W sprawie święta niepodległości

Szczególna data 11-11-11 – no cóż, można doszukiwać się symbolu, a może być to dla kogoś dzień jak każdy inny. Ja dzisiaj normalnie byłem w pracy, a wieczorem byłem z żoną i synem na imprezie z okazji świętego Marcina, patrona przedszkola mojego syna. Nic szczególnego.

Zastanawiałem się, czy będę tęsknić za Polską od czasu, gdy wyjadę. Szczerze: poza może pierwszymi dwoma miesiącami, kiedy zresztą jeszcze kisiliśmy się w hotelu, nie zdarzyło mi się.

Nie wiem, może ja czegoś nie rozumiem, albo brakuje mi tej części mózgu, która odpowiada za patriotyzm, albo nie wiem co, ale szczerze – naprawdę nie potrafię zrozumieć tego całego gonienia za „ojczyzną”, tych wielkich imprez z okazji narodowych świąt, tej „świadomości narodowej” (niezależnie od tego, o który naród chodzi), a już w ogóle czegoś takiego jak „problem kim jestem”. Że co, że nie jestem Niemcem? A kto tu niby jest Niemcem – Rosjanie, którzy zamieszkują połowę bloku obok nas, Arabowie, czy Turcy, mówiący z takim akcentem, że Goethe by się zawstydził, czy Hindusi prowadzący restaurację pod nazwą „Schwaben Pizza Express”? Żeby było jasne – przedstawiciele wszystkich tych narodowości, w tym pewnie co najmniej z pochodzenia muzułmanie, tłumnie stawili się na uroczystości z okazji katolickiego jak cholera dnia św. Marcina.

Dla mnie wszystkie imprezy związane z „ojczyzną”, wszystkie inicjatywy wspominania jej historii, rozpamiętywania czegoś-tam, kultywowania tradycji itd., to wszystko ma dokładnie tyle samo sensu, co kibicowanie drużynie piłkarskiej. Jest mi to zupełnie obce, ponieważ ja nigdy nie interesowałem się sportem, mam to totalnie gdzieś, uważam że jest to tylko i wyłącznie rozrywka i nic więcej, bez praktycznego znaczenia. Oglądanie meczu – pod warunkiem, że kogoś to kręci – nie różni się specjalnie od oglądania filmu w kinie, tym bardziej więc nie rozumiem zwierzęcego zainteresowania wynikami meczu, dyskutowania kto jak kogo gdzie okiwał, czy wkuwania na pamięć listy nazwisk z poszczególnych drużyn piłkarskich.

Mam nieodparte wrażenie, że ludzie chyba na śmierć zapomnieli, skąd wzięły się dzisiejsze kraje, narody i państwa. Wszyscy jadą na pamięć z tą „świadomością narodową”, zupełnie zapominając o tym, że istnienie państw już dawno straciło jakąkolwiek rację bytu. Przyjrzyjmy się temu zatem tak „na niższym poziomie”.

 1. Państwa i narody

Ludzie od zawsze łączyli się w organizacje. Jednak niektóre z tych organizacji poczynały sobie dość śmiało, mianowicie okradały inne organizacje ze zgromadzonych zasobów. Aby się przed takimi bronić, inna organizacja, poza kolekcjonowaniem potrzebnych do życia zasobów, musiała też wykształcić specjalistów od obrony, aby móc bronić zasobów, wytwórców zasobów i w ogóle całą organizację. Aby przetrwać.

Te organizacje, którym udało się taki system stworzyć, i których system okazał się skuteczny wystarczająco, stały się państwami, podobnymi do tych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Oczywiście przez całą naszą historię państwa mniej lub bardziej walczyły ze sobą, czasem nawet wyrzynały się nawzajem.

Jak na tym tle wygląda Polska? W zasadzie, poza tym co działo się w historii aż do „króla Sasa”, najważniejszy okres, najbardziej oddziałujący na współczesną Polskę, to jest ten od rozbiorów do 1989 roku. Rozbiorów, kiedy polska organizacja państwowa znalazła się w stanie totalnego rozkładu i stała się niezdolna do jakiegokolwiek utrzymania państwowości (rozbiór Polski nie był wcale żadną agresją na Polskę – był aktem jak najbardziej prawnym, podpisanym osobiście przez polskie władze). A także, o czym mało kto pewnie pamięta, sporych inwestycji sponsorowanych przez zaborcze państwa (jak np. tunel kolejowy pod całym miastem w Bielsku-Białej zbudowany jeszcze za zaboru Austriackiego).

Polska powstała ponownie po tym, jak narody Europy rzuciły się sobie do gardeł, mając dość stagnacji (jak szczury trzymane w klatce otrzymujące pod dostatkiem jedzenia). Ale dlaczego w ogóle Polska ponownie powstała? Dlatego, że było wystarczająco dużo ludzi, którzy Polskę pamiętali, którzy z Polską byli związani i którzy uważali, że ludzie z terenu Polski zostali oszukani przez zaborców, którzy zaczęli się bić nie wiadomo o co, zamiast zapewniać krajom sukcesy gospodarcze.  Powstało na nowo państwo, które miało nawiązywać do tamtego starego państwa Polskiego w pewnych aspektach, ale w gruncie rzeczy było to zupełnie nowe państwo.

Skąd jednak wzięli się ci wszyscy ludzie, którzy chcieli mieć z powrotem Polskę? No bo ok, byli partyzanci, byli „Peowiacy”, wywalczyli owszem wolność dzięki temu, że w Europie totalnie osłabionej po I wojnie światowej mało kto był w stanie cokolwiek obronić (Chińczycy, swoją drogą, przegapili niezłą okazję, ale mniejsza z tym). Ale wywalczenie wolności to jedno, a stworzenie na nowo organizacji państwowej to drugie. Skąd wzięli się ludzie, którzy potrafili tą organizację stworzyć i utrzymać sprawnie funkcjonującą przez wiele lat?

No cóż, byli poupychani na różnych wysokich stanowiskach w Europejskich państwach, ale również w Rosyjskim wojsku, w bardzo wielu różnych strukturach i organizacjach, gdzie potrzebni byli specjaliści – również w organizacjach tych „obcych” państw. To właśnie im zależało na stworzeniu dobrej, sprawnej organizacji państwowej.

Nie było lekko. Ale to było w zasadzie ostatnie tak sprawne państwo będące Polską. Ambitny projekt, który udało się doprowadzić na bardzo wysoki poziom zaawansowania, budowany praktycznie od zera (I wojna światowa zamieniła Polskę niemal w perzynę), targany owszem konfliktami, walką o władzę, jak również szarpany przez inne kraje, ale jednak sprawnie funkcjonujący przez jakiś czas.

W tym samym czasie Niemcy zostały przesadnie ukarane i upokorzone traktatem wersalskim, mimo że słusznie jako karę za wywołanie wojny, ale jednak samo stworzenie sytuacji, że bycie Niemcem to fuuuj przepraszaj, że żyjesz mendo, musiało wywołać odruch sprzeciwu. Duch zemsty za upokorzenie kiełkował w Niemczech wtedy przez kilka lat i wystarczyła tylko drobna iskra…

Zasada jest prosta: jeśli danego człowieka (a to skaluje się na narody, jeśli choćby uważamy za nie wirtualną grupę ludzi łączoną jakąś wspólną cechą) się na każdym kroku upokarza i wmawia mu się, że jest nikim i jest nic nie wart z samego założenia, że należy do określonej grupy, będzie owe upokorzenia znosić tylko do pewnego momentu. Jeśli dostanie tylko okazję, natychmiast się zemści. Jeśli obrażany jest jako członek grupy – grupa będzie rosnąć w siłę i wtedy dopiero się zemści.

Dlatego właśnie też powstało takie w Polsce przeświadczenie, że Polski nic nie jest w stanie zniszczyć, bo nie tacy już próbowali i nikomu się nie udało. Problem w tym, że wszyscy ci, co próbowali, popełniali cały czas dokładnie ten sam błąd: poniżali Polaków z samego tylko powodu, że byli Polakami, masowo ich mordowali, żyjącym zakazywali rozmawiać w języku Polskim i w jakikolwiek sposób kultywować swoje tradycje, niszczyli dorobek kulturalny, niszczyli wszystko to, co w jakikolwiek najdrobniejszy sposób było symbolicznie polskie. Jaki mógł być tego efekt? Dla trzeźwo myślącego człowieka odpowiedź jest oczywista.

Bo jeśli ktoś chciał zniszczyć Polskę, sposób był bardzo prosty, tylko trzeba było trochę pomyśleć. Należało pozwolić im używać swojego języka i kultywować swoją kulturę, tylko żeby jeszcze na dodatek każdy znał też język swojego „nowego państwa”, a także temu „nowemu państwu” płacił podatki. Takie same, jak wszyscy, jak również posiadał taki sam dostęp do państwowych usług, jak wszyscy. Polska stałaby się wtedy pomału rodzajem „fanklubu”, czy różnych organizacji skupionych wokół jakiegoś hobby. Po jakimś czasie język Polski zacząłby zanikać, stając się czymś w rodzaju lokalnego kolorytu bez żadnego praktycznego znaczenia (jak język Irlandzki, Ukraiński, czy Białoruski). A wpływ na władzę? No jaki problem, jeśli ludzie mają dokładnie te same prawa obywatelskie, a kraj zamieszkania wyłania władze w drodze głosowania, to Polacy mają w takim przypadku taki sam wpływ na władzę, jak wszyscy inni.

Gdyby ktoś zastosował takie właśnie podejście do podkopania Polski, dziś byłaby ona państwem historycznym, jak Prusy, a fraza „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” stałaby się najwyżej przedmiotem żartów.

2. Dzisiejsza perspektywa

Dzisiaj sprawa wygląda tak: owszem, są państwa bandyckie, są państwa o archaicznym sposobie myślenia o patriotyzmie (każdy wie, jakie to państwo, więc nie muszę pisać), ale generalnie państwa tzw. cywilizacji Europejskiej oraz „azjatyckie tygrysy” są w tej chwili związane umowami, aktami prawnymi, traktatami, nie wspominając o zależnościach poprzez wymianę handlową i różne inne interesy, krótko – gdyby którekolwiek z państw z tych stref (nazwijmy je razem roboczo „strefą kapitalizmu”) próbowało zbrojnie napaść na inne z tej strefy, szybko by mu reszta państw przypomniała, że jest związany różnymi umowami biznesowymi i niech przestanie się wygłupiać, bo jak prawnicy mu się dobiorą do dupy, to pójdzie z torbami. Oczywiście przypominam, że nawet w Europie trafiają się państwa nie należące do tej strefy (Serbia, Albania), czasem się nawet od tej strefy oddalające na własne życzenie (Turcja), i tam oczywiście są możliwe konflikty zbrojne. Ale dziś nawet z Turcją problem bardziej polega na jej niejasnej strukturze (tak samo jak w przypadku Polski), niż na jakichkolwiek zbrojnych aspiracjach.

Czy istnieją różnice interesów między państwami „strefy kapitalistycznej”? Owszem, istnieją, ale tak na dobrą sprawę przecież ludzie z całej „strefy kapitalistycznej” potrzebują wszyscy dokładnie jednego i tego samego: zarabiać dużo pieniędzy i móc je wydawać na to, co mi się podoba, oraz żyć tak, jak chcę. Wszystkie inne sprawy to sprawy drugorzędne.  Co prawda „żyć jak chcę” staje często w konflikcie z zarabianiem pieniędzy i płaceniem podatków, ale znów – jest to problem identyczny dla całej strefy. Ludzie wszędzie są dokładnie tacy sami.

Oczywiście krajowi trzeba zapewnić dobrobyt, trzeba zapewnić dostarczanie kluczowych zasobów, trzeba wynegocjować umowy jak najkorzystniejsze dla kraju, a to często też odbywa się kosztem innych krajów. Przy czym efekt jest najczęściej taki, że jak dzięki temu jakiś kraj (nazwijmy go krajem A) rośnie w siłę, to natychmiast potrzebuje siły roboczej; gdy bezrobocie spada do ok. 2% (podobno tak jest w regionie, w którym mieszkam), musi na siłę ściągać wtedy ludzi z innych krajów, w tym tych, w których żyje się gorzej (np. kraju B), również dlatego, że kraj A wynegocjował lepiej, niż kraj B (w pewnym sensie można powiedzieć, że A zrobił to częściowo kosztem kraju B). Jaka to jest zatem różnica? Tylko taka, że konieczne są migracje.

Patriotyzm jeszcze w czasach początku XX wieku był kwestią kluczową dla przetrwania państwa i jego obywateli. Żerowanie jednego kraju na drugim, nawet doprowadzając je do upadku, nie było takie rzadkie. Dlatego właśnie zdrajców wieszano bez ceregieli.

Dziś… no cóż. Można być patriotą, można być dumnym z tego, że się należy do jakiegoś narodu, można obwieszać się flagami państwa, kultywować tradycję itd. Można, tylko po co? Czy ktoś na świecie będzie przez to szczęśliwszy, uratuje komuś życie, zrobi coś, co będzie dla ludzi pożyteczne? Można pomagać ludziom ze swojego narodu, tylko… dlaczego pomagać ludziom ze swojego narodu, a nie potrzebującym? Można dbać o dobre imię ludzi ze swojego narodu, tylko… dlaczego akurat ich, a nie wszystkich ludzi z narodów, które są poniżane?

Bo teraz to przedstawiłem tylko pozytywne aspekty patriotyzmu, a z patriotycznych pobudek można też robić dużo złych rzeczy (patriotyzm nazywa się wtedy nacjonalizmem, żeby można było jakoś odróżnić te złe rzeczy od tych dobrych – niestety patriotyzm i nacjonalizm to po prostu dwie nazwy tego samego zjawiska, dotyczą one bowiem określonego stosunku emocjonalnego, który jest przyczyną robienia zarówno rzeczy pozytywnych, jak i negatywnych). Na przykład poniżać innych, nie należących do tego samego narodu, pomagać „swoim” kosztem „nie swoich”, czy wręcz okradać „nie swoich” również aby pomóc „swoim”.

Jaka jest jednak generalnie różnica między pomaganiem tylko „swoim” (w sensie, nie pomaganiem „nie swoim”), a pomaganiem „swoim” kosztem „nie swoich”? Generalnie różnica jest żadna – w obu przypadkach chodzi o wyróżnienie jakichś „swoich” i dyskryminację wszystkich innych, którzy „swoimi” nie są. W skrócie, zawsze komuś „na pohybel”.

Powtórzę to, co już napisałem: postawa patriotyczna w choćby odrobinę dawniejszych czasach była postawą nie tylko nienaganną, ale wręcz wymaganą, ponieważ ktoś, kto patriotą nie był, był potencjalnym zdrajcą, który narażał swoje państwo, a więc żyjących w nim ludzi, na niebezpieczeństwo. Patriotyzm był potrzebny jako choćby mentalna obrona przed grożącym zagładą ludzi niebezpieczeństwem i świadomość konieczności podjęcia tej obrony fizycznie.

Dopóki zatem patriotyzm przyczynia się do obrony ludzi przed niebezpieczeństwem i stanowi podstawę przetrwania, a także zapewnienia ludziom dobrobytu, jest postawą pożądaną, a nawet wręcz obowiązkową, albo wypierdalaj. Niestety w dzisiejszych czasach przestaje to mieć sens. Które państwo mogłoby być zainteresowane zniszczeniem innego i doprowadzeniem go do nędzy? Owszem, można mieć chrapkę na zasoby mineralne, takie niebezpieczeństwo istnieje zawsze. Ale żerowanie na danym państwie to wyłącznie krótkowzroczność: jeśli doprowadzisz dany kraj do nędzy, to kto gdzie będziesz eksportował swoje towary? Komu sprzedasz technologię produkcji, jeśli nie będzie jej miał kto kupić, bo potencjalnych nabywców doprowadziłeś do nędzy? Dokładnie takie same zasady istnieją w biznesie w ogóle – konkurować trzeba, ale wykańczanie kogokolwiek odbije się w przyszłości negatywnie również na sprawcy.

Przykłady? Jak pracowałem w mojej pierwszej firmie, wszyscy z radością z niej odchodzili. Mnie akurat wywalili, i chyba jestem pierwszym, któremu się to udało, w każdym razie jak rozmawiałem z jednym z kumpli z tamtej firmy, już pracującym w nowej firmie, to mówił, że oni owszem, ściągają pracowników z tamtej firmy (popracowali trochę, firma w nich zainwestowała, są coś warci – więc można ich teraz wyciągnąć). Ściągają, ale nie na tyle, żeby pozbawić firmę pracowników. Dlaczego? Odpowiedź: „bo by nam się dawca organów wykrwawił”. Rozsądne? Oczywiście, że rozsądne. Emocjonalnie podchodząc do sprawy, można by chcieć wykończyć znienawidzoną firmę, ale praktycznie rzecz biorąc – w ten sposób wykończyłoby się małą kuźnię kadr, która tak czy siak zatrudnia świeżaków (bo nikt inny by tam nie poszedł pracować), a po pół roku gość już jest obyty z regułami pracy i można go wyciągać.

Albo inny ciekawy przykład – konkurencja na rynku telewizorów. Samsung odniósł porażkę na rynku japońskim (czego się spodziewał? :D), ale dobrze konkuruje w Europie. Sony również sprzedaje swoje telewizory i też nieźle mu idzie. Czy Samsunga martwi fakt, że Sony zabiera mu część rynku? Niespecjalnie. Dlaczego? No cóż, Sony matryce LCD do swoich telewizorów bierze właśnie od… Samsunga. Samsung więc na każdym telewizorze sprzedanym przez Sony może nie zarobi tyle, co na swoim własnym, ale z drugiej strony gdyby on nie sprzedał matryc Sony, to sprzedałby (i zarobiłby) kto inny. To i tak nic w porównaniu z tym, jak twierdzenia wielbicieli iPhone’a, że sprzęt Samsunga to „szajs”, nie wiedzących o tym, że i procesor i matryca w iPhonie została kupiona od… Samsunga. Dopiero w nowszych modelach iPhone’a (tak od 4 w górę) sprzęt być może produkuje kto inny.

Podstawa dzisiejszego ładu w „strefie kapitalistycznej” oraz na jej peryferiach (Rosja) to handel, wymiana towarów i usług, umowy i traktaty. Oczywiście też polityka, negocjacje, karty przetargowe, naciski, ciosy poniżej pasa, czy rzadkie już dziś granie va bank. Najważniejsze jest jednak granie wedle tych samych reguł.

Dlatego właśnie jeśli kraj jest słaby, nie ma kart przetargowych, i nic nie znaczy na arenie międzynarodowej, przechodzi w tzw. strefę zawieszenia we wpływach: nie będzie nigdy potęgą gospodarczą, ale i nikt nie jest zainteresowany pozbawieniem go niepodległości, ani doprowadzeniem do nędzy i ruiny, bo wtedy nagle rypną się rynki zbytu, co negatywnie odbije się na gospodarce odpowiadającego za to państwa, a tym samym na sondażach poparcia dla aktualnej koalicji rządzącej. Dlatego właśnie Polsce póki co nic nie grozi w sensie militarnym, a nawet jeśli coś grozi, to dokładnie to samo grozi również Niemcom, Brytanii, czy Hiszpanii. To również oznacza, że gdyby dokładnie takie same, jak Amerykanie, instalacje tarczy antyrakietowej chcieliby zamontować w Polsce Niemcy, oczywiście z odpowiednimi umowami, co Polakom wolno z tym zrobić (ale to chyba oczywiste), w Rosji pies z kulawą nogą by nie zaprotestował. To chyba oczywiste, że Rosja nie dlatego protestuje, że się „boi” ataku ze strony Polski (śmiech na sali), tylko dlatego, że posiadanie takiej broni przez Polskę uwolniłoby ją od Rosyjskich nacisków. Wystarczyłoby jednak, żeby tarcza została pobłogosławiona przez Niemców i już żadnych takich efektów by nie było.

3. Dzisiejsza sytuacja Polski

Polska jaka jest, każdy widzi.

Tzw. II Rzeczpospolitą,  niezwykły projekt nowego, samowystarczalnego państwa, Niemcy do spółki z Rosją rozpirzyły w drobny mak. Z formalnego punktu widzenia Polska również zniknęła wtedy z mapy świata. Co się zatem stało po wojnie?

Najpierw Rosja stworzyła sobie na naszym terenie państwo satelitarne, które zamierzała, jak już się „odkuje”, użyć jako terenu przyszłej walki, gdy już rozpęta kolejną wojnę światową. Potem, po wielu latach, ponieważ Rosja miała pecha i ZSRR rozleciał się w pył, udało się stworzyć III Rzeczpospolitą. Ile jednak to państwo ma wspólnego z II Rzeczpospolitą? No, jeśli pominąć język, dziedzictwo kulturowe (które do współczesnego życia ma się nijak, niezależnie od tego, czy elementy tego dziedzictwa pochodzą z ubiegłego wieku, czy ubiegłego tysiąclecia), to nic. Więcej już łączy II Rzeczpospolitą z I Rzecząpospolitą, chociaż szczerze mówiąc to i tu bym się nie założył.

III Rzeczpospolita jest w rzeczywistości państwem zbudowanym na kłamstwie, niesprawiedliwości, a przede wszystkim na fikcji. Fikcją jest demokracja, fikcją jest dobrobyt, fikcją jest niepodległość. I to nie dlatego, że Polska należy do UE. Tylko dlatego, że zgodnie z definicją państwo niepodległe, to takie, które samo o sobie stanowi – a w Polsce tak naprawdę Niemcy i Rosjanie robią co im się żywnie podoba, a Polacy mają gówno do powiedzenia.

Problemem III Rzeczypospolitej nie jest to, że nie jest ona faktycznie kontynuatorką II Rzeczypospolitej, czy że ci „patrioci”, którzy chcieliby wiele dla swojego kraju zrobić, czy wywalczyć, nie mają nic do powiedzenia – ten problem jest w rzeczywistości marginalny. Największym problemem III Rzeczypospolitej jest to, że ani nie powstała ona w sposób niezależny od innych państw i nie jest żadnym sensownie przemyślanym i zorganizowanym projektem państwa – jest zlepkiem pobożnych życzeń i przypadkowych splotów okoliczności, sprytnie wykorzystywanych przez żerującą na kraju mafię. To ma być niby niepodległe, niezależne państwo? To raczej jakiś przykry żart.

4. Dla tych, co przelali krew…

Przykro mi jak boczek, naprawdę, głupio mi mówić takie oczywistości – to fakt, że mnóstwo ludzi przelało ze Polskę krew. Wielu poświęciło dla niej życie i kariery. Mnóstwo wysiłku i poświęcenia poszło na to, żeby powstała wreszcie wolna, niezależna, niepodległa Polska.

Niestety nie powstała. Niestety ci wszyscy ludzie swoją ofiarę złożyli na darmo. Państwo, którym jest w tej chwili III Rzeczpospolita w żadnym razie nie przypomina kraju, który wyobrażali sobie ci, co walczyli z komuną.

Żeby nieco naświetlić sytuację, zacytuję z pamięci dowcip z czasów komuny:  pewien komunistyczny I sekretarz partii (mniejsza o nazwisko) został zamrożony i odmrożony po kilkudziesięciu latach. Budzi się, wychodzi na ulicę – wszyscy mili, uśmiechnięci, szczęśliwi, majętni, zadowoleni. Myśli sobie „Ha! Niech się ludzie dowiedzą zatem, komu to wszystko zawdzięczają!”. Idzie dumny do kiosku i mówi „poproszę Trybunę Ludu”, a kioskarka mówi „nie ma już takiej gazety proszę pana, wychodziła gdy krajem rządzili jeszcze komuniści. A wie pan, że tych skurwieli jest jeszcze kilku na świecie”.

No i co, komuna zdechła, „Trybuny Ludu” faktycznie już nie ma, a co poza tym? Poza tym „Trybunę Ludu” zastąpiła „Trybuna”, byli komuniści opływają w luksusy i bynajmniej nikt ich nie wytyka palcem (poza „oszołomami”), największym zbrodniarzom PRL wszystko uszło na sucho, a członkowie i potomkowie byłej SB nadal żerują na naiwnych, którym się chce w Polsce mieszkać i płacić podatki, żeby za nie dostać potem od państwa kopa w dupę.

Jeśli ktoś rzeczywiście jest patriotą, niech pokaże na co go stać – niech zorganizuje inicjatywę przejęcia władzy w Polsce, stworzy niezależną organizację państwową z prawdziwego zdarzenia, uwolni Polskę od tych, którzy usiłują w niej utrzymać stan kontrolowanego ubóstwa. Uwolni Polskę wreszcie od mafijnych wpływów, stworzy rzeczywiste, niefikcyjne prawo, które będzie służyło ludziom i państwo, które będzie dbało o rozwój gospodarki. Tylko w taki sposób może zrobić tu coś pożytecznego.

Próba wygrania wyborów skazana jest na porażkę, zwłaszcza teraz, gdy koalicja rządząca ma wszystkich członków komisji wyborczej w kieszeni. Poza tym, do wyboru zostaje tylko uprawiane przez prawicowych publicystów, może i nawet w dobrej wierze, „wołanie na puszczy”. Albo darujmy sobie ten patriotyzm, z którego w tej chwili można sobie jedynie zmarnować życie nie przynosząc zysku nikomu na świecie.

Powtórzmy: Polska, jeśli pod tym pojęciem rozumiemy rzeczywiście i nie fikcyjnie niezależne, niepodległe, wolne państwo, po II wojnie światowej nie powstała. Ofiara walk w czasie II wojny światowej, oraz późniejsza walka z komuną, była ofiarą na darmo. Wolna i niepodległa nie była ani PRL, ani okrągłostołowa III RP. A w tej chwili już zanikają w niej nawet działające u zarania III RP mechanizmy demokratyczne. Pozostało tylko pole walk, na którym ścierają się interesy mocarstw i wielkich korporacji. Z wolnością i niepodległością ma to niewiele wspólnego.

5. Korporacje

Nie powiedziałbym też, żeby było czego żałować. Żałować można co najwyżej zmarnowanych lat w tej niby Polsce, do czasu, aż zrozumie się, czym ona tak naprawdę jest i jakie ma w związku z tym szanse na przyszłość.

Od pewnego czasu robione są rankingi najbogatszych organizacji, w których zestawiane są na równi korporacje i państwa. Rankingi wyglądają na kontrowersyjne, ale nie są wcale przesadzone. Korporacje bowiem są w tej chwili – w ramach „strefy kapitalizmu”, oczywiście – organizacjami zdecydowanie silniejszymi, niż państwa. Nie można mówić o tym głośno, ale w praktyce, korporacje tak naprawdę żerują na państwach, nie dając im w zasadzie nic sensownego w zamian (te drobne podatki, które one płacą, w porównaniu z ilością przysług, jakie państwo im oddaje, to naprawdę drobnostka).

Korporacje nie muszą mieć symboli i innych tego typu pierdół (niektóre próbują, ale stają się jedynie dzięki temu przedmiotem żartów). Korporacje muszą tylko jedno – zarabiać pieniądze. Korporacje też nie są wcale wymysłem naszych czasów – w dawniejszych czasach istniały różne organizacje zrzeszające ludzi interesu, takie jak np. Hansa, i one też robiły swoją politykę, miały wtyki tu i tam i również rywalizowały z państwami, a nawet były przez nie zwalczane.

W tej chwili państwa przy korporacjach wydają się być cherlakami. Korporacje robią sobie z państwami co chcą, najlepiej zresztą to widać na przykładzie USA. Tam korporacje wsadzają swoich ludzi do parlamentu i poprzez nich modyfikują prawo tak, żeby mogli bezkarnie wciskać ludziom różne produkty, które szkodzą ich zdrowiu, bez ponoszenia za to jakiejkolwiek odpowiedzialności. Niby korporacje mają działać w ramach określonego prawa – ale jeśli same to prawo w pewnym zakresie stanowią, to co? Każdy sobie panem, jak by powiedział Kmicic.

Nie neguję konieczności obrony „strefy kapitalistycznej”, bo strefa ma wciąż wielu wrogów na zewnątrz. Ale w tym zakresie to państwa mogą bez problemu dogadać się między sobą – istnieje już w końcu NATO, a między państwami strefy raczej militarna agresja nie jest możliwa. Nie musi się to jednak odbywać poprzez organizowanie obrony przez jedno państwo – wystarczy obrona „strefy”.

Ale korporacje, zarabiające niewyobrażalne krocie i obdzierające zwykłych ludzi ze skóry to jest coś, co od czasów „magnatów” się nie zmieniło. Jest tylko jeden problem – korporacjom nie ma kto się przeciwstawić. Państwa? Państwa nie tylko nie stają w obronie ludzi (co teoretycznie powinny robić); państwa potrafią dodatkowo iść na rękę korporacjom.

Korporacje jednak mają jeden słaby punkt – tym punktem jest klient. Jeśli duża grupa klientów nagle odwróci się od danej korporacji i przestanie kupować jej produkty – a w przypadku produktów żywnościowych efekt jest niemalże natychmiastowy – korporacja pada. Problem tylko w tym, że odwrócenie się pojedynczego klienta od korporacji nic dla korporacji nie znaczy – zawsze ściągnie sobie dodatkowych klientów poprzez różne reklamy i promocje. Korporacji może zaszkodzić dopiero organizacja konsumencja, która jednym posunięciem jest w stanie odciągnąć dużą grupę klientów od danej korporacji.

Korporacje nie są niczym złym – przeciwnie, świadczą o awansie cywilizacyjnym. Wszystko odbywa się w ramach uzgodnionych (choć zmienianych co chwilę!) reguł, nikt nikomu nie ścina głowy, nie wbija na pal, nie odrąbuje rąk i nie organizuje masowych mordów. A że są organizacje, które faktycznie ograbiają z zasobów ludzi, którzy te zasoby uczciwą pracą zdobyli – tak było na świecie od zawsze i nie ma tu co narzekać. Tego akurat nasza cywilizacja zmienić nie mogła, bo jest to nieodłączna cecha człowieka.

Zamiast więc bronić jakichś patriotycznych ideałów, które nie mają żadnego praktycznego sensu, ani uzasadnienia, lepiej organizować się w organizacje konsumenckie, które jako jedyne mogą być równorzędnym partnerem dla korporacji. Jeśli narzekamy na to, że korporacje żerują na ludziach, a sługusy i wazeliniarze z „salonu” stanowią dla nich źródło „pożytecznych idiotów”, lepiej jest zorganizować się i wzajemnie informować o tym, jaka korporacja gdzie robi jaki przekręt, który polityk został przez kogo skorumpowany (wtedy trzeba uważać, na kogo się głosuje). Oczywiście, korporacje będą próbowały do takich organizacji wprowadzić swoich agentów, którzy będą, niby to bezinteresownie, próbowali agitować za kupowaniem produktów określonej korporacji (tak jak dzisiaj np. korporacje płącą ludziom, żeby na niezależnych forach internetowych po cichu reklamowali ich, niby to bezinteresownie, jako prywatna opinia). Organizacja konsumencja jednak jeśli chce się utrzymać (a konkretnie utrzymać swoją wiarygodność) będzie musiała takich agentów wieszać – w prawach członka, oczywiście.

Wracając do źródła – państwa powstały poprzez organizacje ludzi w poprzek zawodów i wykonywanej pracy i silne były tylko wtedy, gdy obrona wspólnych interesów działała. Dziś państwo jeśli ma jakieś interesy sprzeczne z interesami innego, to jest to wyraz jedynie dyskryminacji innego państwa, czyli, w efekcie, dyskryminacja ludzi z innego państwa, czyli w skrócie, dyskryminacja innych ludzi. Państwo dziś, wobec korporacji, po prostu nie działa. Państwo dziś powinno sprowadzić się do roli administratora terenu ziemskiego, a sprawy obrony przed żerowaniem i wyzyskiwaniem pozostawić tym, którzy się do tego nadają.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: