa metry mułu. Sad, but true. I nie, naprawdę nie przesadzam.

1. Krótko o pozytywach

Sarkastycznie, ale nic na to nie poradzę.

Nolan zatrudnił do tego filmu dużą ilość gwiazd, sporo jak na tego typu film. Poprzednim razem taką ilość gwiazd w podobnym filmie widziałem chyba tylko w Avengers. Zwykle nawet w dobrej klasy filmach wsadza się 2-4 gwiazdy plus jakichś mniej znanych aktorów.

Aktorzy oczywiście w swoich rolach spisali się wyśmienicie i w tej kwestii filmowi niczego nie mogę zarzucić. To jest jeden z niezaprzeczalnych pozytywów tego filmu. Niezależnie od tego, że wielu z nich nie zostało najlepiej dopasowanych (ale o tym później). Podobało mi się też kilka ze sprzętów Batmana (choć w pamięci utkwił mi jedynie motocykl i to coś latającego). No i oczywiście Hans Zimmer nie zawiódł na polu muzyki, choć muszę przyznać, że na tle Inception ta akurat nie robi wrażenia.

Niestety to wszystko o wiele za mało, żeby ten film uratować. Cała reszta to jest modelowy przykład tego, jak nie robić filmów. Wymieńmy je po kolei.

2. Jak skopać scenariusz

Zacznijmy od tytułu – tytuł tego filmu jest całkowicie mylący, to nie powinno być „The Dark Knight Rises”, to powinno być „The Dark Knight Falls”. Ewentualnie zgodziłbym się na „przedśmiertne podrygi Batmana”. Mogłoby też pasować „Batman: ostateczne rozstrzygnięcie” (żeby wręcz nie użyć tu wprost pewnego słowa, którego użycie gwarantuje oskarżenia o antysemityzm).

Film może być zły, ale zły film zasadniczo się różni od filmu „dno i dwa metry mułu”. To nic, że są jeszcze gorsze filmy, np. „dno i kilometr mułu”, bo po prostu poniżej pewnego poziomu dna filmów nie zwykłem oglądać, gdy przypadkiem trafię, to przerywam, a jak z jakiegoś powodu obejrzę do końca, to chociaż staram się go traktować jako film „poza kategorią” – ten film z zasady choćby dzięki obsadzie i muzyce do takich nie może należeć i przez to zasługuje na potraktowanie go z całą surowością.

No bo co można powiedzieć o filmie, którego jednym z najbardziej spartolonych elementów jest scenariusz? Historyjka gangsterska w zasadzie jedna z wielu, jaką można opowiedzieć w dowolnym sosie. Ale nawet w tej postaci to się nie daje oglądać. Film ten trwa 2 godziny 20 minut; rozkręca się jednak przez… dwie godziny. Po których następuje 20 minut wartkiej i dobrej, ale w tym przypadku już zupełnie nie ruszającej akcji (większość filmów na jego miejscu już dawno zakończy akcję!). Przez dwie godziny dzieje się pare namiastek akcji i cała kupa dialogów, w większości dla całości sprawy nie mających większego sensu. To się ogląda wręcz jak skrzyżowanie brazylijskiego serialu z kryminałem klasy B.

Historyjka w zasadzie zresztą daje się ująć w słowach: Bruce Wayne, choć w dobrej kondycji biznesowej, jest w niezbyt dobrej kondycji fizycznej (porusza się o lasce!); wraca do roli Batmana, bo musi uratować Gotham od Bane’a. Od początku napotyka na kłopoty, zdradzają go wszyscy zaufani ludzie, zostaje zmiażdżony przez Bane’a, a na dodatek staje się – w bardzo jak dla mnie tajemniczych okolicznościach – bezdomnym bankrutem. Daje radę jednak dorwać swoje batmanowe wyposażenie i udaje się na spotkanie z Bane’em – ale wpada w pułapkę, Bane ściera go na miazgę i wrzuca do jaskiniowego więzienia. Na koniec (po tych wspomnianych dwóch godzinach), dzięki trochę zbiegowi okoliczności (!), a trochę dzięki ostatnim zaufanym ludziom, pozbywa się Bane’a, zabiera niszczycielską bombę i ratując miasto sam od niej ginie. Jeszcze jest na koniec Arthur, przepraszam, John Blake, który odkrywa „batcave”, ale w zasadzie nie wiadomo po co, skoro to i tak oficjalnie ma być ostatnia część Batmana.

Jak powiedziałem, tą historyjkę można było podlać dowolnym sosem (mogła odbywać się równie dobrze w wyimaginowanej przyszłości, za króla Artura, względnie Ćwieczka, w Europie, w Ameryce, w Afryce, czy w Chinach – to nic, że niezbyt byłoby azjatyckie kulturowo, Amerykanie przecież i tak to kupią). Jest tak płaska i banalna, że – poważnie – zdecydowanie lepsze scenariusze powstają w tej chwili w grach komputerowych. Co więcej, zamiast robić takie coś, można było sięgnąć po jedną z bardzo wielu istniejących na rynku książek, w tym jakiejś starszej literatury, i przynajmniej zasięgnąć inspiracji. Nie, oczywiście nie – pewnie dlatego, że wtedy trzeba by słono zapłacić za prawa autorskie, więc Nolan wolał liczyć na własną inwencję – aż dziw bierze, że takie nic z tego wyszło spod ręki tego samego Christophera Nolana, który wymyślił Incepcję (ale, o ile się zorientowałem, nad Incepcją pracował kilka lat, zanim Warner zdecydował się to kupić – pewnie dlatego zapowiedział, że nie będzie kontynuował tego tematu).  Naprawdę, dla tak dennego scenariusza nie warto było nawet inwestować w ten film; nie wiem, co w nim widzieli recenzenci z Warnera, że to kupili. Zakładam, że doszli do wniosku, że Batman to Batman, więc pewnie się sprzeda, niezależnie od historyjki. Nie chciałbym już nawet posądzać Nolana o to, że celowo zrobił taki film, żeby wreszcie uśmiercić Batmana, podobnie jak Arthur Conan Doyle swego czasu uśmiercił Sherlocka Holmesa, którego szczerze nienawidził (i co mu się zresztą udało tylko częściowo).

Trudno jednak pisać o scenariuszu jako takim, bo w zasadzie sama postać scenariusza mocno zależy od kreacji poszczególnych postaci. I tu jest dopiero tragedia.

3. Jak zepsuć superbohatera

Jaki był w ogóle sens kręcenia filmu o superbohaterze, skoro jest on faktycznie superciotą? Nie wiem, w jakim celu w ogóle ten film został nakręcony i po co uczyniono taki zabieg. Czy chodziło może o to, żeby więcej współczesnych Amerykanów (w zasadzie Europejczyków też) mogło się z tym bohaterem identyfikować? Jest to, jak by nie patrzeć, ogólna tendencja, jaką obserwuję w wielu filmach w ostatnich latach, co bardzo je różni od wcześniejszych – główny bohater partoli wszystko z góry na dół, nic mu się nie udaje, a film się tylko przez przypadek dobrze kończy (tutaj nawet i to nie).

Nie dziwi więc, że w odpowiedzi na takie filmy powstają nagle „dziadki” (pokroju Sylvestra Stallone, czy Bruce’a Willisa) i robią filmy w starym, dobrym stylu, czyli bohater to naprawdę bohater, jest profesjonalistą, jeśli typu żołnierskiego, to szatkuje wrogów i obija im ryje, unikając wszystkich możliwych odłamków, jeśli nawt dzięki szczęściu, to spawiając wrażenie, że szczęściu wybitnie dopomaga. Sam Sylvester Stallone robi film „Rambo”, w którym udaje mu się połączyć postać superbohatera z bardzo dobrą akcją, a na dodatek jeszcze poruszając nieobecny w światowych mediach wątek Birmy. No czy choćby może lekko naiwne The Expendables. Ale najbardziej znaczący w tym kontekście jest chyba Kiss of the Dragon, gdzie wysłany w zasadzie na zwiady policjant z Chin rozwiązuje zagadkę, która Francuskich śledczych kładzie na łopatki (a główny śledczy jest nawet zamieszany w sprawę) – zdegenerowana Europa, którą ratuje bohater z Chin. I te filmy, mimo że często naiwne i powiedzmy sobie szczerze kompletnie bez jakiegokolwiek motywu poza samą napierdalanką, to w zasadzie jedyne (no, dodając do tego może jeszcze serie Transporter) przeciwstawienie się tej parszywej tendencji, której ulegają filmy akcji ostatniego czasu (w tym też np. Crank, na którym wypłynął Jason Statham), i której ulega również i ten Batman.

Ale, znów, mam przecież w pamięci film „Inception”, w którym no może główny bohater nie jest superbohaterem, nikogo nie ratuje, jest tylko najemnikiem wykonującym powierzone zadanie – ale wykonuje je profesjonalnie. Oczywiście ma problemy, nawet całą kupę i to jeszcze nieprzewidzianych problemów, ale w miarę swoich możliwości radzi sobie z nimi. Tutaj… w zasadzie nie mogę powiedzieć, żeby Batman radził sobie z czymkolwiek – poza może odzyskaniem naszyjnika poprzez zdjęcie go z szyi ostentacyjnie obnoszącej się z nim Seliny. No i wydostania się z jaskinii poprzez sportowe wyzwanie, niczym Forest Gump – run, Forest, run (Nolan, do jasnej cholery, to nie jest TEN typ filmu!).

W zasadzie nie wiadomo, czym jest ów Batman i do czego służy mu jego wyposażenie, poza tym, że ma być to czarne, błyszczące ubranko, kask z głupimi uszkami i płaszcz, dzięki którym ma robić odstraszający wroga wizerunek nietoperza (no bo nie wygląda nawet na to, żeby ułatwiał mu utrzymywanie się w powietrzu). W walce wręcz jest taki sobie, a w starciu z Bane’em wręcz tragicznie słaby. Przecież od zawsze Batman swoją przewagę nad wrogiem miał dzięki wyposażeniu; Batman nie miał większej siły, jak Superman, nie był mutantem, jak Spiderman, choć oczywiście można dostrzec parę podobieństw do Iron Mana, bo też głównie jego dodatki polegają na wyposażeniu. Ale te dodatki po coś są, te linki i harpuny, dzięki którym Batman potrafi pokonywać różne niedostępne miejsca lub skracać sobie drogę, skacząc po budynkach, czy bumerang, którym potrafił wytrącić broń z ręki i obezwładnić przeciwnika. Prawdziwy batman zresztą załatwiłby Bane’a w minutę osiem, Bane może mógłby nim rzucać o ścianę, ale pancerz by mu to zamortyzował; mógłby przed nim uciec wspinając się na lince, a na koniec strzeliłby Bane’a bumerangiem, uszkadzając mu maskę i unieszkodliwiając go całkowicie przez odcięcie dopływu gazu wspomagającego, a potem poprawiłby kilkoma granatami, zasłaniając się przed nimi swoim płaszczem.

Ale nie – Batman wchodzi w zastawioną pułapkę, Bane podchodzi do niego nonszalancko, a jedyne na co Batmana w tej sytuacji stać to walka wręcz – w starciu z potwornie silnym i sprawnym Banem skazana oczywiście na porażkę. Walczy więc bidny Batman ile sił w rękach, ale Bane nie daje mu żadnych szans, więc Batman kończy pokiereszowany i osłabiony, podany Bane’owi na tacy. Ale Bane’owi nie chodzi nawet o to, żeby Batmana zabić – on chce go upokorzyć, więc na koniec jeszcze łamie mu kręgosłup i wrzuca do jaskinii. Potem zabiera mu strój, bo że niby mu jest potrzebny. Podejrzewałem, że ubierze w niego kogoś, żeby potem odgrywał rolę Batmana tym razem jako rzezimieszka. Ale jakoś nie, motyw został szybko wyciszony. W ogóle mogę powiedzieć, że wszyscy mają tam tyle sprytu, co trzeba, żeby zesrać się w stringi.

Nie chodzi tu nawet o to, że trafiła kosa na kamień. Zrozumiałe, że na super bohatera mógł trafić ktoś mocniejszy, którego superbohater nie da rady pokonać. Ale że nie próbuje żadnej sztuczki, nie próbuje uciekać, nie próbuje w zasadznie niczego poza pokonaniem go swoją siłą – to już przekracza moją wyrozumiałość dla miałkości pomysłów na scenariusz. Ze swojego wyposażenia do tego starcia nie używa nic, nawet jego pancerz jest w tym starciu niczym więcej, niż po prostu plastikowym ubrankiem, bo jak Bane w niego przydupi z gruchy, to Batman nie ma nawet siły, żeby wstać. Nawet podczas drugiego, finalnego starcia mimo że już się wydaje, że znalazł jego słaby punkt w tej masce (wow, dlaczego od tego nie zaczał, skoro to było bardziej niż oczywiste, że skoro tą maskę nosi, to nie nosi jej tylko dla ozdoby!), to nic to nie daje (bo jego super wspaniały pancerz przebija kobieca ręka z nożykiem?), i gdyby nie kotka, która w ostatniej chwili strzela do Bane’a pociskiem przeciwpancernym (jak napisałem, pokonuje przeciwnika przypadkiem), pewnie skończyłby jak poprzednio. Jeszcze w ostatecznej ostateczności rozumiem, że taki to był zamysł, żeby Bane jednak Batmana wtedy pokonał. Ale prawdziwego Batmana musiałby w tym celu naprawdę przechytrzyć. Tu przechytrzenie polegało na zamknięciu go w jednym pomieszczeniu z Banem. Raz dwa i „netoperek” nagle kompletnie bezbronny. „Przechytrzyć” to nie znaczy „okpić jak dziecko”, halo!

Zrozumiałe, że tego typu problemy może mieć taka postać, jak James Bond, choć szczerze mówiąc już w „Quantum of Solace” to już była spora przesada. W ogóle nie rozumiem tego motywu: wkręcić bohatera w poważny problem, w zasadzie sytuację bez wyjścia, z której ratuje go… no, może jakiś przypadkiem zaufany człowiek, czasem szczęśliwy zbieg okoliczności, w każdym razie gdyby nie odrobina szczęścia, to główny bohater byłby już mokrą plamą. Nie potrafię wymyślić, dlaczego w ogóle kogoś może bawić taki zabieg i jaki to ma właściwie cel, poza znęcaniem się nad głównym bohaterem, który – co ważne dla tej sceny – kompletnie nie potrafi o własnych siłach wykaraskać się z kłopotów, a nawet gorzej, z kłopotów, w które wpadł przez własną głupotę, lub nieostrożność (dlatego w tej chwili jedynym „prawdziwym bohaterem” został już chyba tylko Jason Bourne, i nic dziwnego, że to jego serii się teraz wszyscy domagają, nawet Matt Damon zaczął mięknąć w swoim postanowieniu, że nigdy już nie zagra Bourne’a). Zresztą, motyw totalnych kłopotów pojawił się też ostatnio w Mission Impossible: Ghost Protocol (nawiasem mówiąc, bohaterowie poradzili sobie mimo wszystko – odnoszę wrażenie, że robi się tak dlatego, że twórcy filmów już nie mają pomysłu, w jakie jeszcze większe kłopoty mogą wpędzić bohaterów, żeby było to mocniejsze, niż poprzednio). Ale do jasnej cholery, Batman to ma być superbohater – jeśli nie posiada własnych ulepszeń, to posiada ulepszające sprzęty i gadżety, umie robić z nich użytek, a przede wszystkim umie robić użytek ze swojej głowy. Ale widać nie Batman Christophera Nolana.

I co z tego, że po wyleczeniu go (znachorskimi metodami?) w więzieniu, potem wydostaje się własnymi siłami (wow, doprawdy krótko się leczył po połamaniu kręgosłupa, o bólu w nodze to już chyba dawno zapomniał?), skoro nadal nie zna żadnego sposobu, żeby pokonać Bane’a? To nic, że Bane zachowuje się nonszalancko, że jest bydlakiem nie do pokonania, a na dodatek wydaje się, że przewidział każdy możliwy rozwój wypadków, i na każdy się przygotował. Tak samo zachowywał się bohater „Broken Arrow” grany przez Johna Travoltę, tak samo było ze szpiegiem w „Golden Eye” – ale w obu tych przypadkach pozytywni bohaterowie dawali z siebie wszystko i zawdzięczali zwycięstwo wyłącznie swojemu zaangażowaniu. Batman Nolana zawdzięcza wszystko wyłącznie przypadkowi. Wiem, tak, wiem, że to Selina pomaga mu zestrzeliwując go pociskiem, ale sory, nawet przy założeniu, że się ma naprowadzacz, żeby trafić pociskiem dokładnie w człowieka i to wewnątrz budynku, to nie oszukujmy się, bez szczęścia ani rusz.

4. Jak źle dopasować aktorów

Te trzy pozytywne postacie, które wymieniłem: Bruce Wayne (Christian Bale), komisarz Gordon (Gary Oldman) i Blake (Joseph-Gordon Levitt), plus ewentualnie Selina (Anne Hathaway) i Lucius Fox (Morgan Freeman), to jedyne przypadki, gdzie aktorzy zostali dobrze dobrani do granych przez siebie postaci. Nikomu z aktorów nie ujmuję oczywiście, jeśli chodzi o grę aktorską, to prawda też, że dobry aktor zagra i króla i żebraka – ale to tylko takie powiedzenie. Prawda jest taka, że wygląd i prezencja aktora predestynują go do pewnych ról, jak również raczej dyskwalifikują z różnych innych. Nie wyobrażam sobie np. Jasona Stathama w roli artysty malarza, ale także nie wyobrażam sobie Josepha-Gordona Levitta w roli Jamesa Bonda.

W kwestii źle dobranych ról nie sposób oczywiście wspomnieć filmu „Ogniem i Mieczem”; jakkolwiek wiem, że mówienie o tym filmie czegokolwiek to kopanie leżącego (może dla kogoś wręcz niestosowne jego wspominanie przy tej okazji), jest to najbardziej dla mnie jaskrawy przykład tego, jak źle dopasować aktorów. Dotyczy to zarówno obsadzenia Zbigniewa Zamachowskiego w roli Wołodyjowskiego (ludzie raczej kojarzą go po wyglądzie, a nie po skądinąd wciąż podkreślanym niskim wzroście; już Marek Kondrat by lepiej w tej roli pasował), jak i w roli Zagłoby Krzysztofa Kowalewskiego – tego samego Krzysztofa Kowalewskiego, który grał głupkowatego dowódcę eskorty, Rocha Kowalskiego, którego z kolei przekabacił w pamiętnej scenie na wozie sam Zagłoba, grany przez Kazimierza Wichniarza (zmarł w 1995 r.). Ta sama scena została zresztą później (ale niewiele przed rozpoczęciem zdjęć do „Ogniem i Mieczem”) wykorzystana w telewizyjnej reklamie proszku Pollena 2000. I tam jakoś umieli na rolę Zagłoby znaleźć kogoś, kto rzeczywiście kojarzy się z Zagłobą (niestety nie mogę znaleźć, kto go grał, ani nie mogę na 100% potwierdzić, że to nie był Wichniarz, ale wątpię), a rolę Rocha Kowalskiego gra – no zgadnijcie kto. No tylko że tam to była jednorazowa reklama, a w filmie musieli koniecznie zatrudnić jakieś „rozpoznawalne nazwisko” (choć naprawdę nie rozumiem dlaczego).

Co w „The Dark Knight Rises” jest dla mnie aktorską porażką:

  • Michael Caine w roli Alfreda. Nie, nie chodzi mi o to, żeby był to zły aktor – to bardzo dobry aktor. Ze swojej roli wywiązał się wyśmienicie. Niestety z tym aktorem jest mniej więcej jak z Q w Jamesie Bondzie: może być albo ten sam, albo naprawdę identyczny (a więc ktoś z łapanki, a nie gwiazdor – dlatego w ostatnich bondach John Cleese jako Q to dla mnie – wciąż nie ujmując niczego obu tym aktorom – taka sama porażka jak Daniel Craig w roli Bonda). Alfred stworzony przez Caine’a to nie ten sam Alfred grany przez Michaela Gough; Caine zresztą z wyglądu kojarzy się z naukowcem (dlatego dobrze został obsadzony w Inception), może managerem, ale na pewno nie wiernym sługą, jakim był Alfred.
  • Marion Cotillard – oczywiście jak najbardziej jest to dobra aktorka i oczywiście dobrze się wywiązała ze swojej roli; faktem jest że jest to osoba tak odrażająca, że naprawdę nadaje się tylko do grania kreatur – jej piękna fryzura w tym filmie nie jest w stanie zrównoważyć obrzydzenia, gdy patrzy się na jej mimikę układającą się w czasie mówienia w różne kombinacje niczego nie przypominających grymasów. Ale ta właśnie odrażająca prezencja predystynuje ją do roli negatywnych i ona wywiązuje się z nich wyśmienicie (choć w przypadku Incepcji trudno mi jest uwierzyć, gdy Arthur mówi o jej postaci „She was lovely”). Dlatego do tej pory jest jeszcze ok. Problem jest tylko jeden – postać, którą grała, była podobno półkrwi Arabką. Uuups. (Tu powinien pojawić się właśnie rysunek Jackiego Chana z uniesionymi rękami.) Sory, przy najbardziej bujnej wyobraźni, nie domyśliłbym się. Tak trudno było znaleźć do tej roli kogoś takiego np. jak, no nie wiem… Tia Carrere?
  • Tom Hardy jako Bane. Tzn. to nie jest tak, żebym uważał, że on się do tej roli nie nadaje, tylko po prostu do tej roli nadawałoby się też mnóstwo innych. W ostatniej części Bourne’a (tej, gdzie nie ma Bourne’a) pada takie określenie, mniej więcej: „dostarliście Ferrari, a używaliście go jak kosiarki do trawy”. Takiż jest też mniej więcej mój komentarz do tej roli. Niezależnie od tego, że sam Tom Hardy mocno się osobiście zaangażował w kreację tej postaci, uważam po prostu że – wciąż, nie ujmując mu niczego, jako aktorowi – do tej roli nie potrzeba było kreatora, który dopracuje postać i dostosuje jeszcze do niej swoje ciało (Tom napakował sobie 14kg do tej roli), tylko po prostu przerośniętego łysego mięśniaka wytrenowanego w sztukach walki. Na miejscu Toma Hardy można było wsadzić dowolnego takiego mięśniaka, pozostawiając Tomowi jedynie podkładanie głosu, i nikt nie zauważyłby różnicy. Nie jest to zarzut dla tego aktora, po prostu struktura postaci jest jaka jest. Aktor nie gra tylko swoimi rękami i nogami, w dużej mierze gra twarzą, dodatkowo jeszcze odpowiednim ruchem ciała. Postać Bane’a praktycznie skraca te wszystkie potencjały aktorskie do zera: wielke napakowane bydlę nie umie niczego poza „trybem walki” i „trybem nonszalancji” (nie daje nawet za bardzo pola do gestykulacji), a sam fakt, że jest łysy jak kolano i jeszcze na całej twarzy nosi maskę, spod której nawet oczu za dobrze nie widać, powoduje, że twarzy mógł tej postaci użyczyć dosłownie ktokolwiek, nawet kobieta, gdyby dała sobie ogolić głowę na łyso. Tak samo jak nie miało już większego znaczenia, kto podkłada głos – tak jak i ktoś musiał podkładać głos Darth Vadera. Żeby było jeszcze ciekawiej, w scenie wspomnienia, gdzie jest „dziewczynka, która wydostaje się z więzienia”, Tom Hardy pojawia się na moment ze swoją twarzą – odsłoniętą. Nie wiem, czy zamiarem Nolana było pokazanie, że Bane pozostał w tym więzieniu i pomógł jej się wydostać, ale gdybym nie wiedział z góry, że Bane’a będzie grał Tom Hardy i nie znał go wcześniej choćby z Inception, to nie domyśliłbym się, że jedna z tych kilku postaci w kapturze, to późniejszy Bane. Jakkolwiek Tom Hardy zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie po roli w Inception, to jednak spodziewałem się równie wyrazistej roli w Batmanie. A jego rola w tym filmie to jest mniej więcej tak, jakby oglądać pokaz fajerwerków z zasłoniętymi oczami.
  • Cilian Murphy – trudno mi cokolwiek powiedzieć o nim poza tym, że mimo wszystko w roli kreatury jakoś mi się on nie widzi – i chociaż Scarecrow pojawia się tam na krótki moment i właściwie nie wiadomo po co, jest to kolejna rola dopasowana kompletnie na bakier. Nadal, oczywiście, nie ujmując mu niczego w kwestii aktorstwa; jest to kolejny aktor pamiętany z Inception, gdzie swoją rolę zagrał wyśmienicie pod każdym względem.

Co do reszty, to się nie wypowiadam – reszta bowiem (tak jak i ta ostatnia) to raczej role-migawki, tak jak np. Liam Neeson jako Ra’s al Ghul.

5. Jak zepsuć widzom humor

„The Dark Knight Rises” to film naprawdę dołujący. W tym filmie jest dokładnie trzech pozytywnych bohaterów – Batman, John Blake i komisarz Gordon, który po brawurowej ucieczce z zasadzki Bane’a niemal całą resztę filmu spędza w szpitalu (co ciekawe: sam rozprawia się już w szpitalu ze zbirami, którzy przychodzą go zabić i praktycznie ratuje miasto od wybuchu bomby dostarczając brakujący moduł). Reszta to albo bohaterowie jednoznacznie negatywni, albo krętacze, albo dupy wołowe – jakimi okazali się zarówno oficer policji, jak i Alfred, jak też członkowie zarządu Wayne Enterprises. W tym filmie jest jeszcze jeden, bardzo wyglądający na poboczny, wątek spiskowców, którzy usiłują przejąć Wayne Enterprises, i co ciekawe, to wszystko im się udaje. Batman daje dupy tutaj zarówno jako biznesmen, jak i superbohater. Doprawdy, tego wcześniej nie było. Największy wyskok, na jaki pozwolono sobie do tej pory w kwestii jego przedsięwzięcia było wyhodowanie sobie w nim jednego ze swoich wrogów. Nie było jednak żadnego motywu problemów biznesowych i walki na poziomie korporacyjnym; po prostu to nie ten typ filmu (choć motyw oczywiście też zaczerpnięty z IronMana). Tu, żeby było ciekawiej, Batman tą walkę od razu przegrywa. A wygranym w obu przypadkach jest Bane. To nic, że sam Bane w końcu ginie, a samo miasto daje się uratować od wybuchu bomby – Wayne Enterprises zostaje opanowane przez ludzi, którzy zechcą użyć jego produktów do panowania nad miastem, a Batman się kończy raz na zawsze. Wrażenie jest jasne: superbohater nie jest już superbohaterem, stał się ciotą, którą spotyka to, co spotyka cioty, którym się wydaje, że od samego mrocznego ubranka stają się bohaterami: skończył się – a zło opanowało jego schedę i ono tu jest górą.

Co z tego, że Blake potem odkrywa Batcave – czym jest Batcave bez Alfreda? Panie Nolan, zostawienie sobie haczyka na następny film nie wystarczy, żeby zachęcić widza do oczekiwania na jego kontynuację. Trzeba jeszcze zrobić dobry film. To podstawowa sprawa, o której pan, zdaje się, zapomniał.

6. Jak zrobić film w zasadzie nie wiadomo po co

Wbrew temu, co się wielu „wybitnym specjalistom od krytyki filmowej” wydaje, filmów akcji nie kręci się po to, żeby przeciętny zjadacz żabburgerów popatrzył sobie jak się napierdalają, żeby dać upust swoim chuciom. Po to to się kręci tanie kryminały klasy B. Film akcji ma oczywiście mieć akcję, ale powinien też przedstawiać skomplikowane sylwetki postaci, wciągać widza w swoje intrygi, wręcz wodzić go za nos, zwodząc go pozorami, a za chwilę zaskakując prawdziwymi twarzami oszustów.

Ale jest jedna ważna zasada kina akcji: musi być tam jakaś postać, którą uważa się za pozytywną, i ta postać musi być kimś, z kim widz chciałby się identyfikować, czy nawet nie aż tak, po prostu kimś, komu „się kibicuje”. To musi być postać, która jest kimś, kto potrafi, kimś kto umie się otrząsnąć po porażce, a zarazem nie pakować się w coś, z czym nie może sobie poradzić; a twórca scenariusza oczywiście nie tworzy okoliczności w filmie tak, żeby ową postacią tylko pomiatać na lewo i prawo. Film akcji nie może być tragedią, gdzie główny bohater może wybierać tylko między porażką, a porażką; główny bohater może przechodzić trudności, ale nie może być wiecznie kopany w dupę przez pozostałe postacie, a na koniec zabity. Bo wtedy nie jest bohaterem filmu, tylko ciotą filmu. Widz będzie wyrozumiały, jeżeli główny bohater będzie przeżywał trudności (choć oczywiście do pewnego stopnia), natomiast jego wyrozumiałość skończy się, jeżeli zacznie się okazywać, że kibicował nie tej postaci, co trzeba.

W tym Batmanie trudno jednoznacznie stwierdzić, komu należało kibicować, skoro obaj na końcu zginęli. A że Bane wcale nie zginął w wyniku sprytu Batmana, ani w żaden wyobrażalny sposób Batman nie mógłby sobie przypisać żadnej zasługi w zgładzeniu Bane’a – można po prostu powiedzieć, że obaj zginęli „w ogniu walki” przeciwko sobie (żaden żadnego nie zabił bezpośrednio). Dlatego jeśli gdziekolwiek dopatrywać się „superbohatera” (lub najprościej, kogoś, komu się kibicuje), to bezwzględnie jest nim Bane. To on tu rządzi, to on to wszystko organizuje, on ściąga ludzi i on decyduje (zaskakujący strateg, zwłaszcza że jego pierwowzór był po prostu tępym mięśniakiem). To, że potem ginie, to tylko wypadek przy pracy. Najważniejsze, że jego ludzie siedzą w korporacji Wayne’a, a w korporacji nie ma już ani Wayne’a, ani Alfreda. A Batman leci sobie z bombą, jak głupi frajer, zamiast po prostu wsiąść do swojej maszyny i uciec, bo skoro mógł oddalić się z bombą od miasta za pomocą tego sprzętu na bezpieczną odległość, to równie dobrze mógł oddalić się na taką samą odległość sam od bomby. Potem wylądowałby gdzieś indziej i zaczął nowe życie. Ale nie, przez cały film nie miał możliwości odegrać bohatera, to może na koniec bohatersko zginie. Ratując życie między innymi wszystkim swoim wrogom, którzy jeszcze żyją, zapewniając im całkowicie bezpieczną przyszłość. Można go określić tylko jednym słowem: frajer.

Nietrudno więc jasno i wyraźnie wskazać, kto w tym filmie jest faktycznym zwycięzcą. I komu należało od początku kibicować.

To nie jest tak, że tego oczekuje się od filmów, tego oczekuje się od filmów akcji. W niektórych typach opowieści (nazwijmy to tak uniwersalnie) o to właśnie chodzi, żeby główny bohater był frajerem, czasem o to, żeby choćby wykazywał się ogromnym potencjałem, nie dawał rady w starciu z wrogimi siłami. Czasem mamy do czynienia z tragedią lub dramatem – taki rodzaj sztuki. Ale ubieranie dramatu w pozory filmu akcji to trzeba po prostu nazwać po imieniu: oszustwo. Widzowie, którzy wybierali się na film akcji zostali najzwyczajniej w świecie oszukani.

7. Konkluzja

Film ten trafiłem przypadkiem w jakimś sklepie. Już po jego obejrzeniu znalazłem „The Dark Knight”, czyli o jedną wcześniejszą część. Ale darowałem sobie. Nolan zresztą na razie nie wygląda na to, żeby miał pomysł na jakiś kolejny film. Niech sobie lepiej teraz usiądzie spokojnie i pomyśli, może tym razem wymyśli coś sensownego. Niech tylko nie próbuje robić następnej części Bourne’a, bałbym się siąść do oglądania.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: