Yellow pages: Półtrup ponad prawem

Emerytowany ubek, znany jako Ryszard S., wtargnął do biura PiS w Łodzi, jedną osobę zastrzelił z pistoletu, drugą ranił nożem. Linka nie podaję, bo wszyscy o tym właśnie teraz trąbią, a za jakiś czas i tak link zdechnie.

Jeśli mam być szczery, wszyscy w zasadzie zachowali się w tej sprawie całkowicie przewidywalnie.

I politycy, którzy zachowują się dokładnie tak samo, jak się zachowywali wcześniej. Czyli jedni znów oskarżają drugich o to, że są winni, albo że są gorsi, albo że zasłużyli.

I nasze wspaniałe klepacze w klawiaturę i stojaki do mikrofonu, które zgodnie z mądrością idiotów twierdzą, że winni są po trochu wszyscy. Nie wiem, pewnie ja też.

I nawet starający się o niezależność ceniony przeze mnie Rafał Ziemkiewicz też dał się gładko zamieść do prawego kąta, i powtarza mniej więcej od dwóch lat tą samą zdartą płytę: jak to media stosują politykę Kalego, jaką dużą taryfę ulgową stosują dla obecnej ekipy rządzącej, i co by pisali o Kaczyńskim, gdyby robił to samo. Panie Rafale, to akurat wszyscy doskonale wiedzą, a jeśli ktoś tego nie wie, to znaczy, że jest skrajnym debilem i wierzy tylko w to, co ktoś mu pokaże i wmówi – niech się więc pan najpierw zastanowi, na ile ceni pan swoich czytelników i za kogo ich pan uważa. Bo pisanie takich rzeczy to jest czysta „rydzykowizna”, czyli przekonywanie przekonanych.

Jasne, jak się jest tak podjudzanym ze wszystkich stron, to musiał się w końcu znaleźć ktoś, kto zwariuje i zacznie strzelać.

Szkoda tylko, że to stwierdzenie nie ma żadnego pokrycia w psychologii.

Jeśli znajduje się ubek nienawidzący Kaczyńskiego i chce go zabić, to musi mieć jakiś powód do tego, żeby coś mieć do niego osobiście. To oczywiste, przecież wystarczy odrobinę pomyśleć – po pierwsze, wszystkie badania podobno wykluczyły jego niepoczytalność (a żeby coś takiego zrobić bo się „oszalało” to trzeba być wyjątkowo niepoczytalnym), a po drugie, nikt nie sięga po zabójstwo w sprawie czegoś, w co nie jest osobiście zaangażowany. A w co konkretnie był zaangażowany były ubek? No przecież nie w obronę swojego kraju zagrożonego przez Kaczyńskich – w co jak co, ale w patriotyzm byłych ubeków nie uwierzę.

Media plują na Kaczyńskiego. No plują, owszem. I co z tego? Już nawet nie zadaję oczywistego naiwnego pytania, czy ktoś namawiał do zabójstwa, bo przecież nie o to mi chodzi. Oczywiście, można zarzucić mediom, że jeśli mówi się ciągle o Kaczyńskim jak o jakimś pod-człowieku, który nie zasługuje na to, żeby kiedykolwiek jeszcze dostać w ręce władzę, jest to od prawdziwych ideałów demokracji dalekie – w „prawdziwych” demokracjach nikomu nie odmawia się prawa do wyrażania swoich poglądów, ani do ubiegania się o władzę. Ale mimo wszystko, jeśli czegoś odmawiano Kaczyńskiemu, to prawa do powrotu na scenę polityczną, a nie prawa do życia.

Język nienawiści… ech, nie ośmieszajmy się, bo pojęcie to zostało już tak wyświechtane i tak zinstrumentalizowane, że można pod to podciągnąć wszystko. Pan Rafał Ziemkiewicz powinien się tego zwłaszcza wystrzegać, skoro to określenie osobiście wykpiwał.

Obwinianie prasy jest naciągane i to mocno naciągane. Kto tu jest winien? Cóż… znów wszyscy, którzy biorą się za opisywanie pominęli jeden drobny szczegół.

Otóż pan Ryszard jest śmiertelnie chory na raka i zostało mu coś około pół roku życia. Dlaczego więc miał za tym ktokolwiek stać? Człowiek, którego dni są policzone i to z dużą dokładnością, a na dodatek na dość niewielką liczbę, powinien być moim zdaniem zamknięty prewencyjnie do więzienia, czy też do jakiejś ładnie nazwanej i ładnie wyglądającej umieralni – bez prawa do opuszczania tego miejsca i pod ścisłym nadzorem. Z prostego powodu – taki człowiek, to ktoś, kogo każdy żyjący na ziemi człowiek może najzwyczajniej w dupę pocałować.

Taki człowiek może zrobić wszystko i w zasadzie nie ma żadnej możliwości, żeby go za cokolwiek ukarać, przynajmniej jeśli założymy cywilizowane metody karania (a nawet gdybyśmy założyli karę śmierci). Ale też z tych samych powodów tego człowieka nie można do niczego zmusić; nawet jak mu się przystawi pistolet do głowy, to może się najwyżej roześmiać w twarz. A co dopiero mu cokolwiek zlecić.

Człowiek ten musiał zatem zrobić to z przyczyn czysto osobistych. A dlaczego miał mieć jakieś osobiste powody nienawiści do Kaczyńskiego? No cóż, miał jak najbardziej, tak jak mają wszyscy byli ubecy.

Ziemkiewiczowi, zanim zacznie obwiniać prasę o śmierć łódzkiego posła, polecam przypomnienie sobie swojej książki pt. Żywina (zresztą nie pierwszy to przypadek, gdy odsyłam go do jego własnych książek, jak nawypisuje czasem jakichś głupot na portalowych felietonach), a w szczególności motyw o tym, czym była „ubecja”.

Zrozumienie tego w zupełności wystarcza za odpowiedź na pytanie, dlaczego pan Ryszard S. miał osobiste powody, żeby chcieć zabić Kaczyńskiego. Przecież Kaczyński właśnie usiłował rozbić „układ”, a nawet jeśli on tak nie myślał, czy też nie zdawał sobie z tego sprawy, organizacja byłych ubeków sama się za taki „układ” uważa.

Nie będę tu się na ten temat zbytnio rozpisywać – w Żywinie wszystko jest dokładnie objaśnione, a przynajmniej wystarczająco dokładnie. Dość powiedzieć, że jest to coś w rodzaju sekty, jest to wzajemnie wspierająca się organizacja, dbająca również skrzętnie o to, żeby wszystkie wzmianki na jej temat były wyśmiane jako spiskowa teoria dziejów. Dlaczego sekta? No cóż, oni nie dlatego żerują na uczciwych ludziach, że akurat trafiło im się, że mają wielkie możliwości. Oni wręcz uważają, że są prawdziwą elitą i że im się to po prostu należy.

Przy takich założeniach nie ma się co dziwić, że wszyscy ubecy szczerze nienawidzą Kaczyńskiego i gdyby mogli to by go zabili już dawno. Problem tylko w tym, że nie mogli, bo Kaczyński, jak już sobie uświadomili, co znaczył, był już zbyt znany – zabicie go mogłoby się wydatnie przyczynić do ujawnienia ich tajemnic (jednym z takich wypadków przy pracy była afera Rywina). Ale gdyby nie to, ręka by im nie drgnęła, dokładnie tak samo, jak nie drgnęła im w przypadku Olewnika. Tu problemu nie było – większość ludzi sądzi, że zamordowała ich „jakaś mafia”, a sprawców nie da się znaleźć, bo po prostu nasz aparat państwowy jest niewydolny (sratatata).

Kaczyński niestety nie jest żadnym przebiegłym strategiem – jest wręcz dupą wołową, a nie strategiem. Gdyby miał choć odrobinę oleju w głowie, i pomyślał, czym jest ten ewentualny „układ”, z którym zamierzał walczyć, albo nawet gdyby pomyślał, co musiałby zrobić, żeby stworzyć i utrzymać taki układ, doszedłby pewnie do właściwych wniosków – że ów „układ” przenika przez wszystkie dziedziny życia i ma możliwość wtrącania się we wszystko, również ustawy, telewizję, lub czasopisma. Ale, co za tym idzie, układ też śledzi wszystkie poczynania każdego z rządzących, ma w swoim ręku urzędników, prokuratorów, a nawet ludzi, których podsunie jako kandydatów.

I na co tu Kaczyński liczył? Że z pomocą prokuratury (przesiąkniętej układem), sądów (przesiąkniętych układem), policji i służb specjalnych (przesiąkniętych układem) oraz ludzi, których postawi na wysokich stanowiskach (podstawionych przez układ) odniesie jakiś sukces w walce z układem? Że będzie głośno i z przytupem rozpowiadał o tym, jak to on się rozprawi z układem, a układ będzie pewnie sobie siedział cicho i poda mu się na tacy?

A Ziemkiewicz jeszcze oczywiście czasami potrafi przywalić PO, jaki to wielki pic wyszedł z zapowiadanych aresztowań za zbrodnie PiS, gdy tymczasem prokuratura niczego nie znalazła. Podpiera się tutaj wynikiem działań prokuratury, gdy tymczasem sam niejednokrotnie opowiadał, jak dobrze prokuratura jest sterowana! Można bardzo prosto wytłumaczyć, dlaczego prokuratura niczego nie znalazła – dlatego, że wszyscy, którzy by się okazali winnymi, są „nietykalni”. Mogą to być urzędnicy, którzy akurat teraz przeszli w ręce oficjalnych władz, albo w ogóle ludzie, których wszelka władza może w dupę pocałować. Karanie kogokolwiek po prostu nie było w niczym interesie – łatwiej było więc zwyczajnie udawać głupiego, że nie było żadnego przestępstwa (dokładnie tak samo, jak w przypadku afery Rywina, gdy prokuratura przez ponad rok nie mogła znaleźć nikogo, kogo można by oskarżyć, choć komisja śledcza podała jej wszystko na tacy). No bo przecież jeśli jest akcja prowokacji z podsunięciem sfałszowanych dokumentów, to chyba nawet dziecko wie, że za to jest paragraf.

Albo na przykład Ziemkiewicz upiera się, że Blida zginęła w wyniku popełnionego samobójstwa, bo w końcu tak stwierdzili śledczy (podczas gdy śledczy przypisali samobójstwo np. ochroniarzowi Sobotki i to nie jemu jedynemu). Że się przy tym upiera, to nawet jeszcze nie jest najgorsze – najgorsze, że używa tego jako argumentu w typowo pyskówkowej dyskusji, podczas gdy nikt przekonująco nie udowodnił, że było to samobójstwo, a jedynie, że prokuratura nie znalazła nikogo, komu można by przypisać morderstwo. Czy on naprawdę chce zrobić z ludzi takich debili, którzy uwierzą, że Blida miała w swoim domu w łazience w szafce broń załadowaną i gotową do strzału? W łazience, w której z uwagi na dużą wilgoć, broni przechowywać wyjątkowo nie należy? I co, przechowywała tam broń na specjalne okazje, że trzeba się będzie przed kimś bronić? Już prędzej uwierzę w to, że miała tą broń przy sobie (ale tej wersji nikt nie próbował obronić – podobno przeszukano ją podczas zatrzymania). Czy to rzeczywiście jest niemożliwe, biorąc pod uwagę istniejące warunki, żeby na zlecenie któregoś z „nich” Blida została zastrzelona, a cała reszta ekipy usiłowała zatuszować sprawę? Oczywiście, że nawet nie takie rzeczy są możliwe. Te wpadki władzy, które widzimy, to są tylko drobne wypadki przy pracy.

Blida mogła popełnić samobójstwo tylko z dwóch powodów: albo bała się „ciągania po sądach” (w co wątpię, bo przy informacjach, jakie posiadała, byłaby dla prokuratury cennym świadkiem koronnym), albo obawiała się, że niedługo będzie między młotem (Ziobro i oficjalna prokuratura) a kowadłem (wiadomo kto), z których jeden będzie się starał wycisnąć z niej informacje, a drugi jak najszybciej zabić, żeby nic nie powiedziała. Wolała się więc zabić sama, żeby oszczędzić temu drugiemu zachodu (wiem, że to sarkazm, ale naprawdę to jest też bardzo naiwna wersja). Zresztą, nawet jeśli by założyć, że to drugie było rzeczywistym powodem popełnienia samobójstwa (z tych dwóch zdecydowanie bardziej prawdopodobne), to akurat na jedno wychodzi: zginęła (obojętnie z czyjej ręki), bo posiadała informacje, których ujawnienie było komuś nie na rękę. Podejrzewam zresztą, że dokładnie tak samo stało się w przypadku Olewnika (nie wspominając już o Falzmannie, Pańce, i wielu, wielu innych). Należy oczywiście Ziobrze oddać sprawiedliwość – nie jest żadnym wspólnikiem mafii, ani krętaczem, tylko po prostu głupim szczeniakiem, który do dziś chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, w co się wpakował.

Właśnie dlatego te głośne i zawadiackie akcje Kaczyńskiego to mniej więcej jakby prowadzić armię na miasto i z daleka trąbić i śpiewać „nie zostanie na was kamień na kamieniu”. Dla „układu” to przecież nic prostszego w tej sytuacji, niż po cichu sabotować działania, kierować śledztwa na fałszywe tory, zmieniać sędziów prowadzących, żeby sprawę trzeba było zaczynać od nowa i tak dalej. Dobitnym przykładem przecież był tu prokurator Kaczmarek, który zaczepił się na prokuratora tylko dlatego, że dobrze znał się z panią Kaczyńską (acz nie on pierwszy – pamięta ktoś jeszcze Piwnik albo Kapustę?). A czy nie mógł zrobić tego w jakimś konkretnym celu? No cóż, z kilku źródeł można się dowiedzieć, że Kaczmarek najprawdopodobniej przechodził specjalistyczne szkolenie z wywierania wpływu na ludzi. Jeśli więc Kaczyński kogoś takiego zatrudnił u siebie (i robił wiele innych podobnych dziwnych rzeczy), to znaczy po prostu, że „układ” był cały czas o krok przed nim i kręcił sobie nim jak dzieckiem we mgle.

No cóż, ja kiedyś słyszałem historię, jak to jeden gościu jechał pociągiem i spotkał drugiego w przedziale. Jechali nocnym, pogadali, pośmiali się, kawały sobie poopowiadali. Gdy przyszła noc i trza się było przespać, uczynni kolega zaproponował, że będzie czuwał i pilnował bagaży. Gdy gościu się obudził, nie było już ani kolegi, ani bagaży.

W polityce najważniejsza jest zasada kardynała Richelieu: „od przyjaciół Boże strzeż, z wrogami sobie poradzę”. Jeśli polityk tej zasady nie zna i nie wciela w życie, to jest dupą wołową.

To nie jest tak, że jak się pracuje z krętaczem, to nic nie da się zrobić. Z krętaczem trzeba postępować tak, jak na to zasługuje, to znaczy wkręcać go w co się da i obserwować, udzielać różnych informacji na ten sam temat różnym ludziom. Jeśli nie wiadomo, czy zaufać – trzeba przetestować. A zaufanie trzeba pokładać najpierw w bezdusznych maszynach, potem w sumiennych ludziach (tzn. takich, którzy dobrze pracują również w innych rolach), w tym takich, którzy potrafią się szefowi czasem postawić. A co można powiedzieć o człowieku, który osobistym zaufaniem darzy tylko ludzi, którzy są dobrymi znajomymi, i którzy posłusznie wykonują jego polecenia? Taki człowiek w jest jak dziecko w rękach specjalistów, którzy kręcą nim, jak im się podoba. Dla mnie człowiek, który jest stuprocentowo posłuszny, ciągle mi się podlizuje i zna się ze mną od lat, byłby pierwszym kandydatem do potraktowania pentotalem sodu.

Co więcej, zacząłem mieć nawet podejrzenia, że Kaczyński wręcz zaprzestał walki z układem i się z nim ułożył i teraz walczy już tylko o to, żeby zaistnieć w polityce. Przynajmniej po przeczytaniu artykułu Ludwika Dorna stwierdziłem, że albo Kaczyński musiał dołączyć do układu, albo jest po prostu kompletnym idiotą. Żeby był rzeczywiście aż takim idiotą, jaki się jawi z tego artykułu, w to nie bardzo mi się chce wierzyć, więc pozostaje tylko jedno – Kaczyński po prostu pogodził się z „układem”.

Ale zwijając to wszystko – jest chyba jasne, kto najbardziej się przyczynił do tego, co zdarzyło się w Łodzi: nikt inny, tylko sam Kaczyński. Nieświadomie, oczywiście; zresztą chyba nikt świadomie nie podcina własnej gałęzi. Kaczyński teoretycznie chciał dobrze, chciał zniszczyć „układ”, który żeruje na Polsce i uniemożliwia jej normalny rozwój – niestety zapomniał, że jak się chce walczyć z cieniem, to samemu trzeba stać się powietrzem, a więc nie wrzeszczeć na całe gardło, że się chce walczyć z układem, tylko przeciwnie – publicznie twierdzić, że się o żadnym układzie nic nie wie; dobierać sobie ludzi nie wedle osobistego zaufania, tylko wedle sprawdzenia życiorysu i kartotek (wbrew pozorom, wiele można z tego wyczytać). Zamiast walczyć z „układem”, do której to walki Kaczyński i cała reszta są po prostu za ciency w uszach, należy po prostu wprowadzić bardzo ścisłe procedury prawne, które zaczną układowi pomału wiązać ręce i nogi. Jeśli sądy źle pracują, to trzeba wprowadzić tam profesjonalny management i nowoczesne metody raportowania i przetwarzania statystyk – wtedy jeśli sąd zrobi coś nie bardzo, rezultat będzie widoczny wręcz gołym okiem. No i niestety trzeba mieć też pod ręką ludzi, którzy będą mogli w razie czego zrobić też coś nie do końca legalnego. A takimi metodami, jakie Kaczyński stosował, mógłby sobie grać w kotka i myszkę z układem w nieskończoność. A w nienawidzącym go serdecznie układzie czasem coś się wymsknie i wyjdzie znów jakiś wypadek przy pracy.

Niestety Kaczyński już teraz nie ma żadnych szans niczego naprawić. On już nikomu nie zaufa, a nikt poważny też już nie zaufa jemu. Zresztą, co by nie mówić, Kaczyński zdaje sobie sprawę z tego, że dopóki będziemy próbowali załatwić to metodami demokratycznymi, dopóty będziemy się kręcić w kółko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: