Pan łona-bi

Nieustający festiwal podejmowania tematów związanych z bezpieczeństwem drogowym trwa. Nie opadł jeszcze dobrze smród po panu Kublik, którego wspomniałem w poprzednim wpisie, ani nawet o, pominiętym przeze mnie, sprzeciwie rządu wobec tego, co stwierdziła jasno kontrola NIK, a o czym każdy kierowca w Polsce wie: to zły stan dróg (nie techniczny, tylko designerski) odpowiada za taką ilość wypadków. A już mamy następnego wszystko wiedzącego czytelnika, kto tu jest panem, a kto niewolnikiem.

Stan „zastany” jest jaki jest, o tym wszyscy wiedzą. Faktycznie, nikt nie trąbi, jeśli się jedzie zgodnie z przepisami, choć można być czasem uważanym za zawalidrogę. Raz na jakiś czas trafi się też jakiś idiota, który musi wyprzedzić.

Pisałem już o tym, z czego to wynika. To wynika z bardzo prostej zależności związanej z psychiką ludzkiego organizmu i jego dostosowywaniem się do zmieniających się warunków otoczenia: organizm reaguje z pewną inercją, przechodzenie między kolejnymi stanami powoduje zmęczenie i irytację. Dlatego najlepiej dla ludzkiego organizmu jest jak jedzie się z jedną stałą prędkością – niekoniecznie najwyższą możliwą. A w Polsce jest to niemożliwe – pojedź sobie gdziekolwiek w dłuższą trasę i nawet głupiego 90 km/h nie utrzymasz dłużej, niż przez 5 minut, bo co chwilę zakręt, albo skrzyżowanie, albo nawet teren zabudowany chociaż tam pies z kulawą nogą się nawet nie wałęsa, albo nawet nie daj bubu sygnalizacja świetlna – i od razu ograniczenie do 70, do 50, a nawet trzeba się zatrzymać. Rady typu jeździj więc cały czas 50 km/h to też chyba można sobie w dupę wsadzić.

Dla każdego, kto spędza za kierownicą na polskich drogach co najmniej dwie godziny dziennie, jest to sprawa zupełnie oczywista. Ale nie dla autora powyższego artykułu, zadającego debilne pytanie „Zyskasz 10 minut? A po co?”.

Nigdy w przypadku dużych prędkości nie chodzi o zdobycie jakiegoś rekordu czasowego. Bardziej chodzi o samo poprawienie sobie samopoczucia, że nadrobiło się coś, co trzeba było stracić przez konieczność zwolnienia, albo zatrzymania się. A konieczność poprawiania tego samopoczucia wzrasta tym bardziej, im bardziej trzeba co chwilę zwalniać i przyspieszać.

Co więcej, mimo że rzeczywiście mogę potwierdzić co najmniej jedną niebezpieczną sytuację na drodze, to jednak nie uważam, żeby po polskich drogach jeździły jakieś rzesze wariatów, jak to sugeruje autor. Wyprzedzanie na trzeciego, czy na pasie do skręcania, zdarzało mi się może raz na dziesięć jazd. A wyprzedzanie – no cóż… jeśli ktoś chce koniecznie udowodnić z góry założoną tezę, a to właśnie robi dokładnie nasz autor-czytelnik, to oczywiście trzeba wybierać celowo drogi jednopasmowe, jeszcze najlepiej żeby było po drodze mnóstwo skrzyżowań (jak wiadomo, z ograniczeniem do 70km/h). Nagrać to jeszcze na filmik i puścić całość zmontowaną z najsmaczniejszych kawałków. Trasę, która jest wspomniana w tym artykule pokonywałem kilkakrotnie. Z doświadczenia mogę jedynie powiedzieć, że aby uzbierać ten materiał, który został tam przedstawiony na filmie, potrzeba przejechać tą drogę minimum 8h dziennie przez tydzień. Inaczej po prostu będzie za mało wariatów.

Jeśli nie chodzi nam jednak o udowodnienie z góry założonej tezy, a o proste badanie, to proponuję wykonać podobne badania dla dróg ekspresowych dwupasmowych. Może ci się trafi czasem jakiś wariat, który, no cóż, przemknie obok ciebie z szybkością 220 km/h. Trafiali mi się podobni wariaci, mniej więcej z podobną częstotliwością co ci wariaci przedstawieni na tym filmie, niestety – ku nieszczęściu autora – nie powodowali żadnego zagrożenia życia i zdrowia nikogo, bo, no cóż, zwyczajnie po prostu na tej drodze nikogo się nie wyprzedza przez zjechanie na przeciwległy pas, ani też na tej drodze nie ma przejść dla pieszych, czy kolizyjnych skrzyżowań.

Mieszkam obecnie w Niemczech. Tu wygląda to następująco: jesteś w środku miasta, no to masz ograniczenie 60km/h. Warunki są, jakie są, nie ma co walczyć z wiatrakami. Jest ekspresówka przechodząca przez miasto, no owszem jest ograniczenie do 60km/h (ale to raczej tylko dlatego, że zrobili ostre zakręty i wąskie wyjazdy), ale w tym miejscu jedyne takie ograniczenie. Jest ograniczenie od 80km/h, bo jest tunel i to z zakrętem. Na dwupasmówce 100km/h. Bo trochę kręta. A autostrada? No, w tym akurat miejscu wyjazdu 120km/h, ale potem jest prosta droga i jest bez ograniczeń. Jak musisz jechać przez miasto, no to trudno, musisz się przygotować na stanie na skrzyżowaniach. Jak nie musisz, to wkręć się na jakąś dwupasmówkę i możesz przelecieć całe miasto.

W Niemczech, ogólnie sytuacja jest następująca: jak musisz przejechać z centrum jednego miasta do centrum drugiego miasta, to oczywiście jedziesz 10% drogi przez centrum miasta, ale 90% jedziesz po autostradach. Nie ma się więc co denerwować i gorączkować – te pierwsze 5% drogi przecierpisz, bo przecież zaraz wjedziesz na autostradę, a ostatnie 5% drogi też przecierpisz, bo przecież jesteś już i tak prawie na miejscu. W ten sposób nie ma żadnego powodu, żeby ze zdenerwowania zacząć robić głupie rzeczy.

Autor pisze bardzo śmieszną rzecz: próbowałem jeździć całkowicie zgodnie z przepisami… czy to znaczy, że przez cały pozostały czas, tak normalnie, to jeździ niezgodnie z przepisami? Skoro tak, to jakim prawem poucza innych kierowców?

Czy w Niemczech ludzie nie przekraczają prędkości? Ależ owszem, przekraczają. Tyle że to są przypadki marginalne, co więcej, dzieje się to i tak zwykle na takich drogach, gdzie można by w sumie stwierdzić, że ograniczenie jest zbyt nadgorliwe. Poza tym te fotoradary w miejscu, gdzie nagle zmienia się ograniczenie prędkości, też nie stoją tu bez powodu. Ale nie jest nimi usiana cała droga, tylko stoją tam, gdzie kierowca może „z rozpędu” pojechać za szybko, a ograniczenie musi być, bo akurat tak zrobiono drogę.

A w Polsce jak jest, wiadomo. Dobrych dróg jest jak na lekarstwo, przeważająca liczba wypadków to są wypadki podczas wyprzedzania (w przypadku dróg poza miastem) oraz wypadki na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną (w mieście). I to jakoś nikomu nie daje zupełnie nic do myślenia. A durne „jak zużyjesz te 10 minut” ma dawać do myślenia? O czym tu myśleć? Tu najdłużej można o czymkolwiek myśleć przez najwyżej pół sekundy, chyba że się jest skończonym matołem i potrzebuje się na wyciągnięcie takiego wniosku pół dnia. Autor, jak widzę, zużył 20% tego czasu i tak się zachwycił swoim myśleniem, że musiał się pochwalić. Musi się również dowartościować, bo przecież musi sobie czymś zrekompensować poczucie krzywdy doznawanej od tych spryciarzy, którym udało się wyprzedzić i być trochę do przodu. I dowartościowuje się: ci wyprzedzający to są wszystko niewolnicy, a ja jestem panem!

Facet oczywiście nie zauważa, że robi z siebie idiotę, popatrzmy: „Osoby z mentalnością pana nie potrzebują, aby ich kontrolowano. Same wiedzą, co mają zrobić i jeżeli mają przepisy, to będą je respektował. (…) Osoba z mentalnością pana będzie stosowała się do przepisów zawsze, niezależnie od sytuacji.” Obawiam się, niestety, że autor nie ma pojęcia o tym, na czym polega „mentalnośćc pana”. Osoba z mentalnością pana bowiem będzie starała się stosować do takich zasad, które zapewnią bezpieczeństwo na drodze. Nie oznacza to bynajmniej ścisłego przestrzegania przepisów. Jeśli przepisy zostały ustalone dokładnie według tego założenia, to wtedy oczywiście – przypadkiem – będą się zgadzać z tym, co postanowił kierowca. Przepisy również ułatwiają kierowcy podejmowanie decyzji, bo nie musi on kontrolować dokładnie drogi – jeśli nie ma na niej czegoś nienormalnego, np. wypadku, deszczu, śniegu – i wystarczy mu jechać zgodnie z przepisami. Natomiast osoba, która „stosuje się do przepisów zawsze, niezależnie od sytuacji”, to nie jest osoba z mentalnością pana, choć nie jest to też osoba z mentalnością niewolnika. Jest to osoba z mentalnością sługi. Jeśli już, to większość jeżdżących po polskich drogach można podzielić na tych, którzy starają się zachować bezpieczeństwo, i tych, dla których osobiste dotarcie do celu jest ważniejsze, niż bezpieczeństwo na drodze. No i jest oczywiście mniejszość, która po prostu jeździ zgodnie z przepisami. Co bynajmniej nie powoduje, że ci kierowcy nie powodują wypadków.

Czytelnik-autor jest zatem co najwyżej panem-wannabe i zupełnie nie rozumie takiej prostej zależności, że wszystkie te zachowania, które obserwujemy u kierowców w Polsce to zachowania zupełnie normalne i możliwe do przewidzenia i żadne gardłowanie i obrażanie polskich kierowców niczego w tej materii nie zmieni. Dokładnie tacy sami są kierowcy w Niemczech, w UK, czy w Stanach – wiem o tym, bo miałem okazję to obserwować. Tam są w ogóle dokładnie tacy sami ludzie. To nie jest żadna kwestia mentalności, ani „wrodzonego cwaniactwa” (bo cwaniak, żeby zacwaniaczyć, musi trochę pogłówkować, a podczas podejmowania decyzji na drodze na żadne główkowanie nie ma czasu). No dobrze, zgodzę się, co najwyżej, że jest zdecydowanie mniej chamstwa. Ale tu się po prostu jeździ jakoś spokojniej i nikomu nigdzie się nie spieszy – nie ma korków, więc można sobie spokojnie przewidzieć potrzebny czas na dotarcie do celu. Ale wypuść niemieckiego, czy brytyjskiego kierowcę do Polski na dwa miesiące i będzie jeździł dokładnie tak samo, jak reszta.

No cóż, nie będe domniemał, czy artykuł jest napisany na polityczne zamówienie, może i nie, po prostu pasuje komuś do teorii. „Nie mamy mentalności pana, jako kierowcy potrzebujemy bata, pręgierza, spowalniaczy, kontroli drogowych, a dopiero wtedy liczba morderstw, o przepraszam, wypadków ze skutkiem śmiertelnym, znacząco spadnie.” Dokładnie jak koń z „1984 Roku” mówiący „po prostu musimy pracować jeszcze więcej”. Skoro tak, to powtórzę po raz kolejny: na Litwie jest jeszcze więcej kontroli, złośliwszej niż w Polsce policji na drogach, i fotoradarów (na kilometr drogi), a mimo to Litwa wyprzedza Polskę w statystykach wypadków.

Tekst na koniec powala już nawet nie na kolana, ale na twarz: „Proponuję policji zrobić test: na wybranym, niebezpieczniejszym w Polsce odcinku drogi, gdzie dochodzi do największej liczby wypadków, dajmy na to na odcinku 20 km, co 500 metrów postawić fotoradar. Tak, tak, fotoradar. Zastanawiam się, jak po roku wyglądałyby statystyki wypadkowości – czy np. nie okazałoby się, że z nastąpiłaby cudowna zamiana i z najniebezpieczniejszego odcinka, droga zmieniłaby się w bezpieczną?”

Nieszczęsny idioto. Policja w Polsce robi to przecież od dawna. Co więcej, to właśnie tam głównie powinno się fotoradary stawiać i w „myślących” krajach fotoradary stawia się praktycznie wyłącznie z tego powodu. W tych „myślących” krajach oczywiście oprócz tego stawia się też drogi, na których można pozwolić na szybszą jazdę. A w Polsce jakoś się nie da – taniej jest postawić fotoradar.

A żeby nie obwiniać rządu o zaniedbania – publikuje się list jakiegoś matoła, licząc zapewne na to, że jego zdanie podziela większość. Już to widzę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: