Precz z symbolami

Dobrze, wiem. Symbole pełnią ważną rolę w życiu społecznym i tak dalej ble ble ble…

Pieprzenie w bambus.

No dobrze, rozumiem że symbole były potrzebne za czasów okupacji. Że były potrzebne za czasów niewoli. Dokładnie tak samo, jak różne narodowe mity, okrzyki zagrzewania do walki i tak dalej. Ale te wszystkie rzeczy, nazywane przeze mnie w skrócie symbolami, mają tylko i wyłącznie jeden cel – wbić komuś do głowy, że określone rzeczy to coś innego, niż to, co widać gołym okiem.

Prawda jest taka: symbol jest używany po to, żeby zastąpić coś, czego człowiek oczekuje, potrzebuje, a nie bardzo można skądkolwiek to wziąć. Jedynym zatem prawdziwym zastosowaniem symbolu jest psychologiczna manipulacja.

Weźmy na przykład taką prostą rzecz: medal. Na cholerę komu medal? Co można użytecznego zrobić z medalu? Butelkę z piwem otworzyć? Podstawić pod nogę chwiejącego się stołu? Oglądałem w życiu naprawdę mnóstwo medali w najróżniejszych muzeach i każdy z nich był tylko i wyłącznie ładnie wyrzeźbionym kawałkiem metalu z wstążką. Że upamiętnia jakieś ważne wydarzenia, że taki ktoś dla swojej ojczyzny dokonał wspaniałej rzeczy, że opiewają go w pieśniach i tak dalej? I co z tego, do jasnej cholery? Jeśli kogoś medal satysfakcjonuje, to oznacza po prostu, że jest bałwanem – człowiekiem żądnym chwały i uwielbienia i ten medal ma się do tego w pewnym stopniu przyczynić. Bo każdy normalny człowiek, który nie potrzebuje być traktowany jak Bóg i żeby się wszyscy przed nim płaszczyli, postawiłby sprawę tak: dokonałem takich-a-takich czynów, poświęciłem się, udało mi się, moja ojczyzna wiele zyskała na tym, co zrobiłem, i nawet nikt nie może mi zarzucić, że zrobiłem to z chęci zysku. Może więc zatem ojczyzna łaskawie da mi za to jakąś wartościową dla mnie nagrodę? Nie żeby koniecznie jakaś kasa, ale może jakiś kawałek ziemi na przykład?

Kiedyś tak właśnie się służbę w wojsku nagradzało i stąd właśnie zrodziła się szlachta. A w momencie, gdy władza zaczęła się obawiać konkurencji ze strony tak nagradzanych ludzi, wprowadzono medale. Że niby jaki to ty wielki i wspaniały jesteś, a tak naprawdę bierz ten kawałek rzeźbionego metalu i spierdalaj.

Czy przyszło mi to na myśl w związku z konkretnym wydarzeniem? Trudno powiedzieć. Chodziło mi to po głowie od dłuższego czasu, ale chyba jednym z motywów, który mi to uświadomił, to była oglądana przez mojego syna bajka Bob Budowniczy. Nie żeby w tej bajce było coś według mnie godnego potępienia (chociaż w kontekście tego, co piszę, miałbym być może drobne zastrzeżenia do tego okrzyku „damy radę?” – chociaż niespecjalnie, bo ten okrzyk jest jak najbardziej prawdziwy; oni rzeczywiście dają radę). Chodzi mi tylko o jedną drobnostkę – motyw Boba Budowniczego przecież został użyty, nie wiem na ile świadomie (chociaż sztaby specjalistów raczej nie robią niczego nieświadomie) i nie wiem na ile celowo, przez polityków. Konkretnie najpierw przez Baracka Obamę („yes we can!” jest w angielskiej wersji Boba), a potem całkiem niedawno przez Donalda Tuska. Tu akurat bez okrzyków, tylko po prostu wielkie hasło: „Nie róbmy polityki, …” i tu jakiś motyw budowania czegoś-tam. Zresztą pewnie nie oni jedyni, tylko akurat oni mi się przypomnieli.

Powszechność symboli w polskiej polityce jest w zasadzie odkąd pamiętam – aż nadto mieliśmy symboli za czasów komuny, ale i po „obaleniu komuny” wcale ich użycie nie zmalało. Rozumiem, że być może bez symboli demokracja nie mogłaby istnieć (chociaż nie jestem o tym wcale przekonany), ale symbole w Polsce nie sprowadzały się wyłącznie do samych wyborów parlamentarnych.

W III RP symboli używa się głównie… nie, nie głównie. Symboli używa się tylko i wyłącznie do robienia z ludzi idiotów.

Przy czym, jak się okazuje, praktycznie większość polityków bez symboli obyć się nie potrafi, nawet wtedy, gdy wygra wybory i posiada władzę. Tyle się mówi o Tusku, który zajmuje się głównie odprawianiem teatrzyku i robieniem PR (bo i rzeczywiście tylko tym się zajmuje), ale Kaczyński wcale nie był od niego lepszy. Jego cała ta „walka z układem” była oparta głównie na symbolice – Kaczyński głównie gonił za efemerydą, jedynie przeczuwał intuicyjnie, że coś takiego istnieje i usiłował za pomocą dostępnych mu środków ów układ namierzyć i zlikwidować. Owszem, dużo wiedział o tym, skąd układ się wziął, ale głównie mówił rzeczy, w które ludziom bez dokładnych wyjaśnień trudno uwierzyć i przez to układ stał się w powszechnej opinii mitem. I tak cały ten układ stał się symbolem, usłużna michnikowszczyzna wyśmiewała ów układ (z przyczyn czysto pragmatycznych, tak samo jak byli ubecy wśród kadry naukowej wyśmiewają obowiązek lustracji), ochoczo podchwyciła wymyślonych przez Dorna „wykształciuchów” i wprowadziła również odpowiednią symbolikę. Kaczyński więc z układem sobie „walczył”, a układ sterował wydarzeniami jak chciał, co chwilę wiązał mu ręce i podstawiał nogi, Kaczyński wygrażał pięścią i wszystko toczyło się po staremu.

Symbolika jest też używana bardzo często do tego, żeby zrobić wielki szum naokoło jakiegoś wydarzenia, żeby dodać sobie chwały, albo po prostu wmówić ludziom, że stało się coś wielkiego i ważnego. Nie tylko Kaczyńskiego walka z układem, ale też np. słowa ówczesnego ministra sprawiedliwości Ziobry „nikt więcej przez tego pana nie zostanie zabity” (cytuję z pamięci, więc pewnie coś przekręciłem) to dokładnie ta sama czysta symbolika. Każdy dobry profesjonalista, profesjonalny menedżer i dobry fachowiec jeśli znalazł lekarza, który jest podejrzany o, powiedzmy, przyczynienie się do śmierci, powie po prostu: ten człowiek jest podejrzany o przyczynienie się do śmierci. A nawet dopóki nic pewnego w danej sprawie nie wiadomo, nic nie powie. Jeśli lekarzowi zostanie udowodnione, że doprowadził do śmierci pacjenta przez zaniedbanie swoich obowiązków, minister sprawiedliwości też nic nie powie – najwyżej pozwoli się wypowiedzieć prokuratorowi prowadzącemu sprawę, który przed kamerami powie po prostu „ten człowiek jest winny śmierci”. No dobrze, można by sobie pozwolić na delikatną, ale powtarzam: delikatną symbolikę mówiąc „oczyściliśmy szpital ze zwyrodnialca, który dla pieniędzy nie cofnął się nawet przed morderstwem”.

A co oznacza w praktyce, że minister sprawiedliwości w jakiejś jednej sprawie, której podobnych kilka pewnie toczy się w prokuraturze, występuje przed kamerami i mówi „nikt już przez tego pana nie będzie zabity”? Po prostu chce ludziom wmówić: „patrzcie, jak ochoczo walczymy z patologiami”, „oczyściliśmy szpital ze wszelkiego zwyrodnialstwa i łapówkarzy-morderców”, „patrzcie jakie sukcesy odnoszę (!) w walce z układem”. Kto może w tej sytuacji w ogóle traktować kogoś takiego poważnie? Tak nie zachowuje się profesjonalista. Tak zachowuje się głupi szczeniak, który musi sobie zabłysnąć w kamerze telewizyjnej i który za wszelką cenę usiłuje ukryć fakt, że nie jest żadnym sumiennie wykonującym ciężką pracę urzędnikiem, tylko żądnym poklasku głupim szczeniakiem.

Dlaczego szczeniakiem? Nie, nie dlatego, że młodo wygląda (nawet nie interesuje mnie to, ile ma lat). Chodzi o to, że na wszystkich konferencjach, we wszystkich wywiadach, w ogóle wszędzie gdzie tylko się wypowiada w telewizji, wypowiada się w sposób skrajnie emocjonalny, bez polotu, często bez pojęcia o czym mówi, głównie jak ktoś zaprawiony w zażartych dyskusjach, walkach na argumenty, a nie ktoś, kto kiedykolwiek w życiu rozwiązywał realne problemy. A na dodatek łatwy do okiwania jak dziecko.

Wiem, że dla równowagi powinienem teraz coś napisać o ekipie Tuska, ale tam przykładów jest po prostu takie mnóstwo, że dosłownie nie wiem, co wybrać. Poza tym w tym zręcznie wyręcza mnie Rafał Ziemkiewicz.

Ja to bym w ogóle zostawił polską politykę. W innych dziedzinach i innych krajach wcale nie jest dużo lepiej. Nadmierna symbolika jest też używana na przykład w wielu firmach.

To mi się akurat przypomniało w związku z tym, jak widziałem ostatnio na imprezie firmowej odśpiewany hymn firmy. No dobrze, to nie jest żadna tajna wiedza – na youtubie można to znaleźć. Nasz ośrodek zresztą i tak jest traktowany chyba dość ulgowo, bo ten hymn puścili, ale nie każą się nam go uczyć. Bo Rosjanom już każą. Fakt, że Polakom nie każą jest wyrazem nie tylko tolerancji macierzystej firmy, ale i realizmu – Polacy by ich po prostu wyśmiali z góry na dół (zresztą na Rosjan też to już niespecjalnie działa – popatrzcie sobie na youtubie jak oni się tego hymnu uczą 🙂 ).

Po co firmie hymn? W ostateczności rozumiem jeszcze hymn państwowy, bo często jest to jedyna rzecz, która łączy ludzi mieszkających w tym państwie (w Polsce właśnie tak jest), ale w firmie? Że niby co, że firma to jest jakaś wielka idea, którą pracownicy urzeczywistniają? Że to jakaś wielka nobilitacja pracować w takiej firmie? Do jasnej cholery, bez pieprzenia w bambus panie i panowie – firma, jak każda inna firma, urzeczywistnia dokładnie jedną ideę – zarabianie kasy, pracownicy chętnie pracują w firmie dlatego, że zarabiają w niej kasę i ewentualnie że pozwala im ona częściowo realizować ich pasje. Ale że niby praca w tej firmie to jakaś nobilitacja? Przecież jest to jawne odwołanie się do cechowego modelu zawodów – tzn. przeszedłeś odpowiednie procedury i testy i teraz łaskawie pozwalamy ci pracować w tym zawodzie i zarabiać pieniądze – co jest jawnym zaprzeczeniem kapitalistycznego modelu zawodowego, to znaczy, pracuję tu, bo ktoś mnie zatrudnił, bo potrafię, bo jestem wartościowy dla firmy i dzięki mojej pracy firma zarabia pieniądze, a firma za to płaci mi kasę, i żadnej z tego powodu firma łaski mi nie robi, ani ja jej, bo po prostu wiąże nas umowa o pracę.

Oczywiście tutaj niczego bym nie zarzucał mojej macierzystej firmie – powiedzmy, że w przypadku HQ są to kwestie kulturowe i oni akurat takich hymnów potrzebują. Nie wnikam w to. W Polskim oddziale żadnej takiej indoktrynacji na szczęście nie ma, nie wmawia się nam, że powinniśmy być dumni z faktu, że pracujemy w takiej wspaniałej firmie – komu się coś nie podoba to odchodzi, komu się podoba, to tu pracuje, tyle. Mam też wrażenie, że przynajmniej wśród Polskich profesjonalistów, głównie inżynierów, panuje czysto ścisłe podejście do tego tematu – żadna symbolika, żadne wielkie przemowy, wielkie słowa ani inne tego typu teatrzykowanie nie może być potraktowane poważnie. Z firm, w których pracowałem, pomijając milczeniem tą pierwszą, bo wystarczająco dużo znajdziecie na sieci, tylko w Motoroli widziałem jakąkolwiek próbę indoktrynacji i nazywanie pracowników firmy „Motorolans”. Ale i tam ta symbolika była bardzo delikatna – głównie chodziło o to, żeby być miłym, uprzejmym, swoim zachowaniem nie przynosić wstydu firmie i tak dalej. Jak patrzę na to z perspektywy czasu, to domniemam, że danie takiego dokumentu ludziom w oddziale w Polsce było wynikiem zastosowania do Polskiego oddziału tych samych kryteriów, co dla oddziału w Rosji. W każdym razie, nawet tam ewentualna symbolika nie odwoływała się do czegoś w rodzaju „dumy z tego, że jest się pracownikiem takiej wspaniałej firmy”.

No cóż, o tym, że Polacy, zwłaszcza młodsi, mają wszelką symbolikę, zwłaszcza firmową, głęboko w dupie, nie wiedzą najwyraźniej decydenci z takich firm jak Auchan, czy Bank Pekao S.A. – ich żenująco śmieszne piosenki wychwalające firmę pod niebiosa i „motywujące do wydajnej pracy” nadal można znaleźć na youtubie i nikt bynajmniej nie próbuje dopatrzeć się tam jakiegokolwiek sensu. Wystarczy popatrzeć na komentarze – to już nawet nie jest grubymi nićmi szyte. To są po prostu same nici i to na dodatek gumowe. Nie wiem, gdzie menedżerowie z tych firm dowiadywali się o tego typu metodach zarządzania i metodach wpływania na pracowników, ale żeby Polaków przekonać jakąkolwiek symboliką to trzeba się naprawdę postarać. Próby przeprowadzane przez decydentów z różnych firm są albo żałosne, albo śmieszne, albo jedno i drugie.

Zresztą, co tam hymny. Znacznie zabawniejszym sposobem indoktrynacji prowadzonych przez firmę jest wymuszanie najróżniejszych typów pozdrowień, sposobów zwracania się do innych, wygłaszanie różnych napuszonych przemów przez emaila – gadek typu „dziękuję pani za pracę” (autentyk!!!), czy coś w stylu „mamy wspólny cel” (pewnie, każdy ma zupełnie inny cel w tej firmie – jeden zarabia dla firmy kasę, a inny pieniądze), albo uścisk dłoni prezesa na zakończenie dnia (ja naprawdę nie robię sobie jaj, to też autentyk).

Tak nawiasem to przypomniał mi się nawet motyw z Matrixa, gdzie szef opierdala Neo za spóźnienie się do pracy, oczywiście metodą obfitująca w symbole. Ciekawi mnie bardzo, skąd ktoś w ogóle wymyślił ten motyw, na jakiej podstawie go opracował – pracowałem już w różnych korporacjach i taki sposób rozmawiania z pracownikiem trafił mi się dokładnie dwa razy – raz w mojej pierwszej pracy (ale tej firmie to jeszcze bardzo, bardzo daleko, wręcz z granicą w nieskończoności, byłoby do określenia „one of the top software companies in the world”) i raz w dużej korporacji, ale po prostu trafił się taki manager, który się, delikatnie mówiąc, lekko minął z powołaniem (i to za zrobienie przewałki w projekcie, a nie za spóźnienie). W normalnych firmach, po pierwsze, nie zwraca się większej uwagi na to, czy ktoś się odrobinę spóźni, bo człowieka rozlicza się z zadań (chyba, że rzeczywiście siedzi w pracy w porywach 5 godzin i notorycznie zawala terminy) – jak kiedyś w Motoroli przyszedłem do pracy o 12:00 (poprzedniego dnia wyciskałem nadgodziny do późna), to szef, jak mnie zobaczył, zaczął się tylko pokładać ze śmiechu. Po drugie, nawet gdyby kogoś opierdzielać za cokolwiek, powiedzmy za zawaloną pracę, to na pewno nie takim językiem, nie patrząc na niego z góry, tylko odwołując się do jego współodpowiedzialności za pracę zespołu (ludzi, którzy takiej współodpowiedzialności nie wykazują, wywala się z zespołu bez ceregieli). W normalnym, kapitalistycznym kraju (a USA chyba takim są), gdyby szef opierdzielał w ten sposób dobrego, szanującego się programistę, to w ciągu następnych kilku tygodni zobaczyłby na swoim biurku wymówienie, a firma nie miałaby żadnych szans stać się „one of the top software companies in the world”, bo po prostu nie miałby kto w niej pracować.

Czasami to nawet nie jest śmieszne, ale smutne, że różni specjaliści, którzy tego typu bzdety wymyślają są na poważnie przez takie różne firmy zatrudniani i to za naprawdę ciężkie pieniądze – tak ciężkie, że gdyby te pieniądze zamiast im rozdać pracownikom jako najróżniejszego rodzaju premie, firma by na tym efektywnie zyskała. Oczywiście, że motywowanie pracowników do pracy to jest ciężki temat, ale tak naprawdę wystarczy zacząć od najprostszego – po prostu postawić się w ich sytuacji. Ziemkiewicz też zresztą przytaczał gdzieś historyjkę, jak to pracował w jakiejś firmie, gdzie szef ciągle mówił, że no jest trudna sytuacja, nie ma na podwyżki, ani na premie, ale przecież za to możecie być dumni, że pracujecie w jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie firm w Europie (cytuję z pamięci, więc pewnie coś pokręciłem, ale taki był mniej więcej sens).

Ta symbolika oczywiście nie bierze się znikąd. To jest wszystko tak zwana „fala”, czyli hierarchizowanie „honorowości” ludzi względem czasu, a fala w wojsku jest tylko i wyłącznie jednym z przejawów. Niektórzy uważają, że fala jest usprawiedliwiona, jeśli stosowana we właściwym miejscu. Dla mnie fala to debilizm niezależnie od tego, gdzie zastosowana – jest to tak samo debilizm jeśli jest w wojsku (dłużsi stażem są nad krótszymi stażem, niezależnie od stopni wojskowych) i tak samo jeśli jest to między rodzicami i dziećmi i tak samo między wyższym menedżerem, a niższym pracownikiem. Zresztą, fala w wojsku wcale nie wzięła się znikąd – jest to tak naprawdę tylko inny zestaw reguł hierarchicznych, ale „różnice honorów” w wojsku są też jak najbardziej oficjalne – niżsi stopniem mają obowiązek salutowania żołnierzom wyższym stopniem, nawet jeśli nie są w żadnym stosunku podległości (zresztą, dla mnie to jest idiotyzm nawet gdyby taka podległość istniała). Można oczywiście się ukłonić, czy pozdrowić, ale ot-tak, po prostu, ze zwykłej ludzkiej uprzejmości.

Pewnie niektórzy się sprzeciwiliby takiemu postawieniu sprawy, zwłaszcza temu, co napisałem między rodzicami, a dziećmi. Niestety to też prawda. Dzieci uczą się przez naśladownictwo, co wie doskonale każdy rodzic, chyba że jest skończonym debilem. To oznacza, że jeśli będziesz dziecko szanował, dziecko będzie szanować ciebie i innych; jeśli będziesz nim pomiatał – dziecko będzie pomiatać tobą. Żeby dziecko tobą nie pomiatało, możesz albo pamiętać, aby je szanować, albo lać go w dupę (ryzykując, że na starość zapracujesz sobie na dom starców). Ja to akurat skumałem szybko – mój dzieciak, jak tylko cokolwiek zaczął mówić, mawiał „daj to”, jeśli chciał, by mu coś dać. Zorientowałem się więc, że on po prostu po nas powtarza, zacząłem więc konsekwentnie mówić do niego „poproszę”, jeśli chciałem, żeby on mi coś dał. Efekt? Sam mówi proszę i dziękuję i tak dalej, bez niczyjej namowy i przypominania.

I dokładnie tak samo wygląda kwestia stosunków między przełożonymi i podwładnymi w dowolnej organizacji. Jeśli ktoś jest przełożonym w stosunku do kogoś, to nie znaczy, że jest ważniejszy, bardziej godny szacunku, tylko po prostu, że akurat stanowisko pracy, które piastuje, ma taką, a nie inną charakterystykę. Jest ktoś, kto zarządza, i jest ktoś, kto robi – taki po prostu podział ról i nie ma tu żadnych ważnych i ważniejszych.

Ja taką właśnie ideologię uprawiam i gdyby mnie się trafił podwładny, który powiedziałby swojemu podwładnemu coś w stylu „nie powinieneś się zwracać do mnie w ten sposób” (pomijając przypadek, gdyby zachował się po prostu nieuprzejmie, czy chamsko), dostałby żółtą kartkę. Nie muszę mówić, co by dostał razem z czerwoną. Podpowiem tylko, że w mojej karierze zetknąłem się z tym tylko jeden raz w mojej pierwszej pracy. Niektórzy wiedzą, co to za firma, więc pewnie ich to nie dziwi.

Wydaje się więc, że w firmach ludzie powinni sobie raczej darować wszelkie symboliki, bo w praktyce w tej chwili większość symboli to jest zastępowanie tego, co jest potrzebne, a ciągle brakuje. Normalnie w firmach nie ma czegoś takiego, że czegoś brakuje; jeśli firma dobrze prosperuje, to ma kasę, może normalnie płacić pracownikom i odpowiednio ich nagradzać, czy też fundować im różne rzeczy; jeśli nie ma, to niech nie ukrywa, że nie ma, tylko powie wprost – oszukiwanie, że niby jest, tylko firma tym oszczędnie dysponuje, nie powstrzyma odpływu pracowników. Wydawałoby się nawet, że większość ludzi już się na takie debilizmy nie nabierze.

Niektórym się jednak udaje. Szczególnie udaje się to niektórym dziennikarzom, zwłaszcza (trudno powiedzieć z jakich przyczyn) współpracujących z politykami. Tych można jeszcze usprawiedliwić, oczywiście, w końcu dziennikarze też muszą odgrywać teatrzyk, a relacja telewizyjna jest również robiona dla rozrywki. Ale tak naprawdę większość tej symboliki to jest służba określonej idei, a ponieważ nie można do idei przekonać żadnym konkretem – to trzeba sposobem, czyli symbolem, czyli manipulacją.

Wałęsa, na przykład, to człowiek, który sam jeden obalił komunizm, niczym baron Muenchhausen (no trochę do spółki z Janem Pawłem II), a jak jacyś ludzie próbują dociec, jak to naprawdę było, i kto to był agent „Bolek”, to jest to „swołocz opluwająca wielkiego Polaka” (dwustopniowy, złożony symbol – Tomasz Lis za czasów PRL-u mógłby pewnie też liczyć na bardzo dobrą posadę w wydziale indoktrynacji). Współpracownik SB, wedle powszechnie rozpowiadanej opinii (i powtarzanej przez setki debili na internecie) to opozycjonista, który nie dał rady się oprzeć władzom PRL-u i dał się złamać – podczas gdy agentów wśród opozycji, wedle badań papierów SB, było raptem 1.5%, a cała reszta (usadzona głównie w kadrach naukowych na uczelniach, wśród artystów i palestry) kapowała ochoczo, z zapałem, bez żadnego przymusu, za określone korzyści (nie tylko majątkowe). Symbolem, podobnie, jest „młodociany” pracownik IPN, który ma czelność oskarżać jakiegoś wielkiego autoryteta o współpracę z reżimem (co prawda na podstawie całkowicie prawdziwych dokumentów, ale to nie zmienia faktu).

III RP potrzebuje symboli – tzn. dokładnie to potrzebuje symboli, aby trwać; bez symboli nie mogłaby w żaden sposób funkcjonować. Symbole, czyli mówiąc otwarcie, manipulacja, czyli bez ogródek, po prostu kłamstwa, to jest podstawa, na której całość funkcjonowania tego państwa się opiera. Gdyby zlikwidować te wszystkie kłamstwa, na przykład takie, że mamy demokrację, że mamy wpływ na to, kto będzie rządził, że rządzący mają jedyny wpływ na podejmowane decyzje w tworzeniu prawa, to szybko by się okazało, że każdy, kto jest w stanie zebrać odrobinę prywatnej armii (nie tylko „klepaczy”, ale i specjalistów z dojściami w różne miejsca) może w Polsce funkcjonować sobie spokojnie bez oglądania się na jakiekolwiek prawo – słynne słowa Kmicica „Każdy sobie panem w naszej Rzeczypospolitej, kto ma głowę na karku i szablę przy boku” są wciąż najlepszym opisem tego, jak funkcjonuje Polska.

Właśnie dlatego ja mam w dupie wszystkie autorytety. To nie znaczy oczywiście, żebym odmawiał komukolwiek szacunku. Ale też i żaden człowiek nie ma u mnie większego poważania, niż inny człowiek. Nie istnieje w ogóle w moim słownictwie określenie „autorytet”. Co najwyżej mogę zgadzać się z jakimś człowiekiem w określonej sprawie i mogę zakładać, że ktoś o określonych sprawach ma pojęcie, jest ekspertem, mogę ewentualnie zakładać, że wyrażona przez tego kogoś opinia na określony temat może być przyjęta za dobrą monetę. Ale to wciąż nie znaczy, że taki człowiek miałby mieć u mnie większe poważanie, niż ktokolwiek inny.

A czy z kolei ja chciałbym być dla kogokolwiek autorytetem. Również nie. Przede wszystkim dlatego, że jeśli ktoś zrobi to, co ja doradzę, bo zaufa mi, jako autorytetowi, i potem źle na tym wyjdzie, to wolałbym, żeby miał o to pretensje do samego siebie. Trudno by mi było tym bardziej znieść myśl, że ktoś zrobi coś głupiego, albo nie-daj-bubu złego i powoła się przy tym na mnie. Czułbym się wtedy jak ostatnia szmata. Oczywiście niektórym to nie przeszkadza.

Zapamiętajmy: symbole są potrzebne tylko i wyłącznie w jednym przypadku – potrzebne są państwom, ponieważ państwa wciąż są ze sobą w nieustannej walce. Kiedyś była to walka zbrojna, teraz niekiedy też tak jest, chociaż państwa też walczą między sobą na inne sposoby. I po to, aby móc utrzymać swoją państwowość, przynajmniej w głowach ludzi, potrzebne są symbole. Gdyby te symbole znikły, państwo by się rozpadło. Znikłyby wtedy jakiekolwiek powody do tego, aby państwo nadal istniało i istniały różne inne rzeczy z nim związane. A państwa muszą się bronić i muszą umieć obronić swoją tożsamość, bo wbrew pozorom, dziś wciąż jest wystarczająco dużo państw bandyckich, które bardzo chętnie zniszczyłyby obywateli innego państwa.

Ale symbole w postaci godła, flagi i hymnu to powinny być symbole wystarczające. Państwo nie potrzebuje żadnych innych symboli, bo całą resztę powinno umieć sobie samemu wypracować. A firmy z kolei nie walczą z nikim inaczej niż na rynku konsumenta i rynku pracy i nie potrzebują tam żadnego zagrzewania do walki – zwłaszcza, że tak naprawdę jedyni ludzie, którzy mają realny wpływ na wyniki finansowe firmy to są menedżerowie.

Nie miejmy zatem złudzeń jakoby symbole miały jakiekolwiek praktyczne zastosowanie, poza tym oczywiście, żeby robić z ludzi idiotów, oczywiście dla siebie jak najbardziej pożytecznych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: