Yellow pages: Europa na piechotę

W Polsce od roku 2011 można jeździć na autostradach 140 km/h. W związku z tym, jakiś wielki mądrala z GW postanowił się wypowiedzieć.

Patrzę i oczom nie wierzę. Nareszcie jakieś sensowne posunięcie, praktycznie niczego nie zmieniające na naszych drogach (bo na naszych autostradach i drogach ekspresowych rzadko jeździ się poniżej 140 km/h), a tu ktoś koniecznie musi utwierdzać dawno już skompromitowany argument o związku między dopuszczalną prędkością jazdy, a wypadkowością na drogach.

A, no i oczywiście nie mogło zabraknąć koronnego argumentu, że UE ogranicza wszędzie prędkość, a UE przecież jest mądrzejsza od nas i powinniśmy robić to samo. Zdziwiłem się trochę, bo o ile durne przepisy drogowe to była zawsze domena krajów skandynawskich, więc mnie wieści z Norwegii, czy Danii nie ruszą, o tyle wieści tego typu z Francji, to już co innego. No ale byłem ciekaw, co będzie w przypadku Niemiec – no i o:


Na słynnych niemieckich autostradach teoretycznie nie ma ograniczenia prędkości. Ale KE podaje, że na ponad połowie z nich znaki ograniczają prędkość do 120 km/godz. lub jeszcze bardziej. Obowiązuje też „zalecana prędkość” do 130 km/godz. i kierowca, który będzie miał wypadek, jadąc szybciej, może nie dostać ubezpieczenia.

Byłem w Berlinie samochodem jakieś dwa lata temu. Wątpię, czy od tego czasu cokolwiek się zmieniło. Owszem, bywają tam ograniczenia prędkości do 120 km/h po autostradzie w niektórych miejscach, ale to zazwyczaj tylko w pobliżu wyjazdów. A że obowiązuje „zalecana prędkość” do 130 km/h – no, obowiązuje, i co, kogo to obchodzi? W ogóle zresztą za taką redakcję tego tekstu autor dostałby pałę już w liceum: obowiązuje zalecana prędkość (obowiązuje, czy jest zalecana?), nadmiarowy przecinek, może nie dostać ubezpieczenia (ubezpieczenia, czy odszkodowania?). Wątpię, czy kierowcę urządza jakiekolwiek odszkodowanie po wypadku przy prędkości od 130 km/h wzwyż, bo przy dowolnym wypadku przy takiej prędkości szanse przeżycia są poniżej 1%. Według moich obserwacji zresztą kierowcy zdają się zupełnie tym nie przejmować, skoro przy prędkości 160 km/h mój samochód był co chwilę „z gwizdem” wyprzedzany przez jakiegoś mercedesa. Cały ten tekst jest więc wyłącznie stekiem bzdur, bo usiłuje pokazać, że no w Niemczech też ogranicza się prędkość na autostradach, ale tak naprawdę żadnych ograniczeń tam nie ma.

Unia nam oczywiście znów pogrozi palcem:


W listopadzie na konferencji w Senacie eksperci z Wlk. Brytanii, Holandii i Szwecji pytali przedstawicieli polskich władz, jak chcą spełnić wymogi UE w sprawie ograniczenia liczby wypadków drogowych, skoro zezwalają jeździć szybciej. Odpowiedzi nie usłyszeli.

Autor oczywiście nie zacytował dokładnie tego, co owi eksperci powiedzieli, tylko „zrelacjonował”, jak to się teraz ładnie nazywa przekręcanie czyichś słów. Bo jeśli eksperci zadali mniej więcej takie właśnie pytanie „jak chcecie spełnić wymogi UE w sprawie ograniczenia liczby wypadków, skoro podnosicie ograniczenia prędkości”, to znaczy, że ci eksperci są skończonymi debilami, w co raczej nie uwierzę. Bo na takie pytanie można odpowiedzieć jedynie „co ma piernik do wiatraka”.

Jeśli eksperci zadali pytanie, jak Polska chce ograniczyć ilość wypadków na drogach, to w porządku, bo oczywiście pytanie jest otwarte. A odpowiedzi nie ma, bo nasi „eksperci” przecież nie mają zielonego pojęcia o tym, co należy robić, żeby poprawić bezpieczeństwo na drogach. Na pewno jednak nie mogą powiedzieć, że od lat w celu poprawy bezpieczeństwa na drogach wprowadzają więcej ograniczeń prędkości i więcej fotoradarów, bo wtedy można by było sięgnąć po statystyki momentalnie ich wywody skompromitować.

Autor przytoczył, że pod względem bezpieczeństwa na drogach gorsza od nas jest tylko Litwa. Nie wspomniał tylko, że na Litwie jest więcej patroli policyjnych, są jeszcze bardziej złośliwi, niż w Polsce, jak też więcej ograniczeń prędkości. Bo nie pasowałoby to do teoryjek o zbawiennym wpływie ograniczeń prędkości?

Stosunkowo mało wypadków jest właśnie w krajach, które mają mocno rozbudowane autostrady, a autostrady, choć wypadki na nich są najbardziej spektakularne, akurat należą do dróg najmniej wypadkowych. Fakt, że we Francji, czy gdzie by tam nie było w tej Europie, wprowadzono ograniczenia prędkości na autostradzie do 130 km/h, nic nie znaczy – niech mi ktoś pokaże, że od czasu, gdy wprowadzono dane ograniczenie prędkości, ilość wypadków na drodze zmalała. Póki co, nikomu nie udało się takiej statystyki nawet zafałszować, a co dopiero mówić o prawdziwych. Tym bardziej sam fakt, że gdzieś po prostu „jest” jakieś-tam ograniczenie prędkości (ale jest ono takie od 50 lat) dla wypadkowości dróg nic nie znaczy, bo nikt nie sprawdził, co by się stało, gdyby je podwyższyć.

Z jednej strony trochę nieładnie się stało, bo wiem, jak to prawo było wprowadzone – po prostu podwyższenie tej prędkości było na rękę posłom, którzy to zgłaszali, a tak naprawdę jest ono na rękę wszystkim, którzy poruszają się samochodami osobowymi i potrzebują przemieszczać się szybko, a wśród senatorów raczej ze świecą szukać takich, którzy tego warunku nie spełniają. Gdyby ten przepis nie był w interesie posłów i senatorów, na przykład, gdyby każdy z nich dostał służbową maszynę latającą do dowolnego korzystania, pies z kulawą nogą by się nie zająknął o tym projekcie.

Z drugiej jednak strony to bardzo dobrze, że ktoś wreszcie odważył się wprowadzić prawo, które podwyższa dopuszczalne prędkości. Rozumiem też protesty, jakie lewactwo europejskie podnosi przeciw temu przepisowi, bo jak nic przecież okaże się, że w wyniku tego przepisu ilość wypadków na drogach spadła (oczywiście ilość wypadków spadnie, bo więcej dobrych dróg zostanie oddanych do użytku, a związku z tą ustawą nie będzie żadnego).

A o mizernych artykułach, w których autor wylewa kubliki pomyj na nie słuchających pokornie Europy parlamentarzystów, ludzie szybko zapomną (mimo że GW opublikowała artykuł na pierwszej stronie), a w każdym razie na pewno zapomni autor, bo przecież w przeciwnym razie wyszedłby na idiotę.

Jeśli chcemy zmniejszać wypadkowość, to trzeba znajdować przyczyny wypadków i skupić się na nich w opracowywaniu strategii zmian. Ale to oznacza, że wypadek należy analizować bardzo dokładnie, w szczegółach. Wprowadzanie ograniczeń prędkości to nie jest żadna strategia, tylko walenie w ciemno. Jeśli Europa rzeczywiście chce kombinować w ten właśnie sposób, to może najprościej, kazać ludziom poruszać się wyłącznie piechotą lub komunikacją miejską. Na przykład Korea Północna w ten właśnie sposób rozwiązała problem wypadków drogowych – tam po prostu na posiadanie własnego samochodu trzeba mieć specjalne pozwolenie.

Jeśli nie chcemy zakazywać posiadania samochodu, to jedynym sposobem walki z wypadkami drogowymi jest po pierwsze, stopniowanie uprawnień (np. ograniczenie do określonej mocy silnika), po drugie, stosowanie na drogach rozwiązań minimalizujących „denerwowanie” kierowcy. A to oznacza, między innymi, aby w miarę możliwości również nie ograniczać prędkości.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: