Epidemia opieniędzałości

Posted in Uncategorized on 2013/05/22 by ethouris

0. Wjazd

Deutsche Welle, a za nią onet.pl, wysmażył artykuł w związku z tym, że Komiska Europejska zamierza tym razem zająć się problemem otyłości. Ja zawsze od pewnego czasu na poczynania KE patrzę przez pryzmat jej wcześniejszych dokonań, czyli a) znów jakaś szczytna inicjatywa, b) która polega głównie na pomyśle na nowe wydawanie pieniędzy, c) wymuszanie wydawania dodatkowych pieniędzy przez kraje członkowskie na napychanie kasy znajomym przedsiębiorcom, d) która przy dobrym szczęściu zostanie przez kraje członkowskie zbojkotowana, oprotestowana, lub obalona.

Wydaje się, że problem otyłości jest rzeczywiście poważny i warto by ktoś się nim zajął. Jeśli jednak ktoś myśli, że KE zrobiła cokolwiek, co wyłamuje się z powyżej nakreślonego schematu, jest skończonym naiwniakiem.

1. Otyłość: prawdziwe a medialne przyczyny

Przyczyny medialne otyłości znamy wszyscy. Są następujące:

  • za mało się ruszamy
  • jemy za dużo tłuszczu i smażonego
  • jemy hamburgery
  • jemy dużo rzeczy wysokokalorycznych
  • w ogóle jemy duże ilości mięsa zamiast ryżu, kaszy, czy warzyw
  • a tak w ogóle to po prostu za dużo jemy, trzeba jeść mniej

Tyle o przyczynach medialnych. Przyczyny medialne dobrze się sprzedają, ponieważ odwracają uwagę od rzeczywistych, dzięki czemu ludzie nie odchodzą od jedzenia tych prawdziwych źródeł otyłości, na których koncerny żywnościowe zbijają najwięcej kasy.

Rzeczywiste przyczyny otyłości są proste, wręcz bardzo proste. Mogę je wymienić w kilku punktach – są to:

  • cukier
  • cukier
  • cukier

No i mógłbym tak długo. Oczywiście mogę wymieniać i konkretne produkty, powszechnie uważane za zdrowe – proszę bardzo:

  1. Mleko. Powszechnie uważane za zdrowe, źródło wapnia i innych minerałów, witamin i ohohoho. W rzeczywistości mleko zawiera głównie (poza wodą) dwa najbardziej szkodliwe dla organizmu składniki: laktozę oraz kazeinę. Laktoza to… tak tak, cukier (glukoza+galaktoza). Kazeina zaś to bardzo trudne w strawieniu białko, trawione jedynie przez kilkuletnie dzieci (zdolność zanika z wiekiem) i uniemożliwiające przyswajanie większości minerałów (produkty fermentacji mleka są już zdrowsze)
  2. Jogurt. Jeśli to jest naturalny, z mleka, to ok – ale jogurty owocowe to jest po prostu jogurt wymieszany z przetworzonymi owocami i … oczywiście cukrem :)
  3. Owoce. Mimo że zawierają witaminy oraz wiele ważnych składników odżywczych (niestety większość z nich jest w tych zwykle wyrzucanych pestkach, zgadnij dlaczego), większość z nich jest bogata w… cukier. I to nie zwykły cukier – jest to głównie fruktoza, o czym za chwilę.
  4. Miód. Mimo dobroczynnych właściwości w postaci naturalnego antybiotyku, w 80% jego skład to… cukier.
  5. Chleb. Dłuższe żucie chleba powoduje, że staje się on słodki w smaku, robił ktoś ten eksperyment? Chce ktoś twierdzić, że nie zawiera on cukru? Ale to jeszcze nic, bo mocnym źródłem energii w pieczywie (jak też w makaronach, ciastach, pierogach itd.) jest gluten (gluten to osobna historia, ale tu to pominę).

Oczywiście, trzeba od tego zacząć, że w dawnych czasach cukier był trudny do uzyskania, więc organizm ludzki nauczył się go wyzyskiwać praktycznie ze wszystkiego. Dziś węglowodanów zjadamy wielokrotnie więcej, niż w przeszłości, bo mamy lepszy dostęp do żywności.

Tak sądzisz? Gówno prawda. Dziś mamy lepszy dostęp do żywności… ale tej gorszej. Dobra żywność może nie jest tak ciężko dostępna jak dawniej, ale zdobycie jej wymaga nie lada wysiłku – głównie poprzez dokładne studiowanie etykiet na opakowaniach. Ale żadne czytanie etykiet nikomu nie pomoże, jeśli się nie wie, które ze składników żywności to te, których należy unikać.

2. Prostsze, niż bardzo proste

Nie wierzysz, że to cukier? Uwierz. Wystarczy zrozumieć tylko kilka prostych reguł, w jaki sposób organizm traktuje określone składniki odżywcze.

a. Glukoza

To jest cukier prosty, który jako jedyny jest bezpośrednim źródłem energii. Bezpośrednim, to znaczy że jest transportowany we krwi jako materiał do uzyskiwania energii. Wszelkie inne materiały energetyczne muszą zostać najpierw przetworzone do tej postaci, jeżeli miałaby z nich zostać uzyskana energia. Poziom glukozy we krwi organizm musi regulować poprzez dozowanie, gdy jest za niski i ściąganie nadmiaru, gdy za wysoki.

No dobrze, wprowadziłem drobną nieścisłość – podobno organizm potrafi uzyskiwać energię również z ciał ketonowych (ale jak na razie napotkałem tylko drobną wzmiankę na ten temat – wcześniej podobno ketoza była określana jako bardzo groźna choroba). W każdym razie chodziło mi o jedno: organizm nie jest w stanie uzyskiwać energii ani z tłuszczu, czy białka, ani z innych rodzajów cukru.

Cukier ten występuje bezpośrednio w winogronach (stąd w języku Niemieckim nazywany jest Traubenzucker) oraz bananach (ale w bananach występują chyba wszystkie możliwe rodzaje cukrów).

b. Fruktoza

To drugi najważniejszy cukier prosty, który jednak nie jest źródłem energii. Musi zostać przez organizm strawiony, w wyniku czego przerabiany jest na glikogen (postać pośrednia między tłuszczem a cukrem, zmagazynowana w wątrobie). To oznacza, że aby w efekcie posłużyć jako materiał energetyczny, musi zostać “zdekompresowany” powstały z niego glikogen.

Fruktoza jest najczęstszym cukrem występującym w owocach.

c. Pozostałe cukry

Tu już podam w dużym uproszczeniu, bo chodzi mi tylko o pokazanie zależności. Inne cukry, jak skrobia, czy galaktoza (składnik cząsteczki laktozy, wraz z glukozą) są, podobnie jak fruktoza, mniej lub bardziej przerabiane w efekcie końcowym na glikogen (czasem trafi się, że częściowo jest z nich syntetyzowana glukoza).

d. Tłuszcze

Tłuszcze nasycone, o ile zostaną strawione, przechodzą w glikogen, jeśli nie, są wydalane. Zwrócę tu też uwagę, że trawienie tłuszczu wymaga wydatkowania zdecydowanie większej energii, niż trawienie cukrów (tak, trawienie to też praca!). Tłuszcze nienasycone podobno wymagają dodatkowych przeróbek, żeby można je było strawić, stąd podobno powodują wypłukiwanie zgromadzonego tłuszczu z organizmu. Nie widziałem niestety żadnych potwierdzonych badań, które by tłumaczyły, w jaki sposób się to odbywa.

Dodatkowo zwrócę uwagę na jeszcze jedno: nie, spożywany tłuszcz NIE ląduje w tkance tłuszczowej. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.

e. Białka

Białka, niestety, nie są pojęciem jednorodnym. Istnieje wiele rodzajów białek o bardzo różnych funkcjach, różnych metodach trawienia, różnych efektach dla organizmu. Nie wszystkie białka są w efekcie przerabiane na białko własnych komórek białkowych, wiele białek jest niestrawnych, szkodliwych dla organizmu, ewentualnie służą tylko do wydatkowania energii.

W tej wyliczance wyróżniłem w szczególny sposób fruktozę, ponieważ jest ona bardzo często wychwalana jako cukier, który może być spożywany przez cukrzyków. To automatycznie kwalifikuje ten cukier jako “bezpieczny”. Niestety, złudnie. Na przykład dlatego, że nie istnieje coś takiego, jak “bezpieczny cukier”.

4. Złudne zdrowotne walory

Jeśli zrozumiesz teraz, że tłuszcze muszą przejść długą i skomplikowaną operację zamiany na glikogen (i to niekoniecznie zakończoną powodzeniem w 100%), a zamiana cukrów na glukozę (lub jej bezpośrednie wchłonięcie) to “piece of cake”, inaczej teraz spojrzysz na produkty typu “jogurt 0%”, którego 20% stanowią węglowodany, prawda?

Nie martw się. Producenci żywności zadbali nie tylko o idiotów, którzy wpierdzielają bez opamiętania słodycze w postaci malowanego cukru, czy piją oranżady (“bulbony”, jak mówi moja teściowa). Zadbali też o ludzi, którzy szukają “zdrowej żywności”, tylko nie bardzo wiedzą, co to oznacza. Bo zamiast poczytać o tym książki, czy choćby specjalistyczne portale, wolą wierzyć na słowo, że jak producent napisze, że coś jest zdrowe, to jest zdrowe.

Jednym z największych szwindli jest oczywiście reklamowanie mleka jako posiadającego największe walory zdrowotne – wielu osobom wciskane jeszcze w najgorszej możliwej postaci, czyli gotowane. Gotowane mleko jest już kompletnie pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, ponieważ to właśnie te bakterie powodujące kwaśnienie mleka najbardziej stanowią o jego wartości. Ten sam problem jest z mlekiem UHT.

Ale to i tak nic w porównaniu ze sprzedażą różnych produktów opartych na mleku, nawet na produktach fermentacji mleka, nafaszerowanych ile wlezie cukrem. Pisałem już wcześniej o jogurtach, ale największym szwindlem w tej kategorii jest chyba Actimel. Reklamowany jako produkt zawierający duże ilości bakterii probiotycznych i zwiększający odporność… jest po prostu przerobionym lekko sfermentowanym mlekiem… z cukrem. I to w takich ilościach, że gdyby nie to skwaśniałe mleko, to mogłoby zemdlić. To samo dotyczy również kefirów i jogurtów owocowych i waniliowych.

A już szczytem bezczelności jest produkcja słodyczy opartych na mleku – typu Kinder Chocolate czy “mleczna kanapka”. Mleko wykorzystywane jest tu sugestywnie jako “zdrowy” element – tymczasem po odjęciu z tych produktów cukru (w tym laktozy) niewiele by zostało. Pożytecznych składników odżywczych nie starczyłoby nawet na 1%.

5. Mit szkodliwego tłuszczu

A teraz mała dygresja – wiemy, że otyłość dzisiaj bierze się z dzisiejszej żywności. Ale istnieli też ludzie otyli przed XIX-wieczną cywilizacją, np. w XV wieku. Powszechnie uważa się, że ich otyłość brała się z zajadania się tłustym mięsem. Jest to niestety kompletna bzdura (choćby dlatego, że tłustym mięsem zajadali się wtedy wszyscy powszechnie). Otyli byli tylko ci, którzy mieli dostęp do różnych “rarytasów” – czyli głównie miodu i owoców. Czyli, oczywiście, cukru.

Powszechnie widziana otyłość, na tyle żeby zwracać na to uwagę i obarczać określone czynniki za jej powstawanie, to nie jest wiedza znana od wieków. To jest wiedza XX wieku, bo dopiero wtedy otyłość faktycznie zaczęła być problemem. Wcześniej nie znano przyczyn otyłości, więc siłą rzeczy obarczanie tłuszczu winą za otyłość to jest wymysł XX wieku. Skąd się wzięła? Możliwe są dwie przyczyny: jedna to stwierdzenie, że otyli ludzie mają pod skórą tłuszcz, natomiast druga to oczywiście nie zrozumienie jeszcze wystarczająco powiązania między cukrem, a tłuszczem pod skórą.

Niestety tłuszcz pod skórą nie ma kompletnie nic wspólnego z tłuszczem spożywanym, nieważne czy roślinnym, czy zwierzęcym (niechby nawet – choć mówię to czysto teoretycznie – był to tłuszcz z ciała innego człowieka). Tu wchodzi w grę jeszcze jedna ciekawa cecha ludzkiego organizmu: tolerancja ciał obcych.

Ludzki organizm ma tylko kilka miejsc, w których pozwala na znajdowanie się ciał obcych. We wszystkich tych miejscach owe ciała są ściśle kontrolowane i nie pozwala im się dostać do innych części organizmu, w celu oczywiście ochrony przed bakteriami i drobnoustrojami. Tak jest w przypadku zawartości jamy ustnej, przełyku, żołądka, elementów wątroby oraz jelit. Gdziekolwiek indziej znajdzie się jakieś ciało obce – to znaczy substancja nie zsyntetyzowana przez organizm – wywołuje stan zapalny.

Dlatego zarówno białko, z którego zbudowane są mięśnie, jak i tłuszcz w tkance tłuszczowej, są przekodowane kodem genetycznym. W ten właśnie sposób organizm odróżnia substancję własną od obcej. Dlatego właśnie tłuszczu spożywanego nie da się wcisnąć do tkanki tłuszczowej – spożyty tłuszcz musi zostać najpierw rozłożony na glikogen, a dopiero z takiej postaci może być on zamieniony na własny tłuszcz.

Glikogen to postać “półskompresowana”; jest zmagazynowana w wątrobie i w razie potrzeby jest szybko “dekompresowana” do postaci glukozy i dozowana do krwi. Mówię o “kompresji”, ponieważ proces “kompresji” wiąże się z odzyskiwaniem wody – i podobnie “dekompresja” wiąże się ze zużyciem wody. Dlatego właśnie podczas ćwiczeń fizycznych i wytężonej pracy fizycznej organizm zwiększa zapotrzebowanie na wodę.

Poprzez dostarczanie energii wyłącznie w postaci tłuszczu zmuszamy organizm do wykonywania jego prawdziwej pracy – do wyzyskiwania energii wyłącznie poprzez dekompresję glikogenu. Wtedy, w przypadku dużego zapotrzebowania na energię, organizm będzie przyzwyczajony do tego, że – tak jak to robi zwykle – musi ową energię uzyskać z glikogenu. I wtedy uzupełnianie glikogenu z tkanki tłuszczowej będzie tylko dodatkową konsekwencją. Dlatego właśnie podczas odchudzania to nie tłuszcz jest najważniejszym składnikiem do eliminacji.

I jeszcze jeden argument – z tego co wiem, dieta Atkinsa (alias dieta Kwaśniewskiego) na większość osób działa. Jest to w dużej mierze monodieta tłuszczowa, ale kompletnie pozbawiona węglowodanów.

6. Mit kalorii

Tłuszcz nadawał się idealnie na wroga zastępczego, ponieważ można było mu przypisać wysokokaloryczność (wielokrotnie większa, niż cukru). Problem tylko w tym, że pojęcie “kaloryczności” można o kant dupy potłuc.

Jak policzono “kaloryczność” określonych składników? Otóż spalono jedzenie w specjalistycznym piecu i zmierzono ilość wytworzonego ciepła.

I spróbuj teraz przyłożyć to do procesu “spalania” pokarmów przez organizm. Jakieś elementy wspólne? Raczej powiedziałbym “gdzie Rzym, a gdzie Krym?”.

I teraz wyobraź sobie, że wiele lat temu ktoś wymyślił ten idiotyzm, a miliony idiotów na całym świecie w to wierzą. Jak można porównywać wartość energetyczną dwóch produktów poprzez spalenie ich w piecu? Przecież w ten sposób można zmierzyć “wartość energetyczną” dowolnej rzeczy, również drewna, czy plastiku! Spróbuj tak sobie czasem zjeść deskę drewnianą, albo samochodzik-zabawkę i zobacz, czy od tego utyjesz.

Zresztą, tu nawet nie trzeba się chwytać takich żartów – bo na tej zasadzie możesz też próbować spalić celulozę. Oczywiście, że się shajcuje i co nieco się zagrzeje – ale jaką ma ona praktyczną wartość energetyczną dla organizmu, tzn. ile energii organizm jest w stanie z tego wydatkować? Dokładnie ZERO. Jak wiemy, błonnik nie jest trawiony przez ludzki organizm, ani przez żaden zwierzęcy.

Jeżeli chcemy znać praktyczną wartość energetyczną dla organizmu, to musimy brać pod uwagę następujące rzeczy:

  • jaki jest standardowy stopień wchłaniania składnika
  • jaki jest process jego trawienia
  • ile glukozy powstanie po jego strawieniu
  • ile energii (powiedzmy w jednostkach glukozy) potrzeba na przerobienie tego składnika na glukozę

Innym czynnikiem mierzącym energetyczność pokarmu, zdecydowanie bardziej odpowiadającym prawdzie, jest miara indeksu glikemicznego. Jest to, w skrócie, przeliczanie produktu żywnościowego na odpowiadającą mu ilość glukozy. Niestety nie jest to też do końca miarodajny czynnik, ponieważ z góry wyklucza inne elementy, niż cukry. Poza tym jest to metoda empiryczna, tzn. miara polega na sprawdzeniu o ile wzrosła ilość glukozy we krwi po spożyciu określonego produktu.

Pokarm, który zamiast na glukozę został zamieniony na glikogen, nie zostanie w takim badaniu odnotowany. Bo nie da się tak łatwo zmierzyć, o ile wzrósł poziom glikogenu w wątrobie – a to jest o wiele ważniejszy czynnik, ponieważ obrazuje faktyczny potencjał energetyczny danego produktu, zarówno tłuszczów, jak i cukrów takich, jak fruktoza.

7. Politycy biorą się za poprawianie świata

Wróćmy więc, po tej sporej dawce teorii, do wspomnianego artykułu.

Od czego zatem KE zaczyna “walkę z otyłością”? Popatrzmy – czytelniku, trzymaj się krzesła:

- Na projekty zachęcające do zdrowego odżywiania się Komisja Europejska przeznaczyła już odpowiednie środki finansowe – powiedział Hönighaus [przedstawiciel niemieckiej delegacji w KE]. Do szczególnie znanych zaliczyć można rozprowadzanie owoców i mleka w szkołach oraz doroczny Europejski Dzień Walki z Otyłością, który przypada na trzecią sobotę maja. Tego dnia odbywają się liczne imprezy, których celem jest zwrócenie uwagi na problem otyłości.

Potrzebuje ktoś przetłumaczenia z medialnego na normalny? Proszę bardzo: Komisja Europejska pod pretekstem walki z otyłością zamierza właśnie przepuścić kolejne “dodatkowe środki finansowe” z budżetu unijnego poprzez zorganizowanie dobrej zabawy oraz wsparcie finansowe dla biednych jak mysz kościelna w czasach kryzysu producentów mleka i owoców. Ktoś chce się nie zgodzić? Dalej jest jeszcze lepiej:

Dla KE najchłonniejszymi odbiorcami informacji związanych ze zdrowym odżywianiem się są dzieci – uważa Hönighaus. – Mogą one przyczynić się do wprowadzenia trwałych zmian w tej materii.

Dalej tłumaczymy? Proszę bardzo: Komisja Europejska słusznie wskazała, że najłatwiejszym obiektem do robienia wody z mózgu są dzieci. One zapewnią trwałe przyszłe dochody producentom “zdrowej” żywności.

Oczywiście podjęcie tych środków jest konieczne, bo:

Według Stefanie Gerlach, rzeczniczki Niemieckiego Towarzystwa Walki z Otyłością (DAG) zastosowane dotąd środki zapobiegawcze nie są wystarczające. (…) Niemcy od dziesięcioleci promują inicjatywy na rzecz zwalczania otyłości. Okazuje się, że żadna nie miała jednoznacznie pozytywnego efektu – podkreśliła specjalistka od wyżywienia.

No i wszystko jasne. Jak komuś za mało sarkazmu, to wyjaśnię – Niemcy muszą więc wdrożyć kolejny program, który nie przyniesie jednoznacznie pozytywnego efektu, natomiast na pewno uzasadni wydanie kolejnych milionów z unijnego budżetu, szczególnie w czasach kryzysu. Ostatnie akapity wskazują na istotne różnice między politykiem, a specjalistą:

Hönighaus jest przekonany, że na odżywianie, szczególnie dzieci, ogromny wpływ mają reklama i marketing. Dlatego pierwszym krokiem powinna być poprawa informacji na etykietach na temat wartości odżywczych danego produktu.

Tzn. co on właściwie chce poprawiać? Czy coś jest niezrozumiałe w napisie “cukier” albo “syrop glukozowo-fruktozowy”, czy ktoś – mówiąc językiem Amerykanów – którejś części słowa “cukier” nie rozumie?

Gerlach chciałaby posunąć się jeszcze dalej. Wspiera zakaz reklamy przeznaczonej dla dzieci oraz reklamy zachwalającej produkty o dużej zawartości tłuszczu. Życzyłaby sobie też, by informacje na etykietkach produktów spożywczych były bardziej zrozumiałe.

Jak widać różnica jest niewielka, oczywiście dobrze, że wspiera zakaz reklamy przeznaczonej dla dzieci – ale oczywiście nikt nie mówi o zakazie reklamy produktów zawierających cukier. Do kogoś jeszcze nie dotarło, że cukier to największe źródło dochodów koncernów żywnościowych i politycy będą w stanie powiedzieć każdą głupotę (już nie mówię “kłamstwo”, bo to oczywiste), żeby tylko nie stracić ich poparcia i sponsoringu?

Cukier, jak wiemy, jest słodki. Jeśli ktoś chce mieć przyjemność z jedzenia, uzyskiwaną szybko, w celu poprawy humoru – nie ma nic lepszego, niż cukier. Oczywiście samego cukru nikt nie zje – ale cukier w postaci wzmacniacza smaku to po prostu sama przyjemność. Dlatego cukier w efekcie końcowym potrafi działać podobnie jak nikotyna, alkohol, czy narkotyki – uzależnia.

Jak widać, polityków również. Niezależnie od kraju, czy opcji politycznej.

The Dark Knight Rises – moja recenzja

Posted in Uncategorized tagi , on 2013/02/27 by ethouris

To jest moja prywatna recenzja filmu Christophera Nolana “The Dark Knight Rises”; moja recenzja może być już trochę spóźniona, postanowiłem jednak ją napisać, zwłaszcza że podobno film został ciepło przyjęty przez krytykę. Szczególnie, że ja siadłem do tego filmu z pozytywnym nastawieniem – jak by nie patrzeć, Batmana wiadomo jak powinno się zrobić, a poza tym Nolan zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie filmem “Inception”. Wysokie oczekiwania dodatkowo rozbudziła obsada.

Przed jego obejrzeniem stare Batmany, więc mniej więcej byłem zorientowany w sytuacji, co Batman powinien sobą reprezentować. No i hmm…

Krótko? Dno i dwa metry mułu. Sad, but true. I nie, naprawdę nie przesadzam.

1. Krótko o pozytywach

Sarkastycznie, ale nic na to nie poradzę.

Nolan zatrudnił do tego filmu dużą ilość gwiazd, sporo jak na tego typu film. Poprzednim razem taką ilość gwiazd w podobnym filmie widziałem chyba tylko w Avengers. Zwykle nawet w dobrej klasy filmach wsadza się 2-4 gwiazdy plus jakichś mniej znanych aktorów.

Aktorzy oczywiście w swoich rolach spisali się wyśmienicie i w tej kwestii filmowi niczego nie mogę zarzucić. To jest jeden z niezaprzeczalnych pozytywów tego filmu. Niezależnie od tego, że wielu z nich nie zostało najlepiej dopasowanych (ale o tym później). Podobało mi się też kilka ze sprzętów Batmana (choć w pamięci utkwił mi jedynie motocykl i to coś latającego). No i oczywiście Hans Zimmer nie zawiódł na polu muzyki, choć muszę przyznać, że na tle Inception ta akurat nie robi wrażenia.

Niestety to wszystko o wiele za mało, żeby ten film uratować. Cała reszta to jest modelowy przykład tego, jak nie robić filmów. Wymieńmy je po kolei.

2. Jak skopać scenariusz

Zacznijmy od tytułu – tytuł tego filmu jest całkowicie mylący, to nie powinno być “The Dark Knight Rises”, to powinno być “The Dark Knight Falls”. Ewentualnie zgodziłbym się na “przedśmiertne podrygi Batmana”. Mogłoby też pasować “Batman: ostateczne rozstrzygnięcie” (żeby wręcz nie użyć tu wprost pewnego słowa, którego użycie gwarantuje oskarżenia o antysemityzm).

Film może być zły, ale zły film zasadniczo się różni od filmu “dno i dwa metry mułu”. To nic, że są jeszcze gorsze filmy, np. “dno i kilometr mułu”, bo po prostu poniżej pewnego poziomu dna filmów nie zwykłem oglądać, gdy przypadkiem trafię, to przerywam, a jak z jakiegoś powodu obejrzę do końca, to chociaż staram się go traktować jako film “poza kategorią” – ten film z zasady choćby dzięki obsadzie i muzyce do takich nie może należeć i przez to zasługuje na potraktowanie go z całą surowością.

No bo co można powiedzieć o filmie, którego jednym z najbardziej spartolonych elementów jest scenariusz? Historyjka gangsterska w zasadzie jedna z wielu, jaką można opowiedzieć w dowolnym sosie. Ale nawet w tej postaci to się nie daje oglądać. Film ten trwa 2 godziny 20 minut; rozkręca się jednak przez… dwie godziny. Po których następuje 20 minut wartkiej i dobrej, ale w tym przypadku już zupełnie nie ruszającej akcji (większość filmów na jego miejscu już dawno zakończy akcję!). Przez dwie godziny dzieje się pare namiastek akcji i cała kupa dialogów, w większości dla całości sprawy nie mających większego sensu. To się ogląda wręcz jak skrzyżowanie brazylijskiego serialu z kryminałem klasy B.

Historyjka w zasadzie zresztą daje się ująć w słowach: Bruce Wayne, choć w dobrej kondycji biznesowej, jest w niezbyt dobrej kondycji fizycznej (porusza się o lasce!); wraca do roli Batmana, bo musi uratować Gotham od Bane’a. Od początku napotyka na kłopoty, zdradzają go wszyscy zaufani ludzie, zostaje zmiażdżony przez Bane’a, a na dodatek staje się – w bardzo jak dla mnie tajemniczych okolicznościach – bezdomnym bankrutem. Daje radę jednak dorwać swoje batmanowe wyposażenie i udaje się na spotkanie z Bane’em – ale wpada w pułapkę, Bane ściera go na miazgę i wrzuca do jaskiniowego więzienia. Na koniec (po tych wspomnianych dwóch godzinach), dzięki trochę zbiegowi okoliczności (!), a trochę dzięki ostatnim zaufanym ludziom, pozbywa się Bane’a, zabiera niszczycielską bombę i ratując miasto sam od niej ginie. Jeszcze jest na koniec Arthur, przepraszam, John Blake, który odkrywa “batcave”, ale w zasadzie nie wiadomo po co, skoro to i tak oficjalnie ma być ostatnia część Batmana.

Jak powiedziałem, tą historyjkę można było podlać dowolnym sosem (mogła odbywać się równie dobrze w wyimaginowanej przyszłości, za króla Artura, względnie Ćwieczka, w Europie, w Ameryce, w Afryce, czy w Chinach – to nic, że niezbyt byłoby azjatyckie kulturowo, Amerykanie przecież i tak to kupią). Jest tak płaska i banalna, że – poważnie – zdecydowanie lepsze scenariusze powstają w tej chwili w grach komputerowych. Co więcej, zamiast robić takie coś, można było sięgnąć po jedną z bardzo wielu istniejących na rynku książek, w tym jakiejś starszej literatury, i przynajmniej zasięgnąć inspiracji. Nie, oczywiście nie – pewnie dlatego, że wtedy trzeba by słono zapłacić za prawa autorskie, więc Nolan wolał liczyć na własną inwencję – aż dziw bierze, że takie nic z tego wyszło spod ręki tego samego Christophera Nolana, który wymyślił Incepcję (ale, o ile się zorientowałem, nad Incepcją pracował kilka lat, zanim Warner zdecydował się to kupić – pewnie dlatego zapowiedział, że nie będzie kontynuował tego tematu).  Naprawdę, dla tak dennego scenariusza nie warto było nawet inwestować w ten film; nie wiem, co w nim widzieli recenzenci z Warnera, że to kupili. Zakładam, że doszli do wniosku, że Batman to Batman, więc pewnie się sprzeda, niezależnie od historyjki. Nie chciałbym już nawet posądzać Nolana o to, że celowo zrobił taki film, żeby wreszcie uśmiercić Batmana, podobnie jak Arthur Conan Doyle swego czasu uśmiercił Sherlocka Holmesa, którego szczerze nienawidził (i co mu się zresztą udało tylko częściowo).

Trudno jednak pisać o scenariuszu jako takim, bo w zasadzie sama postać scenariusza mocno zależy od kreacji poszczególnych postaci. I tu jest dopiero tragedia.

3. Jak zepsuć superbohatera

Jaki był w ogóle sens kręcenia filmu o superbohaterze, skoro jest on faktycznie superciotą? Nie wiem, w jakim celu w ogóle ten film został nakręcony i po co uczyniono taki zabieg. Czy chodziło może o to, żeby więcej współczesnych Amerykanów (w zasadzie Europejczyków też) mogło się z tym bohaterem identyfikować? Jest to, jak by nie patrzeć, ogólna tendencja, jaką obserwuję w wielu filmach w ostatnich latach, co bardzo je różni od wcześniejszych – główny bohater partoli wszystko z góry na dół, nic mu się nie udaje, a film się tylko przez przypadek dobrze kończy (tutaj nawet i to nie).

Nie dziwi więc, że w odpowiedzi na takie filmy powstają nagle “dziadki” (pokroju Sylvestra Stallone, czy Bruce’a Willisa) i robią filmy w starym, dobrym stylu, czyli bohater to naprawdę bohater, jest profesjonalistą, jeśli typu żołnierskiego, to szatkuje wrogów i obija im ryje, unikając wszystkich możliwych odłamków, jeśli nawt dzięki szczęściu, to spawiając wrażenie, że szczęściu wybitnie dopomaga. Sam Sylvester Stallone robi film “Rambo”, w którym udaje mu się połączyć postać superbohatera z bardzo dobrą akcją, a na dodatek jeszcze poruszając nieobecny w światowych mediach wątek Birmy. No czy choćby może lekko naiwne The Expendables. Ale najbardziej znaczący w tym kontekście jest chyba Kiss of the Dragon, gdzie wysłany w zasadzie na zwiady policjant z Chin rozwiązuje zagadkę, która Francuskich śledczych kładzie na łopatki (a główny śledczy jest nawet zamieszany w sprawę) – zdegenerowana Europa, którą ratuje bohater z Chin. I te filmy, mimo że często naiwne i powiedzmy sobie szczerze kompletnie bez jakiegokolwiek motywu poza samą napierdalanką, to w zasadzie jedyne (no, dodając do tego może jeszcze serie Transporter) przeciwstawienie się tej parszywej tendencji, której ulegają filmy akcji ostatniego czasu (w tym też np. Crank, na którym wypłynął Jason Statham), i której ulega również i ten Batman.

Ale, znów, mam przecież w pamięci film “Inception”, w którym no może główny bohater nie jest superbohaterem, nikogo nie ratuje, jest tylko najemnikiem wykonującym powierzone zadanie – ale wykonuje je profesjonalnie. Oczywiście ma problemy, nawet całą kupę i to jeszcze nieprzewidzianych problemów, ale w miarę swoich możliwości radzi sobie z nimi. Tutaj… w zasadzie nie mogę powiedzieć, żeby Batman radził sobie z czymkolwiek – poza może odzyskaniem naszyjnika poprzez zdjęcie go z szyi ostentacyjnie obnoszącej się z nim Seliny. No i wydostania się z jaskinii poprzez sportowe wyzwanie, niczym Forest Gump – run, Forest, run (Nolan, do jasnej cholery, to nie jest TEN typ filmu!).

W zasadzie nie wiadomo, czym jest ów Batman i do czego służy mu jego wyposażenie, poza tym, że ma być to czarne, błyszczące ubranko, kask z głupimi uszkami i płaszcz, dzięki którym ma robić odstraszający wroga wizerunek nietoperza (no bo nie wygląda nawet na to, żeby ułatwiał mu utrzymywanie się w powietrzu). W walce wręcz jest taki sobie, a w starciu z Bane’em wręcz tragicznie słaby. Przecież od zawsze Batman swoją przewagę nad wrogiem miał dzięki wyposażeniu; Batman nie miał większej siły, jak Superman, nie był mutantem, jak Spiderman, choć oczywiście można dostrzec parę podobieństw do Iron Mana, bo też głównie jego dodatki polegają na wyposażeniu. Ale te dodatki po coś są, te linki i harpuny, dzięki którym Batman potrafi pokonywać różne niedostępne miejsca lub skracać sobie drogę, skacząc po budynkach, czy bumerang, którym potrafił wytrącić broń z ręki i obezwładnić przeciwnika. Prawdziwy batman zresztą załatwiłby Bane’a w minutę osiem, Bane może mógłby nim rzucać o ścianę, ale pancerz by mu to zamortyzował; mógłby przed nim uciec wspinając się na lince, a na koniec strzeliłby Bane’a bumerangiem, uszkadzając mu maskę i unieszkodliwiając go całkowicie przez odcięcie dopływu gazu wspomagającego, a potem poprawiłby kilkoma granatami, zasłaniając się przed nimi swoim płaszczem.

Ale nie – Batman wchodzi w zastawioną pułapkę, Bane podchodzi do niego nonszalancko, a jedyne na co Batmana w tej sytuacji stać to walka wręcz – w starciu z potwornie silnym i sprawnym Banem skazana oczywiście na porażkę. Walczy więc bidny Batman ile sił w rękach, ale Bane nie daje mu żadnych szans, więc Batman kończy pokiereszowany i osłabiony, podany Bane’owi na tacy. Ale Bane’owi nie chodzi nawet o to, żeby Batmana zabić – on chce go upokorzyć, więc na koniec jeszcze łamie mu kręgosłup i wrzuca do jaskinii. Potem zabiera mu strój, bo że niby mu jest potrzebny. Podejrzewałem, że ubierze w niego kogoś, żeby potem odgrywał rolę Batmana tym razem jako rzezimieszka. Ale jakoś nie, motyw został szybko wyciszony. W ogóle mogę powiedzieć, że wszyscy mają tam tyle sprytu, co trzeba, żeby zesrać się w stringi.

Nie chodzi tu nawet o to, że trafiła kosa na kamień. Zrozumiałe, że na super bohatera mógł trafić ktoś mocniejszy, którego superbohater nie da rady pokonać. Ale że nie próbuje żadnej sztuczki, nie próbuje uciekać, nie próbuje w zasadznie niczego poza pokonaniem go swoją siłą – to już przekracza moją wyrozumiałość dla miałkości pomysłów na scenariusz. Ze swojego wyposażenia do tego starcia nie używa nic, nawet jego pancerz jest w tym starciu niczym więcej, niż po prostu plastikowym ubrankiem, bo jak Bane w niego przydupi z gruchy, to Batman nie ma nawet siły, żeby wstać. Nawet podczas drugiego, finalnego starcia mimo że już się wydaje, że znalazł jego słaby punkt w tej masce (wow, dlaczego od tego nie zaczał, skoro to było bardziej niż oczywiste, że skoro tą maskę nosi, to nie nosi jej tylko dla ozdoby!), to nic to nie daje (bo jego super wspaniały pancerz przebija kobieca ręka z nożykiem?), i gdyby nie kotka, która w ostatniej chwili strzela do Bane’a pociskiem przeciwpancernym (jak napisałem, pokonuje przeciwnika przypadkiem), pewnie skończyłby jak poprzednio. Jeszcze w ostatecznej ostateczności rozumiem, że taki to był zamysł, żeby Bane jednak Batmana wtedy pokonał. Ale prawdziwego Batmana musiałby w tym celu naprawdę przechytrzyć. Tu przechytrzenie polegało na zamknięciu go w jednym pomieszczeniu z Banem. Raz dwa i “netoperek” nagle kompletnie bezbronny. “Przechytrzyć” to nie znaczy “okpić jak dziecko”, halo!

Zrozumiałe, że tego typu problemy może mieć taka postać, jak James Bond, choć szczerze mówiąc już w “Quantum of Solace” to już była spora przesada. W ogóle nie rozumiem tego motywu: wkręcić bohatera w poważny problem, w zasadzie sytuację bez wyjścia, z której ratuje go… no, może jakiś przypadkiem zaufany człowiek, czasem szczęśliwy zbieg okoliczności, w każdym razie gdyby nie odrobina szczęścia, to główny bohater byłby już mokrą plamą. Nie potrafię wymyślić, dlaczego w ogóle kogoś może bawić taki zabieg i jaki to ma właściwie cel, poza znęcaniem się nad głównym bohaterem, który – co ważne dla tej sceny – kompletnie nie potrafi o własnych siłach wykaraskać się z kłopotów, a nawet gorzej, z kłopotów, w które wpadł przez własną głupotę, lub nieostrożność (dlatego w tej chwili jedynym “prawdziwym bohaterem” został już chyba tylko Jason Bourne, i nic dziwnego, że to jego serii się teraz wszyscy domagają, nawet Matt Damon zaczął mięknąć w swoim postanowieniu, że nigdy już nie zagra Bourne’a). Zresztą, motyw totalnych kłopotów pojawił się też ostatnio w Mission Impossible: Ghost Protocol (nawiasem mówiąc, bohaterowie poradzili sobie mimo wszystko – odnoszę wrażenie, że robi się tak dlatego, że twórcy filmów już nie mają pomysłu, w jakie jeszcze większe kłopoty mogą wpędzić bohaterów, żeby było to mocniejsze, niż poprzednio). Ale do jasnej cholery, Batman to ma być superbohater – jeśli nie posiada własnych ulepszeń, to posiada ulepszające sprzęty i gadżety, umie robić z nich użytek, a przede wszystkim umie robić użytek ze swojej głowy. Ale widać nie Batman Christophera Nolana.

I co z tego, że po wyleczeniu go (znachorskimi metodami?) w więzieniu, potem wydostaje się własnymi siłami (wow, doprawdy krótko się leczył po połamaniu kręgosłupa, o bólu w nodze to już chyba dawno zapomniał?), skoro nadal nie zna żadnego sposobu, żeby pokonać Bane’a? To nic, że Bane zachowuje się nonszalancko, że jest bydlakiem nie do pokonania, a na dodatek wydaje się, że przewidział każdy możliwy rozwój wypadków, i na każdy się przygotował. Tak samo zachowywał się bohater “Broken Arrow” grany przez Johna Travoltę, tak samo było ze szpiegiem w “Golden Eye” – ale w obu tych przypadkach pozytywni bohaterowie dawali z siebie wszystko i zawdzięczali zwycięstwo wyłącznie swojemu zaangażowaniu. Batman Nolana zawdzięcza wszystko wyłącznie przypadkowi. Wiem, tak, wiem, że to Selina pomaga mu zestrzeliwując go pociskiem, ale sory, nawet przy założeniu, że się ma naprowadzacz, żeby trafić pociskiem dokładnie w człowieka i to wewnątrz budynku, to nie oszukujmy się, bez szczęścia ani rusz.

4. Jak źle dopasować aktorów

Te trzy pozytywne postacie, które wymieniłem: Bruce Wayne (Christian Bale), komisarz Gordon (Gary Oldman) i Blake (Joseph-Gordon Levitt), plus ewentualnie Selina (Anne Hathaway) i Lucius Fox (Morgan Freeman), to jedyne przypadki, gdzie aktorzy zostali dobrze dobrani do granych przez siebie postaci. Nikomu z aktorów nie ujmuję oczywiście, jeśli chodzi o grę aktorską, to prawda też, że dobry aktor zagra i króla i żebraka – ale to tylko takie powiedzenie. Prawda jest taka, że wygląd i prezencja aktora predestynują go do pewnych ról, jak również raczej dyskwalifikują z różnych innych. Nie wyobrażam sobie np. Jasona Stathama w roli artysty malarza, ale także nie wyobrażam sobie Josepha-Gordona Levitta w roli Jamesa Bonda.

W kwestii źle dobranych ról nie sposób oczywiście wspomnieć filmu “Ogniem i Mieczem”; jakkolwiek wiem, że mówienie o tym filmie czegokolwiek to kopanie leżącego (może dla kogoś wręcz niestosowne jego wspominanie przy tej okazji), jest to najbardziej dla mnie jaskrawy przykład tego, jak źle dopasować aktorów. Dotyczy to zarówno obsadzenia Zbigniewa Zamachowskiego w roli Wołodyjowskiego (ludzie raczej kojarzą go po wyglądzie, a nie po skądinąd wciąż podkreślanym niskim wzroście; już Marek Kondrat by lepiej w tej roli pasował), jak i w roli Zagłoby Krzysztofa Kowalewskiego – tego samego Krzysztofa Kowalewskiego, który grał głupkowatego dowódcę eskorty, Rocha Kowalskiego, którego z kolei przekabacił w pamiętnej scenie na wozie sam Zagłoba, grany przez Kazimierza Wichniarza (zmarł w 1995 r.). Ta sama scena została zresztą później (ale niewiele przed rozpoczęciem zdjęć do “Ogniem i Mieczem”) wykorzystana w telewizyjnej reklamie proszku Pollena 2000. I tam jakoś umieli na rolę Zagłoby znaleźć kogoś, kto rzeczywiście kojarzy się z Zagłobą (niestety nie mogę znaleźć, kto go grał, ani nie mogę na 100% potwierdzić, że to nie był Wichniarz, ale wątpię), a rolę Rocha Kowalskiego gra – no zgadnijcie kto. No tylko że tam to była jednorazowa reklama, a w filmie musieli koniecznie zatrudnić jakieś “rozpoznawalne nazwisko” (choć naprawdę nie rozumiem dlaczego).

Co w “The Dark Knight Rises” jest dla mnie aktorską porażką:

  • Michael Caine w roli Alfreda. Nie, nie chodzi mi o to, żeby był to zły aktor – to bardzo dobry aktor. Ze swojej roli wywiązał się wyśmienicie. Niestety z tym aktorem jest mniej więcej jak z Q w Jamesie Bondzie: może być albo ten sam, albo naprawdę identyczny (a więc ktoś z łapanki, a nie gwiazdor – dlatego w ostatnich bondach John Cleese jako Q to dla mnie – wciąż nie ujmując niczego obu tym aktorom – taka sama porażka jak Daniel Craig w roli Bonda). Alfred stworzony przez Caine’a to nie ten sam Alfred grany przez Michaela Gough; Caine zresztą z wyglądu kojarzy się z naukowcem (dlatego dobrze został obsadzony w Inception), może managerem, ale na pewno nie wiernym sługą, jakim był Alfred.
  • Marion Cotillard – oczywiście jak najbardziej jest to dobra aktorka i oczywiście dobrze się wywiązała ze swojej roli; faktem jest że jest to osoba tak odrażająca, że naprawdę nadaje się tylko do grania kreatur – jej piękna fryzura w tym filmie nie jest w stanie zrównoważyć obrzydzenia, gdy patrzy się na jej mimikę układającą się w czasie mówienia w różne kombinacje niczego nie przypominających grymasów. Ale ta właśnie odrażająca prezencja predystynuje ją do roli negatywnych i ona wywiązuje się z nich wyśmienicie (choć w przypadku Incepcji trudno mi jest uwierzyć, gdy Arthur mówi o jej postaci “She was lovely”). Dlatego do tej pory jest jeszcze ok. Problem jest tylko jeden – postać, którą grała, była podobno półkrwi Arabką. Uuups. (Tu powinien pojawić się właśnie rysunek Jackiego Chana z uniesionymi rękami.) Sory, przy najbardziej bujnej wyobraźni, nie domyśliłbym się. Tak trudno było znaleźć do tej roli kogoś takiego np. jak, no nie wiem… Tia Carrere?
  • Tom Hardy jako Bane. Tzn. to nie jest tak, żebym uważał, że on się do tej roli nie nadaje, tylko po prostu do tej roli nadawałoby się też mnóstwo innych. W ostatniej części Bourne’a (tej, gdzie nie ma Bourne’a) pada takie określenie, mniej więcej: “dostarliście Ferrari, a używaliście go jak kosiarki do trawy”. Takiż jest też mniej więcej mój komentarz do tej roli. Niezależnie od tego, że sam Tom Hardy mocno się osobiście zaangażował w kreację tej postaci, uważam po prostu że – wciąż, nie ujmując mu niczego, jako aktorowi – do tej roli nie potrzeba było kreatora, który dopracuje postać i dostosuje jeszcze do niej swoje ciało (Tom napakował sobie 14kg do tej roli), tylko po prostu przerośniętego łysego mięśniaka wytrenowanego w sztukach walki. Na miejscu Toma Hardy można było wsadzić dowolnego takiego mięśniaka, pozostawiając Tomowi jedynie podkładanie głosu, i nikt nie zauważyłby różnicy. Nie jest to zarzut dla tego aktora, po prostu struktura postaci jest jaka jest. Aktor nie gra tylko swoimi rękami i nogami, w dużej mierze gra twarzą, dodatkowo jeszcze odpowiednim ruchem ciała. Postać Bane’a praktycznie skraca te wszystkie potencjały aktorskie do zera: wielke napakowane bydlę nie umie niczego poza “trybem walki” i “trybem nonszalancji” (nie daje nawet za bardzo pola do gestykulacji), a sam fakt, że jest łysy jak kolano i jeszcze na całej twarzy nosi maskę, spod której nawet oczu za dobrze nie widać, powoduje, że twarzy mógł tej postaci użyczyć dosłownie ktokolwiek, nawet kobieta, gdyby dała sobie ogolić głowę na łyso. Tak samo jak nie miało już większego znaczenia, kto podkłada głos – tak jak i ktoś musiał podkładać głos Darth Vadera. Żeby było jeszcze ciekawiej, w scenie wspomnienia, gdzie jest “dziewczynka, która wydostaje się z więzienia”, Tom Hardy pojawia się na moment ze swoją twarzą – odsłoniętą. Nie wiem, czy zamiarem Nolana było pokazanie, że Bane pozostał w tym więzieniu i pomógł jej się wydostać, ale gdybym nie wiedział z góry, że Bane’a będzie grał Tom Hardy i nie znał go wcześniej choćby z Inception, to nie domyśliłbym się, że jedna z tych kilku postaci w kapturze, to późniejszy Bane. Jakkolwiek Tom Hardy zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie po roli w Inception, to jednak spodziewałem się równie wyrazistej roli w Batmanie. A jego rola w tym filmie to jest mniej więcej tak, jakby oglądać pokaz fajerwerków z zasłoniętymi oczami.
  • Cilian Murphy – trudno mi cokolwiek powiedzieć o nim poza tym, że mimo wszystko w roli kreatury jakoś mi się on nie widzi – i chociaż Scarecrow pojawia się tam na krótki moment i właściwie nie wiadomo po co, jest to kolejna rola dopasowana kompletnie na bakier. Nadal, oczywiście, nie ujmując mu niczego w kwestii aktorstwa; jest to kolejny aktor pamiętany z Inception, gdzie swoją rolę zagrał wyśmienicie pod każdym względem.

Co do reszty, to się nie wypowiadam – reszta bowiem (tak jak i ta ostatnia) to raczej role-migawki, tak jak np. Liam Neeson jako Ra’s al Ghul.

5. Jak zepsuć widzom humor

“The Dark Knight Rises” to film naprawdę dołujący. W tym filmie jest dokładnie trzech pozytywnych bohaterów – Batman, John Blake i komisarz Gordon, który po brawurowej ucieczce z zasadzki Bane’a niemal całą resztę filmu spędza w szpitalu (co ciekawe: sam rozprawia się już w szpitalu ze zbirami, którzy przychodzą go zabić i praktycznie ratuje miasto od wybuchu bomby dostarczając brakujący moduł). Reszta to albo bohaterowie jednoznacznie negatywni, albo krętacze, albo dupy wołowe – jakimi okazali się zarówno oficer policji, jak i Alfred, jak też członkowie zarządu Wayne Enterprises. W tym filmie jest jeszcze jeden, bardzo wyglądający na poboczny, wątek spiskowców, którzy usiłują przejąć Wayne Enterprises, i co ciekawe, to wszystko im się udaje. Batman daje dupy tutaj zarówno jako biznesmen, jak i superbohater. Doprawdy, tego wcześniej nie było. Największy wyskok, na jaki pozwolono sobie do tej pory w kwestii jego przedsięwzięcia było wyhodowanie sobie w nim jednego ze swoich wrogów. Nie było jednak żadnego motywu problemów biznesowych i walki na poziomie korporacyjnym; po prostu to nie ten typ filmu (choć motyw oczywiście też zaczerpnięty z IronMana). Tu, żeby było ciekawiej, Batman tą walkę od razu przegrywa. A wygranym w obu przypadkach jest Bane. To nic, że sam Bane w końcu ginie, a samo miasto daje się uratować od wybuchu bomby – Wayne Enterprises zostaje opanowane przez ludzi, którzy zechcą użyć jego produktów do panowania nad miastem, a Batman się kończy raz na zawsze. Wrażenie jest jasne: superbohater nie jest już superbohaterem, stał się ciotą, którą spotyka to, co spotyka cioty, którym się wydaje, że od samego mrocznego ubranka stają się bohaterami: skończył się – a zło opanowało jego schedę i ono tu jest górą.

Co z tego, że Blake potem odkrywa Batcave – czym jest Batcave bez Alfreda? Panie Nolan, zostawienie sobie haczyka na następny film nie wystarczy, żeby zachęcić widza do oczekiwania na jego kontynuację. Trzeba jeszcze zrobić dobry film. To podstawowa sprawa, o której pan, zdaje się, zapomniał.

6. Jak zrobić film w zasadzie nie wiadomo po co

Wbrew temu, co się wielu “wybitnym specjalistom od krytyki filmowej” wydaje, filmów akcji nie kręci się po to, żeby przeciętny zjadacz żabburgerów popatrzył sobie jak się napierdalają, żeby dać upust swoim chuciom. Po to to się kręci tanie kryminały klasy B. Film akcji ma oczywiście mieć akcję, ale powinien też przedstawiać skomplikowane sylwetki postaci, wciągać widza w swoje intrygi, wręcz wodzić go za nos, zwodząc go pozorami, a za chwilę zaskakując prawdziwymi twarzami oszustów.

Ale jest jedna ważna zasada kina akcji: musi być tam jakaś postać, którą uważa się za pozytywną, i ta postać musi być kimś, z kim widz chciałby się identyfikować, czy nawet nie aż tak, po prostu kimś, komu “się kibicuje”. To musi być postać, która jest kimś, kto potrafi, kimś kto umie się otrząsnąć po porażce, a zarazem nie pakować się w coś, z czym nie może sobie poradzić; a twórca scenariusza oczywiście nie tworzy okoliczności w filmie tak, żeby ową postacią tylko pomiatać na lewo i prawo. Film akcji nie może być tragedią, gdzie główny bohater może wybierać tylko między porażką, a porażką; główny bohater może przechodzić trudności, ale nie może być wiecznie kopany w dupę przez pozostałe postacie, a na koniec zabity. Bo wtedy nie jest bohaterem filmu, tylko ciotą filmu. Widz będzie wyrozumiały, jeżeli główny bohater będzie przeżywał trudności (choć oczywiście do pewnego stopnia), natomiast jego wyrozumiałość skończy się, jeżeli zacznie się okazywać, że kibicował nie tej postaci, co trzeba.

W tym Batmanie trudno jednoznacznie stwierdzić, komu należało kibicować, skoro obaj na końcu zginęli. A że Bane wcale nie zginął w wyniku sprytu Batmana, ani w żaden wyobrażalny sposób Batman nie mógłby sobie przypisać żadnej zasługi w zgładzeniu Bane’a – można po prostu powiedzieć, że obaj zginęli “w ogniu walki” przeciwko sobie (żaden żadnego nie zabił bezpośrednio). Dlatego jeśli gdziekolwiek dopatrywać się “superbohatera” (lub najprościej, kogoś, komu się kibicuje), to bezwzględnie jest nim Bane. To on tu rządzi, to on to wszystko organizuje, on ściąga ludzi i on decyduje (zaskakujący strateg, zwłaszcza że jego pierwowzór był po prostu tępym mięśniakiem). To, że potem ginie, to tylko wypadek przy pracy. Najważniejsze, że jego ludzie siedzą w korporacji Wayne’a, a w korporacji nie ma już ani Wayne’a, ani Alfreda. A Batman leci sobie z bombą, jak głupi frajer, zamiast po prostu wsiąść do swojej maszyny i uciec, bo skoro mógł oddalić się z bombą od miasta za pomocą tego sprzętu na bezpieczną odległość, to równie dobrze mógł oddalić się na taką samą odległość sam od bomby. Potem wylądowałby gdzieś indziej i zaczął nowe życie. Ale nie, przez cały film nie miał możliwości odegrać bohatera, to może na koniec bohatersko zginie. Ratując życie między innymi wszystkim swoim wrogom, którzy jeszcze żyją, zapewniając im całkowicie bezpieczną przyszłość. Można go określić tylko jednym słowem: frajer.

Nietrudno więc jasno i wyraźnie wskazać, kto w tym filmie jest faktycznym zwycięzcą. I komu należało od początku kibicować.

To nie jest tak, że tego oczekuje się od filmów, tego oczekuje się od filmów akcji. W niektórych typach opowieści (nazwijmy to tak uniwersalnie) o to właśnie chodzi, żeby główny bohater był frajerem, czasem o to, żeby choćby wykazywał się ogromnym potencjałem, nie dawał rady w starciu z wrogimi siłami. Czasem mamy do czynienia z tragedią lub dramatem – taki rodzaj sztuki. Ale ubieranie dramatu w pozory filmu akcji to trzeba po prostu nazwać po imieniu: oszustwo. Widzowie, którzy wybierali się na film akcji zostali najzwyczajniej w świecie oszukani.

7. Konkluzja

Film ten trafiłem przypadkiem w jakimś sklepie. Już po jego obejrzeniu znalazłem “The Dark Knight”, czyli o jedną wcześniejszą część. Ale darowałem sobie. Nolan zresztą na razie nie wygląda na to, żeby miał pomysł na jakiś kolejny film. Niech sobie lepiej teraz usiądzie spokojnie i pomyśli, może tym razem wymyśli coś sensownego. Niech tylko nie próbuje robić następnej części Bourne’a, bałbym się siąść do oglądania.

W sprawie święta niepodległości

Posted in Uncategorized on 2011/11/12 by ethouris

Szczególna data 11-11-11 – no cóż, można doszukiwać się symbolu, a może być to dla kogoś dzień jak każdy inny. Ja dzisiaj normalnie byłem w pracy, a wieczorem byłem z żoną i synem na imprezie z okazji świętego Marcina, patrona przedszkola mojego syna. Nic szczególnego.

Zastanawiałem się, czy będę tęsknić za Polską od czasu, gdy wyjadę. Szczerze: poza może pierwszymi dwoma miesiącami, kiedy zresztą jeszcze kisiliśmy się w hotelu, nie zdarzyło mi się.

Nie wiem, może ja czegoś nie rozumiem, albo brakuje mi tej części mózgu, która odpowiada za patriotyzm, albo nie wiem co, ale szczerze – naprawdę nie potrafię zrozumieć tego całego gonienia za “ojczyzną”, tych wielkich imprez z okazji narodowych świąt, tej “świadomości narodowej” (niezależnie od tego, o który naród chodzi), a już w ogóle czegoś takiego jak “problem kim jestem”. Że co, że nie jestem Niemcem? A kto tu niby jest Niemcem – Rosjanie, którzy zamieszkują połowę bloku obok nas, Arabowie, czy Turcy, mówiący z takim akcentem, że Goethe by się zawstydził, czy Hindusi prowadzący restaurację pod nazwą “Schwaben Pizza Express”? Żeby było jasne – przedstawiciele wszystkich tych narodowości, w tym pewnie co najmniej z pochodzenia muzułmanie, tłumnie stawili się na uroczystości z okazji katolickiego jak cholera dnia św. Marcina.

Dla mnie wszystkie imprezy związane z “ojczyzną”, wszystkie inicjatywy wspominania jej historii, rozpamiętywania czegoś-tam, kultywowania tradycji itd., to wszystko ma dokładnie tyle samo sensu, co kibicowanie drużynie piłkarskiej. Jest mi to zupełnie obce, ponieważ ja nigdy nie interesowałem się sportem, mam to totalnie gdzieś, uważam że jest to tylko i wyłącznie rozrywka i nic więcej, bez praktycznego znaczenia. Oglądanie meczu – pod warunkiem, że kogoś to kręci – nie różni się specjalnie od oglądania filmu w kinie, tym bardziej więc nie rozumiem zwierzęcego zainteresowania wynikami meczu, dyskutowania kto jak kogo gdzie okiwał, czy wkuwania na pamięć listy nazwisk z poszczególnych drużyn piłkarskich.

Mam nieodparte wrażenie, że ludzie chyba na śmierć zapomnieli, skąd wzięły się dzisiejsze kraje, narody i państwa. Wszyscy jadą na pamięć z tą “świadomością narodową”, zupełnie zapominając o tym, że istnienie państw już dawno straciło jakąkolwiek rację bytu. Przyjrzyjmy się temu zatem tak “na niższym poziomie”.

 1. Państwa i narody

Ludzie od zawsze łączyli się w organizacje. Jednak niektóre z tych organizacji poczynały sobie dość śmiało, mianowicie okradały inne organizacje ze zgromadzonych zasobów. Aby się przed takimi bronić, inna organizacja, poza kolekcjonowaniem potrzebnych do życia zasobów, musiała też wykształcić specjalistów od obrony, aby móc bronić zasobów, wytwórców zasobów i w ogóle całą organizację. Aby przetrwać.

Te organizacje, którym udało się taki system stworzyć, i których system okazał się skuteczny wystarczająco, stały się państwami, podobnymi do tych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Oczywiście przez całą naszą historię państwa mniej lub bardziej walczyły ze sobą, czasem nawet wyrzynały się nawzajem.

Jak na tym tle wygląda Polska? W zasadzie, poza tym co działo się w historii aż do “króla Sasa”, najważniejszy okres, najbardziej oddziałujący na współczesną Polskę, to jest ten od rozbiorów do 1989 roku. Rozbiorów, kiedy polska organizacja państwowa znalazła się w stanie totalnego rozkładu i stała się niezdolna do jakiegokolwiek utrzymania państwowości (rozbiór Polski nie był wcale żadną agresją na Polskę – był aktem jak najbardziej prawnym, podpisanym osobiście przez polskie władze). A także, o czym mało kto pewnie pamięta, sporych inwestycji sponsorowanych przez zaborcze państwa (jak np. tunel kolejowy pod całym miastem w Bielsku-Białej zbudowany jeszcze za zaboru Austriackiego).

Polska powstała ponownie po tym, jak narody Europy rzuciły się sobie do gardeł, mając dość stagnacji (jak szczury trzymane w klatce otrzymujące pod dostatkiem jedzenia). Ale dlaczego w ogóle Polska ponownie powstała? Dlatego, że było wystarczająco dużo ludzi, którzy Polskę pamiętali, którzy z Polską byli związani i którzy uważali, że ludzie z terenu Polski zostali oszukani przez zaborców, którzy zaczęli się bić nie wiadomo o co, zamiast zapewniać krajom sukcesy gospodarcze.  Powstało na nowo państwo, które miało nawiązywać do tamtego starego państwa Polskiego w pewnych aspektach, ale w gruncie rzeczy było to zupełnie nowe państwo.

Skąd jednak wzięli się ci wszyscy ludzie, którzy chcieli mieć z powrotem Polskę? No bo ok, byli partyzanci, byli “Peowiacy”, wywalczyli owszem wolność dzięki temu, że w Europie totalnie osłabionej po I wojnie światowej mało kto był w stanie cokolwiek obronić (Chińczycy, swoją drogą, przegapili niezłą okazję, ale mniejsza z tym). Ale wywalczenie wolności to jedno, a stworzenie na nowo organizacji państwowej to drugie. Skąd wzięli się ludzie, którzy potrafili tą organizację stworzyć i utrzymać sprawnie funkcjonującą przez wiele lat?

No cóż, byli poupychani na różnych wysokich stanowiskach w Europejskich państwach, ale również w Rosyjskim wojsku, w bardzo wielu różnych strukturach i organizacjach, gdzie potrzebni byli specjaliści – również w organizacjach tych “obcych” państw. To właśnie im zależało na stworzeniu dobrej, sprawnej organizacji państwowej.

Nie było lekko. Ale to było w zasadzie ostatnie tak sprawne państwo będące Polską. Ambitny projekt, który udało się doprowadzić na bardzo wysoki poziom zaawansowania, budowany praktycznie od zera (I wojna światowa zamieniła Polskę niemal w perzynę), targany owszem konfliktami, walką o władzę, jak również szarpany przez inne kraje, ale jednak sprawnie funkcjonujący przez jakiś czas.

W tym samym czasie Niemcy zostały przesadnie ukarane i upokorzone traktatem wersalskim, mimo że słusznie jako karę za wywołanie wojny, ale jednak samo stworzenie sytuacji, że bycie Niemcem to fuuuj przepraszaj, że żyjesz mendo, musiało wywołać odruch sprzeciwu. Duch zemsty za upokorzenie kiełkował w Niemczech wtedy przez kilka lat i wystarczyła tylko drobna iskra…

Zasada jest prosta: jeśli danego człowieka (a to skaluje się na narody, jeśli choćby uważamy za nie wirtualną grupę ludzi łączoną jakąś wspólną cechą) się na każdym kroku upokarza i wmawia mu się, że jest nikim i jest nic nie wart z samego założenia, że należy do określonej grupy, będzie owe upokorzenia znosić tylko do pewnego momentu. Jeśli dostanie tylko okazję, natychmiast się zemści. Jeśli obrażany jest jako członek grupy – grupa będzie rosnąć w siłę i wtedy dopiero się zemści.

Dlatego właśnie też powstało takie w Polsce przeświadczenie, że Polski nic nie jest w stanie zniszczyć, bo nie tacy już próbowali i nikomu się nie udało. Problem w tym, że wszyscy ci, co próbowali, popełniali cały czas dokładnie ten sam błąd: poniżali Polaków z samego tylko powodu, że byli Polakami, masowo ich mordowali, żyjącym zakazywali rozmawiać w języku Polskim i w jakikolwiek sposób kultywować swoje tradycje, niszczyli dorobek kulturalny, niszczyli wszystko to, co w jakikolwiek najdrobniejszy sposób było symbolicznie polskie. Jaki mógł być tego efekt? Dla trzeźwo myślącego człowieka odpowiedź jest oczywista.

Bo jeśli ktoś chciał zniszczyć Polskę, sposób był bardzo prosty, tylko trzeba było trochę pomyśleć. Należało pozwolić im używać swojego języka i kultywować swoją kulturę, tylko żeby jeszcze na dodatek każdy znał też język swojego “nowego państwa”, a także temu “nowemu państwu” płacił podatki. Takie same, jak wszyscy, jak również posiadał taki sam dostęp do państwowych usług, jak wszyscy. Polska stałaby się wtedy pomału rodzajem “fanklubu”, czy różnych organizacji skupionych wokół jakiegoś hobby. Po jakimś czasie język Polski zacząłby zanikać, stając się czymś w rodzaju lokalnego kolorytu bez żadnego praktycznego znaczenia (jak język Irlandzki, Ukraiński, czy Białoruski). A wpływ na władzę? No jaki problem, jeśli ludzie mają dokładnie te same prawa obywatelskie, a kraj zamieszkania wyłania władze w drodze głosowania, to Polacy mają w takim przypadku taki sam wpływ na władzę, jak wszyscy inni.

Gdyby ktoś zastosował takie właśnie podejście do podkopania Polski, dziś byłaby ona państwem historycznym, jak Prusy, a fraza “Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” stałaby się najwyżej przedmiotem żartów.

2. Dzisiejsza perspektywa

Dzisiaj sprawa wygląda tak: owszem, są państwa bandyckie, są państwa o archaicznym sposobie myślenia o patriotyzmie (każdy wie, jakie to państwo, więc nie muszę pisać), ale generalnie państwa tzw. cywilizacji Europejskiej oraz “azjatyckie tygrysy” są w tej chwili związane umowami, aktami prawnymi, traktatami, nie wspominając o zależnościach poprzez wymianę handlową i różne inne interesy, krótko – gdyby którekolwiek z państw z tych stref (nazwijmy je razem roboczo “strefą kapitalizmu”) próbowało zbrojnie napaść na inne z tej strefy, szybko by mu reszta państw przypomniała, że jest związany różnymi umowami biznesowymi i niech przestanie się wygłupiać, bo jak prawnicy mu się dobiorą do dupy, to pójdzie z torbami. Oczywiście przypominam, że nawet w Europie trafiają się państwa nie należące do tej strefy (Serbia, Albania), czasem się nawet od tej strefy oddalające na własne życzenie (Turcja), i tam oczywiście są możliwe konflikty zbrojne. Ale dziś nawet z Turcją problem bardziej polega na jej niejasnej strukturze (tak samo jak w przypadku Polski), niż na jakichkolwiek zbrojnych aspiracjach.

Czy istnieją różnice interesów między państwami “strefy kapitalistycznej”? Owszem, istnieją, ale tak na dobrą sprawę przecież ludzie z całej “strefy kapitalistycznej” potrzebują wszyscy dokładnie jednego i tego samego: zarabiać dużo pieniędzy i móc je wydawać na to, co mi się podoba, oraz żyć tak, jak chcę. Wszystkie inne sprawy to sprawy drugorzędne.  Co prawda “żyć jak chcę” staje często w konflikcie z zarabianiem pieniędzy i płaceniem podatków, ale znów – jest to problem identyczny dla całej strefy. Ludzie wszędzie są dokładnie tacy sami.

Oczywiście krajowi trzeba zapewnić dobrobyt, trzeba zapewnić dostarczanie kluczowych zasobów, trzeba wynegocjować umowy jak najkorzystniejsze dla kraju, a to często też odbywa się kosztem innych krajów. Przy czym efekt jest najczęściej taki, że jak dzięki temu jakiś kraj (nazwijmy go krajem A) rośnie w siłę, to natychmiast potrzebuje siły roboczej; gdy bezrobocie spada do ok. 2% (podobno tak jest w regionie, w którym mieszkam), musi na siłę ściągać wtedy ludzi z innych krajów, w tym tych, w których żyje się gorzej (np. kraju B), również dlatego, że kraj A wynegocjował lepiej, niż kraj B (w pewnym sensie można powiedzieć, że A zrobił to częściowo kosztem kraju B). Jaka to jest zatem różnica? Tylko taka, że konieczne są migracje.

Patriotyzm jeszcze w czasach początku XX wieku był kwestią kluczową dla przetrwania państwa i jego obywateli. Żerowanie jednego kraju na drugim, nawet doprowadzając je do upadku, nie było takie rzadkie. Dlatego właśnie zdrajców wieszano bez ceregieli.

Dziś… no cóż. Można być patriotą, można być dumnym z tego, że się należy do jakiegoś narodu, można obwieszać się flagami państwa, kultywować tradycję itd. Można, tylko po co? Czy ktoś na świecie będzie przez to szczęśliwszy, uratuje komuś życie, zrobi coś, co będzie dla ludzi pożyteczne? Można pomagać ludziom ze swojego narodu, tylko… dlaczego pomagać ludziom ze swojego narodu, a nie potrzebującym? Można dbać o dobre imię ludzi ze swojego narodu, tylko… dlaczego akurat ich, a nie wszystkich ludzi z narodów, które są poniżane?

Bo teraz to przedstawiłem tylko pozytywne aspekty patriotyzmu, a z patriotycznych pobudek można też robić dużo złych rzeczy (patriotyzm nazywa się wtedy nacjonalizmem, żeby można było jakoś odróżnić te złe rzeczy od tych dobrych – niestety patriotyzm i nacjonalizm to po prostu dwie nazwy tego samego zjawiska, dotyczą one bowiem określonego stosunku emocjonalnego, który jest przyczyną robienia zarówno rzeczy pozytywnych, jak i negatywnych). Na przykład poniżać innych, nie należących do tego samego narodu, pomagać “swoim” kosztem “nie swoich”, czy wręcz okradać “nie swoich” również aby pomóc “swoim”.

Jaka jest jednak generalnie różnica między pomaganiem tylko “swoim” (w sensie, nie pomaganiem “nie swoim”), a pomaganiem “swoim” kosztem “nie swoich”? Generalnie różnica jest żadna – w obu przypadkach chodzi o wyróżnienie jakichś “swoich” i dyskryminację wszystkich innych, którzy “swoimi” nie są. W skrócie, zawsze komuś “na pohybel”.

Powtórzę to, co już napisałem: postawa patriotyczna w choćby odrobinę dawniejszych czasach była postawą nie tylko nienaganną, ale wręcz wymaganą, ponieważ ktoś, kto patriotą nie był, był potencjalnym zdrajcą, który narażał swoje państwo, a więc żyjących w nim ludzi, na niebezpieczeństwo. Patriotyzm był potrzebny jako choćby mentalna obrona przed grożącym zagładą ludzi niebezpieczeństwem i świadomość konieczności podjęcia tej obrony fizycznie.

Dopóki zatem patriotyzm przyczynia się do obrony ludzi przed niebezpieczeństwem i stanowi podstawę przetrwania, a także zapewnienia ludziom dobrobytu, jest postawą pożądaną, a nawet wręcz obowiązkową, albo wypierdalaj. Niestety w dzisiejszych czasach przestaje to mieć sens. Które państwo mogłoby być zainteresowane zniszczeniem innego i doprowadzeniem go do nędzy? Owszem, można mieć chrapkę na zasoby mineralne, takie niebezpieczeństwo istnieje zawsze. Ale żerowanie na danym państwie to wyłącznie krótkowzroczność: jeśli doprowadzisz dany kraj do nędzy, to kto gdzie będziesz eksportował swoje towary? Komu sprzedasz technologię produkcji, jeśli nie będzie jej miał kto kupić, bo potencjalnych nabywców doprowadziłeś do nędzy? Dokładnie takie same zasady istnieją w biznesie w ogóle – konkurować trzeba, ale wykańczanie kogokolwiek odbije się w przyszłości negatywnie również na sprawcy.

Przykłady? Jak pracowałem w mojej pierwszej firmie, wszyscy z radością z niej odchodzili. Mnie akurat wywalili, i chyba jestem pierwszym, któremu się to udało, w każdym razie jak rozmawiałem z jednym z kumpli z tamtej firmy, już pracującym w nowej firmie, to mówił, że oni owszem, ściągają pracowników z tamtej firmy (popracowali trochę, firma w nich zainwestowała, są coś warci – więc można ich teraz wyciągnąć). Ściągają, ale nie na tyle, żeby pozbawić firmę pracowników. Dlaczego? Odpowiedź: “bo by nam się dawca organów wykrwawił”. Rozsądne? Oczywiście, że rozsądne. Emocjonalnie podchodząc do sprawy, można by chcieć wykończyć znienawidzoną firmę, ale praktycznie rzecz biorąc – w ten sposób wykończyłoby się małą kuźnię kadr, która tak czy siak zatrudnia świeżaków (bo nikt inny by tam nie poszedł pracować), a po pół roku gość już jest obyty z regułami pracy i można go wyciągać.

Albo inny ciekawy przykład – konkurencja na rynku telewizorów. Samsung odniósł porażkę na rynku japońskim (czego się spodziewał? :D ), ale dobrze konkuruje w Europie. Sony również sprzedaje swoje telewizory i też nieźle mu idzie. Czy Samsunga martwi fakt, że Sony zabiera mu część rynku? Niespecjalnie. Dlaczego? No cóż, Sony matryce LCD do swoich telewizorów bierze właśnie od… Samsunga. Samsung więc na każdym telewizorze sprzedanym przez Sony może nie zarobi tyle, co na swoim własnym, ale z drugiej strony gdyby on nie sprzedał matryc Sony, to sprzedałby (i zarobiłby) kto inny. To i tak nic w porównaniu z tym, jak twierdzenia wielbicieli iPhone’a, że sprzęt Samsunga to “szajs”, nie wiedzących o tym, że i procesor i matryca w iPhonie została kupiona od… Samsunga. Dopiero w nowszych modelach iPhone’a (tak od 4 w górę) sprzęt być może produkuje kto inny.

Podstawa dzisiejszego ładu w “strefie kapitalistycznej” oraz na jej peryferiach (Rosja) to handel, wymiana towarów i usług, umowy i traktaty. Oczywiście też polityka, negocjacje, karty przetargowe, naciski, ciosy poniżej pasa, czy rzadkie już dziś granie va bank. Najważniejsze jest jednak granie wedle tych samych reguł.

Dlatego właśnie jeśli kraj jest słaby, nie ma kart przetargowych, i nic nie znaczy na arenie międzynarodowej, przechodzi w tzw. strefę zawieszenia we wpływach: nie będzie nigdy potęgą gospodarczą, ale i nikt nie jest zainteresowany pozbawieniem go niepodległości, ani doprowadzeniem do nędzy i ruiny, bo wtedy nagle rypną się rynki zbytu, co negatywnie odbije się na gospodarce odpowiadającego za to państwa, a tym samym na sondażach poparcia dla aktualnej koalicji rządzącej. Dlatego właśnie Polsce póki co nic nie grozi w sensie militarnym, a nawet jeśli coś grozi, to dokładnie to samo grozi również Niemcom, Brytanii, czy Hiszpanii. To również oznacza, że gdyby dokładnie takie same, jak Amerykanie, instalacje tarczy antyrakietowej chcieliby zamontować w Polsce Niemcy, oczywiście z odpowiednimi umowami, co Polakom wolno z tym zrobić (ale to chyba oczywiste), w Rosji pies z kulawą nogą by nie zaprotestował. To chyba oczywiste, że Rosja nie dlatego protestuje, że się “boi” ataku ze strony Polski (śmiech na sali), tylko dlatego, że posiadanie takiej broni przez Polskę uwolniłoby ją od Rosyjskich nacisków. Wystarczyłoby jednak, żeby tarcza została pobłogosławiona przez Niemców i już żadnych takich efektów by nie było.

3. Dzisiejsza sytuacja Polski

Polska jaka jest, każdy widzi.

Tzw. II Rzeczpospolitą,  niezwykły projekt nowego, samowystarczalnego państwa, Niemcy do spółki z Rosją rozpirzyły w drobny mak. Z formalnego punktu widzenia Polska również zniknęła wtedy z mapy świata. Co się zatem stało po wojnie?

Najpierw Rosja stworzyła sobie na naszym terenie państwo satelitarne, które zamierzała, jak już się “odkuje”, użyć jako terenu przyszłej walki, gdy już rozpęta kolejną wojnę światową. Potem, po wielu latach, ponieważ Rosja miała pecha i ZSRR rozleciał się w pył, udało się stworzyć III Rzeczpospolitą. Ile jednak to państwo ma wspólnego z II Rzeczpospolitą? No, jeśli pominąć język, dziedzictwo kulturowe (które do współczesnego życia ma się nijak, niezależnie od tego, czy elementy tego dziedzictwa pochodzą z ubiegłego wieku, czy ubiegłego tysiąclecia), to nic. Więcej już łączy II Rzeczpospolitą z I Rzecząpospolitą, chociaż szczerze mówiąc to i tu bym się nie założył.

III Rzeczpospolita jest w rzeczywistości państwem zbudowanym na kłamstwie, niesprawiedliwości, a przede wszystkim na fikcji. Fikcją jest demokracja, fikcją jest dobrobyt, fikcją jest niepodległość. I to nie dlatego, że Polska należy do UE. Tylko dlatego, że zgodnie z definicją państwo niepodległe, to takie, które samo o sobie stanowi – a w Polsce tak naprawdę Niemcy i Rosjanie robią co im się żywnie podoba, a Polacy mają gówno do powiedzenia.

Problemem III Rzeczypospolitej nie jest to, że nie jest ona faktycznie kontynuatorką II Rzeczypospolitej, czy że ci “patrioci”, którzy chcieliby wiele dla swojego kraju zrobić, czy wywalczyć, nie mają nic do powiedzenia – ten problem jest w rzeczywistości marginalny. Największym problemem III Rzeczypospolitej jest to, że ani nie powstała ona w sposób niezależny od innych państw i nie jest żadnym sensownie przemyślanym i zorganizowanym projektem państwa – jest zlepkiem pobożnych życzeń i przypadkowych splotów okoliczności, sprytnie wykorzystywanych przez żerującą na kraju mafię. To ma być niby niepodległe, niezależne państwo? To raczej jakiś przykry żart.

4. Dla tych, co przelali krew…

Przykro mi jak boczek, naprawdę, głupio mi mówić takie oczywistości – to fakt, że mnóstwo ludzi przelało ze Polskę krew. Wielu poświęciło dla niej życie i kariery. Mnóstwo wysiłku i poświęcenia poszło na to, żeby powstała wreszcie wolna, niezależna, niepodległa Polska.

Niestety nie powstała. Niestety ci wszyscy ludzie swoją ofiarę złożyli na darmo. Państwo, którym jest w tej chwili III Rzeczpospolita w żadnym razie nie przypomina kraju, który wyobrażali sobie ci, co walczyli z komuną.

Żeby nieco naświetlić sytuację, zacytuję z pamięci dowcip z czasów komuny:  pewien komunistyczny I sekretarz partii (mniejsza o nazwisko) został zamrożony i odmrożony po kilkudziesięciu latach. Budzi się, wychodzi na ulicę – wszyscy mili, uśmiechnięci, szczęśliwi, majętni, zadowoleni. Myśli sobie “Ha! Niech się ludzie dowiedzą zatem, komu to wszystko zawdzięczają!”. Idzie dumny do kiosku i mówi “poproszę Trybunę Ludu”, a kioskarka mówi “nie ma już takiej gazety proszę pana, wychodziła gdy krajem rządzili jeszcze komuniści. A wie pan, że tych skurwieli jest jeszcze kilku na świecie”.

No i co, komuna zdechła, “Trybuny Ludu” faktycznie już nie ma, a co poza tym? Poza tym “Trybunę Ludu” zastąpiła “Trybuna”, byli komuniści opływają w luksusy i bynajmniej nikt ich nie wytyka palcem (poza “oszołomami”), największym zbrodniarzom PRL wszystko uszło na sucho, a członkowie i potomkowie byłej SB nadal żerują na naiwnych, którym się chce w Polsce mieszkać i płacić podatki, żeby za nie dostać potem od państwa kopa w dupę.

Jeśli ktoś rzeczywiście jest patriotą, niech pokaże na co go stać – niech zorganizuje inicjatywę przejęcia władzy w Polsce, stworzy niezależną organizację państwową z prawdziwego zdarzenia, uwolni Polskę od tych, którzy usiłują w niej utrzymać stan kontrolowanego ubóstwa. Uwolni Polskę wreszcie od mafijnych wpływów, stworzy rzeczywiste, niefikcyjne prawo, które będzie służyło ludziom i państwo, które będzie dbało o rozwój gospodarki. Tylko w taki sposób może zrobić tu coś pożytecznego.

Próba wygrania wyborów skazana jest na porażkę, zwłaszcza teraz, gdy koalicja rządząca ma wszystkich członków komisji wyborczej w kieszeni. Poza tym, do wyboru zostaje tylko uprawiane przez prawicowych publicystów, może i nawet w dobrej wierze, “wołanie na puszczy”. Albo darujmy sobie ten patriotyzm, z którego w tej chwili można sobie jedynie zmarnować życie nie przynosząc zysku nikomu na świecie.

Powtórzmy: Polska, jeśli pod tym pojęciem rozumiemy rzeczywiście i nie fikcyjnie niezależne, niepodległe, wolne państwo, po II wojnie światowej nie powstała. Ofiara walk w czasie II wojny światowej, oraz późniejsza walka z komuną, była ofiarą na darmo. Wolna i niepodległa nie była ani PRL, ani okrągłostołowa III RP. A w tej chwili już zanikają w niej nawet działające u zarania III RP mechanizmy demokratyczne. Pozostało tylko pole walk, na którym ścierają się interesy mocarstw i wielkich korporacji. Z wolnością i niepodległością ma to niewiele wspólnego.

5. Korporacje

Nie powiedziałbym też, żeby było czego żałować. Żałować można co najwyżej zmarnowanych lat w tej niby Polsce, do czasu, aż zrozumie się, czym ona tak naprawdę jest i jakie ma w związku z tym szanse na przyszłość.

Od pewnego czasu robione są rankingi najbogatszych organizacji, w których zestawiane są na równi korporacje i państwa. Rankingi wyglądają na kontrowersyjne, ale nie są wcale przesadzone. Korporacje bowiem są w tej chwili – w ramach “strefy kapitalizmu”, oczywiście – organizacjami zdecydowanie silniejszymi, niż państwa. Nie można mówić o tym głośno, ale w praktyce, korporacje tak naprawdę żerują na państwach, nie dając im w zasadzie nic sensownego w zamian (te drobne podatki, które one płacą, w porównaniu z ilością przysług, jakie państwo im oddaje, to naprawdę drobnostka).

Korporacje nie muszą mieć symboli i innych tego typu pierdół (niektóre próbują, ale stają się jedynie dzięki temu przedmiotem żartów). Korporacje muszą tylko jedno – zarabiać pieniądze. Korporacje też nie są wcale wymysłem naszych czasów – w dawniejszych czasach istniały różne organizacje zrzeszające ludzi interesu, takie jak np. Hansa, i one też robiły swoją politykę, miały wtyki tu i tam i również rywalizowały z państwami, a nawet były przez nie zwalczane.

W tej chwili państwa przy korporacjach wydają się być cherlakami. Korporacje robią sobie z państwami co chcą, najlepiej zresztą to widać na przykładzie USA. Tam korporacje wsadzają swoich ludzi do parlamentu i poprzez nich modyfikują prawo tak, żeby mogli bezkarnie wciskać ludziom różne produkty, które szkodzą ich zdrowiu, bez ponoszenia za to jakiejkolwiek odpowiedzialności. Niby korporacje mają działać w ramach określonego prawa – ale jeśli same to prawo w pewnym zakresie stanowią, to co? Każdy sobie panem, jak by powiedział Kmicic.

Nie neguję konieczności obrony “strefy kapitalistycznej”, bo strefa ma wciąż wielu wrogów na zewnątrz. Ale w tym zakresie to państwa mogą bez problemu dogadać się między sobą – istnieje już w końcu NATO, a między państwami strefy raczej militarna agresja nie jest możliwa. Nie musi się to jednak odbywać poprzez organizowanie obrony przez jedno państwo – wystarczy obrona “strefy”.

Ale korporacje, zarabiające niewyobrażalne krocie i obdzierające zwykłych ludzi ze skóry to jest coś, co od czasów “magnatów” się nie zmieniło. Jest tylko jeden problem – korporacjom nie ma kto się przeciwstawić. Państwa? Państwa nie tylko nie stają w obronie ludzi (co teoretycznie powinny robić); państwa potrafią dodatkowo iść na rękę korporacjom.

Korporacje jednak mają jeden słaby punkt – tym punktem jest klient. Jeśli duża grupa klientów nagle odwróci się od danej korporacji i przestanie kupować jej produkty – a w przypadku produktów żywnościowych efekt jest niemalże natychmiastowy – korporacja pada. Problem tylko w tym, że odwrócenie się pojedynczego klienta od korporacji nic dla korporacji nie znaczy – zawsze ściągnie sobie dodatkowych klientów poprzez różne reklamy i promocje. Korporacji może zaszkodzić dopiero organizacja konsumencja, która jednym posunięciem jest w stanie odciągnąć dużą grupę klientów od danej korporacji.

Korporacje nie są niczym złym – przeciwnie, świadczą o awansie cywilizacyjnym. Wszystko odbywa się w ramach uzgodnionych (choć zmienianych co chwilę!) reguł, nikt nikomu nie ścina głowy, nie wbija na pal, nie odrąbuje rąk i nie organizuje masowych mordów. A że są organizacje, które faktycznie ograbiają z zasobów ludzi, którzy te zasoby uczciwą pracą zdobyli – tak było na świecie od zawsze i nie ma tu co narzekać. Tego akurat nasza cywilizacja zmienić nie mogła, bo jest to nieodłączna cecha człowieka.

Zamiast więc bronić jakichś patriotycznych ideałów, które nie mają żadnego praktycznego sensu, ani uzasadnienia, lepiej organizować się w organizacje konsumenckie, które jako jedyne mogą być równorzędnym partnerem dla korporacji. Jeśli narzekamy na to, że korporacje żerują na ludziach, a sługusy i wazeliniarze z “salonu” stanowią dla nich źródło “pożytecznych idiotów”, lepiej jest zorganizować się i wzajemnie informować o tym, jaka korporacja gdzie robi jaki przekręt, który polityk został przez kogo skorumpowany (wtedy trzeba uważać, na kogo się głosuje). Oczywiście, korporacje będą próbowały do takich organizacji wprowadzić swoich agentów, którzy będą, niby to bezinteresownie, próbowali agitować za kupowaniem produktów określonej korporacji (tak jak dzisiaj np. korporacje płącą ludziom, żeby na niezależnych forach internetowych po cichu reklamowali ich, niby to bezinteresownie, jako prywatna opinia). Organizacja konsumencja jednak jeśli chce się utrzymać (a konkretnie utrzymać swoją wiarygodność) będzie musiała takich agentów wieszać – w prawach członka, oczywiście.

Wracając do źródła – państwa powstały poprzez organizacje ludzi w poprzek zawodów i wykonywanej pracy i silne były tylko wtedy, gdy obrona wspólnych interesów działała. Dziś państwo jeśli ma jakieś interesy sprzeczne z interesami innego, to jest to wyraz jedynie dyskryminacji innego państwa, czyli, w efekcie, dyskryminacja ludzi z innego państwa, czyli w skrócie, dyskryminacja innych ludzi. Państwo dziś, wobec korporacji, po prostu nie działa. Państwo dziś powinno sprowadzić się do roli administratora terenu ziemskiego, a sprawy obrony przed żerowaniem i wyzyskiwaniem pozostawić tym, którzy się do tego nadają.

Pan łona-bi

Posted in Uncategorized on 2011/07/09 by ethouris

Nieustający festiwal podejmowania tematów związanych z bezpieczeństwem drogowym trwa. Nie opadł jeszcze dobrze smród po panu Kublik, którego wspomniałem w poprzednim wpisie, ani nawet o, pominiętym przeze mnie, sprzeciwie rządu wobec tego, co stwierdziła jasno kontrola NIK, a o czym każdy kierowca w Polsce wie: to zły stan dróg (nie techniczny, tylko designerski) odpowiada za taką ilość wypadków. A już mamy następnego wszystko wiedzącego czytelnika, kto tu jest panem, a kto niewolnikiem.

Stan “zastany” jest jaki jest, o tym wszyscy wiedzą. Faktycznie, nikt nie trąbi, jeśli się jedzie zgodnie z przepisami, choć można być czasem uważanym za zawalidrogę. Raz na jakiś czas trafi się też jakiś idiota, który musi wyprzedzić.

Pisałem już o tym, z czego to wynika. To wynika z bardzo prostej zależności związanej z psychiką ludzkiego organizmu i jego dostosowywaniem się do zmieniających się warunków otoczenia: organizm reaguje z pewną inercją, przechodzenie między kolejnymi stanami powoduje zmęczenie i irytację. Dlatego najlepiej dla ludzkiego organizmu jest jak jedzie się z jedną stałą prędkością – niekoniecznie najwyższą możliwą. A w Polsce jest to niemożliwe – pojedź sobie gdziekolwiek w dłuższą trasę i nawet głupiego 90 km/h nie utrzymasz dłużej, niż przez 5 minut, bo co chwilę zakręt, albo skrzyżowanie, albo nawet teren zabudowany chociaż tam pies z kulawą nogą się nawet nie wałęsa, albo nawet nie daj bubu sygnalizacja świetlna – i od razu ograniczenie do 70, do 50, a nawet trzeba się zatrzymać. Rady typu jeździj więc cały czas 50 km/h to też chyba można sobie w dupę wsadzić.

Dla każdego, kto spędza za kierownicą na polskich drogach co najmniej dwie godziny dziennie, jest to sprawa zupełnie oczywista. Ale nie dla autora powyższego artykułu, zadającego debilne pytanie “Zyskasz 10 minut? A po co?”.

Nigdy w przypadku dużych prędkości nie chodzi o zdobycie jakiegoś rekordu czasowego. Bardziej chodzi o samo poprawienie sobie samopoczucia, że nadrobiło się coś, co trzeba było stracić przez konieczność zwolnienia, albo zatrzymania się. A konieczność poprawiania tego samopoczucia wzrasta tym bardziej, im bardziej trzeba co chwilę zwalniać i przyspieszać.

Co więcej, mimo że rzeczywiście mogę potwierdzić co najmniej jedną niebezpieczną sytuację na drodze, to jednak nie uważam, żeby po polskich drogach jeździły jakieś rzesze wariatów, jak to sugeruje autor. Wyprzedzanie na trzeciego, czy na pasie do skręcania, zdarzało mi się może raz na dziesięć jazd. A wyprzedzanie – no cóż… jeśli ktoś chce koniecznie udowodnić z góry założoną tezę, a to właśnie robi dokładnie nasz autor-czytelnik, to oczywiście trzeba wybierać celowo drogi jednopasmowe, jeszcze najlepiej żeby było po drodze mnóstwo skrzyżowań (jak wiadomo, z ograniczeniem do 70km/h). Nagrać to jeszcze na filmik i puścić całość zmontowaną z najsmaczniejszych kawałków. Trasę, która jest wspomniana w tym artykule pokonywałem kilkakrotnie. Z doświadczenia mogę jedynie powiedzieć, że aby uzbierać ten materiał, który został tam przedstawiony na filmie, potrzeba przejechać tą drogę minimum 8h dziennie przez tydzień. Inaczej po prostu będzie za mało wariatów.

Jeśli nie chodzi nam jednak o udowodnienie z góry założonej tezy, a o proste badanie, to proponuję wykonać podobne badania dla dróg ekspresowych dwupasmowych. Może ci się trafi czasem jakiś wariat, który, no cóż, przemknie obok ciebie z szybkością 220 km/h. Trafiali mi się podobni wariaci, mniej więcej z podobną częstotliwością co ci wariaci przedstawieni na tym filmie, niestety – ku nieszczęściu autora – nie powodowali żadnego zagrożenia życia i zdrowia nikogo, bo, no cóż, zwyczajnie po prostu na tej drodze nikogo się nie wyprzedza przez zjechanie na przeciwległy pas, ani też na tej drodze nie ma przejść dla pieszych, czy kolizyjnych skrzyżowań.

Mieszkam obecnie w Niemczech. Tu wygląda to następująco: jesteś w środku miasta, no to masz ograniczenie 60km/h. Warunki są, jakie są, nie ma co walczyć z wiatrakami. Jest ekspresówka przechodząca przez miasto, no owszem jest ograniczenie do 60km/h (ale to raczej tylko dlatego, że zrobili ostre zakręty i wąskie wyjazdy), ale w tym miejscu jedyne takie ograniczenie. Jest ograniczenie od 80km/h, bo jest tunel i to z zakrętem. Na dwupasmówce 100km/h. Bo trochę kręta. A autostrada? No, w tym akurat miejscu wyjazdu 120km/h, ale potem jest prosta droga i jest bez ograniczeń. Jak musisz jechać przez miasto, no to trudno, musisz się przygotować na stanie na skrzyżowaniach. Jak nie musisz, to wkręć się na jakąś dwupasmówkę i możesz przelecieć całe miasto.

W Niemczech, ogólnie sytuacja jest następująca: jak musisz przejechać z centrum jednego miasta do centrum drugiego miasta, to oczywiście jedziesz 10% drogi przez centrum miasta, ale 90% jedziesz po autostradach. Nie ma się więc co denerwować i gorączkować – te pierwsze 5% drogi przecierpisz, bo przecież zaraz wjedziesz na autostradę, a ostatnie 5% drogi też przecierpisz, bo przecież jesteś już i tak prawie na miejscu. W ten sposób nie ma żadnego powodu, żeby ze zdenerwowania zacząć robić głupie rzeczy.

Autor pisze bardzo śmieszną rzecz: próbowałem jeździć całkowicie zgodnie z przepisami… czy to znaczy, że przez cały pozostały czas, tak normalnie, to jeździ niezgodnie z przepisami? Skoro tak, to jakim prawem poucza innych kierowców?

Czy w Niemczech ludzie nie przekraczają prędkości? Ależ owszem, przekraczają. Tyle że to są przypadki marginalne, co więcej, dzieje się to i tak zwykle na takich drogach, gdzie można by w sumie stwierdzić, że ograniczenie jest zbyt nadgorliwe. Poza tym te fotoradary w miejscu, gdzie nagle zmienia się ograniczenie prędkości, też nie stoją tu bez powodu. Ale nie jest nimi usiana cała droga, tylko stoją tam, gdzie kierowca może “z rozpędu” pojechać za szybko, a ograniczenie musi być, bo akurat tak zrobiono drogę.

A w Polsce jak jest, wiadomo. Dobrych dróg jest jak na lekarstwo, przeważająca liczba wypadków to są wypadki podczas wyprzedzania (w przypadku dróg poza miastem) oraz wypadki na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną (w mieście). I to jakoś nikomu nie daje zupełnie nic do myślenia. A durne “jak zużyjesz te 10 minut” ma dawać do myślenia? O czym tu myśleć? Tu najdłużej można o czymkolwiek myśleć przez najwyżej pół sekundy, chyba że się jest skończonym matołem i potrzebuje się na wyciągnięcie takiego wniosku pół dnia. Autor, jak widzę, zużył 20% tego czasu i tak się zachwycił swoim myśleniem, że musiał się pochwalić. Musi się również dowartościować, bo przecież musi sobie czymś zrekompensować poczucie krzywdy doznawanej od tych spryciarzy, którym udało się wyprzedzić i być trochę do przodu. I dowartościowuje się: ci wyprzedzający to są wszystko niewolnicy, a ja jestem panem!

Facet oczywiście nie zauważa, że robi z siebie idiotę, popatrzmy: “Osoby z mentalnością pana nie potrzebują, aby ich kontrolowano. Same wiedzą, co mają zrobić i jeżeli mają przepisy, to będą je respektował. (…) Osoba z mentalnością pana będzie stosowała się do przepisów zawsze, niezależnie od sytuacji.” Obawiam się, niestety, że autor nie ma pojęcia o tym, na czym polega “mentalnośćc pana”. Osoba z mentalnością pana bowiem będzie starała się stosować do takich zasad, które zapewnią bezpieczeństwo na drodze. Nie oznacza to bynajmniej ścisłego przestrzegania przepisów. Jeśli przepisy zostały ustalone dokładnie według tego założenia, to wtedy oczywiście – przypadkiem – będą się zgadzać z tym, co postanowił kierowca. Przepisy również ułatwiają kierowcy podejmowanie decyzji, bo nie musi on kontrolować dokładnie drogi – jeśli nie ma na niej czegoś nienormalnego, np. wypadku, deszczu, śniegu – i wystarczy mu jechać zgodnie z przepisami. Natomiast osoba, która “stosuje się do przepisów zawsze, niezależnie od sytuacji”, to nie jest osoba z mentalnością pana, choć nie jest to też osoba z mentalnością niewolnika. Jest to osoba z mentalnością sługi. Jeśli już, to większość jeżdżących po polskich drogach można podzielić na tych, którzy starają się zachować bezpieczeństwo, i tych, dla których osobiste dotarcie do celu jest ważniejsze, niż bezpieczeństwo na drodze. No i jest oczywiście mniejszość, która po prostu jeździ zgodnie z przepisami. Co bynajmniej nie powoduje, że ci kierowcy nie powodują wypadków.

Czytelnik-autor jest zatem co najwyżej panem-wannabe i zupełnie nie rozumie takiej prostej zależności, że wszystkie te zachowania, które obserwujemy u kierowców w Polsce to zachowania zupełnie normalne i możliwe do przewidzenia i żadne gardłowanie i obrażanie polskich kierowców niczego w tej materii nie zmieni. Dokładnie tacy sami są kierowcy w Niemczech, w UK, czy w Stanach – wiem o tym, bo miałem okazję to obserwować. Tam są w ogóle dokładnie tacy sami ludzie. To nie jest żadna kwestia mentalności, ani “wrodzonego cwaniactwa” (bo cwaniak, żeby zacwaniaczyć, musi trochę pogłówkować, a podczas podejmowania decyzji na drodze na żadne główkowanie nie ma czasu). No dobrze, zgodzę się, co najwyżej, że jest zdecydowanie mniej chamstwa. Ale tu się po prostu jeździ jakoś spokojniej i nikomu nigdzie się nie spieszy – nie ma korków, więc można sobie spokojnie przewidzieć potrzebny czas na dotarcie do celu. Ale wypuść niemieckiego, czy brytyjskiego kierowcę do Polski na dwa miesiące i będzie jeździł dokładnie tak samo, jak reszta.

No cóż, nie będe domniemał, czy artykuł jest napisany na polityczne zamówienie, może i nie, po prostu pasuje komuś do teorii. “Nie mamy mentalności pana, jako kierowcy potrzebujemy bata, pręgierza, spowalniaczy, kontroli drogowych, a dopiero wtedy liczba morderstw, o przepraszam, wypadków ze skutkiem śmiertelnym, znacząco spadnie.” Dokładnie jak koń z “1984 Roku” mówiący “po prostu musimy pracować jeszcze więcej”. Skoro tak, to powtórzę po raz kolejny: na Litwie jest jeszcze więcej kontroli, złośliwszej niż w Polsce policji na drogach, i fotoradarów (na kilometr drogi), a mimo to Litwa wyprzedza Polskę w statystykach wypadków.

Tekst na koniec powala już nawet nie na kolana, ale na twarz: “Proponuję policji zrobić test: na wybranym, niebezpieczniejszym w Polsce odcinku drogi, gdzie dochodzi do największej liczby wypadków, dajmy na to na odcinku 20 km, co 500 metrów postawić fotoradar. Tak, tak, fotoradar. Zastanawiam się, jak po roku wyglądałyby statystyki wypadkowości – czy np. nie okazałoby się, że z nastąpiłaby cudowna zamiana i z najniebezpieczniejszego odcinka, droga zmieniłaby się w bezpieczną?”

Nieszczęsny idioto. Policja w Polsce robi to przecież od dawna. Co więcej, to właśnie tam głównie powinno się fotoradary stawiać i w “myślących” krajach fotoradary stawia się praktycznie wyłącznie z tego powodu. W tych “myślących” krajach oczywiście oprócz tego stawia się też drogi, na których można pozwolić na szybszą jazdę. A w Polsce jakoś się nie da – taniej jest postawić fotoradar.

A żeby nie obwiniać rządu o zaniedbania – publikuje się list jakiegoś matoła, licząc zapewne na to, że jego zdanie podziela większość. Już to widzę.

Pies

Posted in Uncategorized on 2011/03/09 by ethouris

Wstawiam, bo się zapomni jeszcze. My naszego psa na szczęście rozpoznamy z twarzy:

na paradzie labradorów – niestety trzeba ręcznie przeklikać, zdjęcie nr 8 (być może 7 to jest to samo, ale nie jestem pewny, bo jest z dziwnej perspektywy), ewentualnie link bezpośredni. Co prawda od tej pory wygląd psa mocno się zmienił, jest trochę starszy, no i nos mu się zrobił różowy – nie mam pojęcia dlaczego; tak się zrobiło na następną zimę po tym zdarzeniu i tak mu zostało do dziś.

Yellow pages: Europa na piechotę

Posted in Uncategorized on 2010/12/28 by ethouris

W Polsce od roku 2011 można jeździć na autostradach 140 km/h. W związku z tym, jakiś wielki mądrala z GW postanowił się wypowiedzieć.

Patrzę i oczom nie wierzę. Nareszcie jakieś sensowne posunięcie, praktycznie niczego nie zmieniające na naszych drogach (bo na naszych autostradach i drogach ekspresowych rzadko jeździ się poniżej 140 km/h), a tu ktoś koniecznie musi utwierdzać dawno już skompromitowany argument o związku między dopuszczalną prędkością jazdy, a wypadkowością na drogach.

A, no i oczywiście nie mogło zabraknąć koronnego argumentu, że UE ogranicza wszędzie prędkość, a UE przecież jest mądrzejsza od nas i powinniśmy robić to samo. Zdziwiłem się trochę, bo o ile durne przepisy drogowe to była zawsze domena krajów skandynawskich, więc mnie wieści z Norwegii, czy Danii nie ruszą, o tyle wieści tego typu z Francji, to już co innego. No ale byłem ciekaw, co będzie w przypadku Niemiec – no i o:


Na słynnych niemieckich autostradach teoretycznie nie ma ograniczenia prędkości. Ale KE podaje, że na ponad połowie z nich znaki ograniczają prędkość do 120 km/godz. lub jeszcze bardziej. Obowiązuje też “zalecana prędkość” do 130 km/godz. i kierowca, który będzie miał wypadek, jadąc szybciej, może nie dostać ubezpieczenia.

Byłem w Berlinie samochodem jakieś dwa lata temu. Wątpię, czy od tego czasu cokolwiek się zmieniło. Owszem, bywają tam ograniczenia prędkości do 120 km/h po autostradzie w niektórych miejscach, ale to zazwyczaj tylko w pobliżu wyjazdów. A że obowiązuje “zalecana prędkość” do 130 km/h – no, obowiązuje, i co, kogo to obchodzi? W ogóle zresztą za taką redakcję tego tekstu autor dostałby pałę już w liceum: obowiązuje zalecana prędkość (obowiązuje, czy jest zalecana?), nadmiarowy przecinek, może nie dostać ubezpieczenia (ubezpieczenia, czy odszkodowania?). Wątpię, czy kierowcę urządza jakiekolwiek odszkodowanie po wypadku przy prędkości od 130 km/h wzwyż, bo przy dowolnym wypadku przy takiej prędkości szanse przeżycia są poniżej 1%. Według moich obserwacji zresztą kierowcy zdają się zupełnie tym nie przejmować, skoro przy prędkości 160 km/h mój samochód był co chwilę “z gwizdem” wyprzedzany przez jakiegoś mercedesa. Cały ten tekst jest więc wyłącznie stekiem bzdur, bo usiłuje pokazać, że no w Niemczech też ogranicza się prędkość na autostradach, ale tak naprawdę żadnych ograniczeń tam nie ma.

Unia nam oczywiście znów pogrozi palcem:


W listopadzie na konferencji w Senacie eksperci z Wlk. Brytanii, Holandii i Szwecji pytali przedstawicieli polskich władz, jak chcą spełnić wymogi UE w sprawie ograniczenia liczby wypadków drogowych, skoro zezwalają jeździć szybciej. Odpowiedzi nie usłyszeli.

Autor oczywiście nie zacytował dokładnie tego, co owi eksperci powiedzieli, tylko “zrelacjonował”, jak to się teraz ładnie nazywa przekręcanie czyichś słów. Bo jeśli eksperci zadali mniej więcej takie właśnie pytanie “jak chcecie spełnić wymogi UE w sprawie ograniczenia liczby wypadków, skoro podnosicie ograniczenia prędkości”, to znaczy, że ci eksperci są skończonymi debilami, w co raczej nie uwierzę. Bo na takie pytanie można odpowiedzieć jedynie “co ma piernik do wiatraka”.

Jeśli eksperci zadali pytanie, jak Polska chce ograniczyć ilość wypadków na drogach, to w porządku, bo oczywiście pytanie jest otwarte. A odpowiedzi nie ma, bo nasi “eksperci” przecież nie mają zielonego pojęcia o tym, co należy robić, żeby poprawić bezpieczeństwo na drogach. Na pewno jednak nie mogą powiedzieć, że od lat w celu poprawy bezpieczeństwa na drogach wprowadzają więcej ograniczeń prędkości i więcej fotoradarów, bo wtedy można by było sięgnąć po statystyki momentalnie ich wywody skompromitować.

Autor przytoczył, że pod względem bezpieczeństwa na drogach gorsza od nas jest tylko Litwa. Nie wspomniał tylko, że na Litwie jest więcej patroli policyjnych, są jeszcze bardziej złośliwi, niż w Polsce, jak też więcej ograniczeń prędkości. Bo nie pasowałoby to do teoryjek o zbawiennym wpływie ograniczeń prędkości?

Stosunkowo mało wypadków jest właśnie w krajach, które mają mocno rozbudowane autostrady, a autostrady, choć wypadki na nich są najbardziej spektakularne, akurat należą do dróg najmniej wypadkowych. Fakt, że we Francji, czy gdzie by tam nie było w tej Europie, wprowadzono ograniczenia prędkości na autostradzie do 130 km/h, nic nie znaczy – niech mi ktoś pokaże, że od czasu, gdy wprowadzono dane ograniczenie prędkości, ilość wypadków na drodze zmalała. Póki co, nikomu nie udało się takiej statystyki nawet zafałszować, a co dopiero mówić o prawdziwych. Tym bardziej sam fakt, że gdzieś po prostu “jest” jakieś-tam ograniczenie prędkości (ale jest ono takie od 50 lat) dla wypadkowości dróg nic nie znaczy, bo nikt nie sprawdził, co by się stało, gdyby je podwyższyć.

Z jednej strony trochę nieładnie się stało, bo wiem, jak to prawo było wprowadzone – po prostu podwyższenie tej prędkości było na rękę posłom, którzy to zgłaszali, a tak naprawdę jest ono na rękę wszystkim, którzy poruszają się samochodami osobowymi i potrzebują przemieszczać się szybko, a wśród senatorów raczej ze świecą szukać takich, którzy tego warunku nie spełniają. Gdyby ten przepis nie był w interesie posłów i senatorów, na przykład, gdyby każdy z nich dostał służbową maszynę latającą do dowolnego korzystania, pies z kulawą nogą by się nie zająknął o tym projekcie.

Z drugiej jednak strony to bardzo dobrze, że ktoś wreszcie odważył się wprowadzić prawo, które podwyższa dopuszczalne prędkości. Rozumiem też protesty, jakie lewactwo europejskie podnosi przeciw temu przepisowi, bo jak nic przecież okaże się, że w wyniku tego przepisu ilość wypadków na drogach spadła (oczywiście ilość wypadków spadnie, bo więcej dobrych dróg zostanie oddanych do użytku, a związku z tą ustawą nie będzie żadnego).

A o mizernych artykułach, w których autor wylewa kubliki pomyj na nie słuchających pokornie Europy parlamentarzystów, ludzie szybko zapomną (mimo że GW opublikowała artykuł na pierwszej stronie), a w każdym razie na pewno zapomni autor, bo przecież w przeciwnym razie wyszedłby na idiotę.

Jeśli chcemy zmniejszać wypadkowość, to trzeba znajdować przyczyny wypadków i skupić się na nich w opracowywaniu strategii zmian. Ale to oznacza, że wypadek należy analizować bardzo dokładnie, w szczegółach. Wprowadzanie ograniczeń prędkości to nie jest żadna strategia, tylko walenie w ciemno. Jeśli Europa rzeczywiście chce kombinować w ten właśnie sposób, to może najprościej, kazać ludziom poruszać się wyłącznie piechotą lub komunikacją miejską. Na przykład Korea Północna w ten właśnie sposób rozwiązała problem wypadków drogowych – tam po prostu na posiadanie własnego samochodu trzeba mieć specjalne pozwolenie.

Jeśli nie chcemy zakazywać posiadania samochodu, to jedynym sposobem walki z wypadkami drogowymi jest po pierwsze, stopniowanie uprawnień (np. ograniczenie do określonej mocy silnika), po drugie, stosowanie na drogach rozwiązań minimalizujących “denerwowanie” kierowcy. A to oznacza, między innymi, aby w miarę możliwości również nie ograniczać prędkości.

Yellow pages: UE i USA grożą wspólnym palcem

Posted in Yellow Pages on 2010/12/23 by ethouris

Oficjele UE i USA ostro potępiły Łukaszenkę za gnębienie opozycji w trakcie wyborów.

No i co?

Czytam, czytam, próbuję się dopatrzeć jakiegoś sensu w tym, co piszą, i jakoś nic nie mogę znaleźć. Zresztą, popatrzmy:

UE i USA wzywają rząd Białorusi do wypełnienia zobowiązań powziętych wobec OBWE w sprawie znaczącej reformy procedur wyborczych.

Ach, więc Białoruś się do czegoś zobowiązała. Czy miała coś za to dostać, choćby symboliczną nagrodę za wywiązanie się lub karę za niewywiązanie się? No przecież nie. No to o co chodzi? Białoruś wszystkie te państwa może mieć najserdeczniej w dupie i nic jej za to nie grozi.

Podobno w czasie tego zamieszania został pobity, nie pamiętam czy zatrzymany, dziennikarz z Rosji. Wydawałoby się, że czego jak czego, ale Rosyjskich obywateli to już Rosja nie popuści i ktoś w końcu Łukaszence pokaże miejsce w szeregu. Ale zaraz, momencik, przecież to Rosja, nie USA. Gdyby to był Amerykański dziennikarz, a kraj nie znajdował się w Rosyjskiej strefie wpływów (gdyby np. pobito go w Meksyku), to wtedy dopiero by się zaczęły dywaniki. Ale w Rosji, gdzie zwykłym człowiekiem pomiata się jak szmatą, pies z kulawą nogą na to pewnie nie zwrócił uwagi (chociaż oczywiście jeśli taka krzywda dzieje mu się w Gruzji, to Rosja natychmiast wpuszcza ciężką artylerię, żeby “bronić swoich obywateli nawet poza granicami kraju”).

Obie szefowe dyplomacji podkreśliły, że poprawa stosunków Białorusi z USA i UE zależy od postępu w dziedzinie praw człowieka. – Bez znaczącego postępu te stosunki się nie poprawią – przestrzegły. Dodały, że wezmą to pod uwagę oceniając kolejne działania rządu w Mińsku i poddając przeglądowi swoje stosunki z Białorusią.

Śmiech na sali. No dobrze, ocenią ich negatywnie. I co?


Polska zaproponowała, by UE wznowiła i rozszerzyła zamrożone jesienią 2008 roku sankcje wizowe dla przedstawicieli białoruskiego reżimu. Inicjatywa w tej sprawie należy do Catherine Ashton.

No oczywiście, przecież który inny z krajów UE miałby odrobinę jaj, żeby proponować jakiekolwiek sankcje w stosunku do Białorusi. Dobre i to. Ale przecież ich to w najmniejszym stopniu nie wzruszy. Może też utrudnić poruszanie się poza Białorusią zwykłym, Bogu ducha winnym obywatelom Białoruskim.

Co innego można zrobić? Zwłaszcza, że przecież Polscy biznesmeni nie przestaną tam inwestować, choćby dlatego, że tam założenie firmy trwa krócej i jest łatwiejsze – gdyby łatwiejsze i tańsze w praktyce było w Polsce, to inwestowaliby w Polsce. Dlatego na żadne sankcje finansowe liczyć nie można, bo inwestorzy, nie tylko z Polski, ale i wielu innych krajów, stanęliby okoniem. O tym, jak Rosja by na takie propozycje zareagowała, już nie wspominam.

Reżim Łukaszenki będzie trwał, dopóki będzie go sponsorować Rosja, dokładnie tak samo, jak Korea Północna sponsorowana przez Chiny. I USA i UE gówno im mogą zrobić.

Jaki można z tego całego apelu wysłać wniosek? UE i USA poodgrywały sobie teatrzyk, pogroziły palcem, powygłaszały jedynie słuszne poglądy, a na dodatek – rzecz niesłychana – mówiły jednym głosem. Można nawet powiedzieć, że groziły wspólnym palcem. Jedyny kraj, na który można sobie popatrzeć z góry i trochę pokrzyczeć i popouczać go, jak powinno się rządzić w cywilizowanym kraju. Bo przecież Rosji, czy Chin, które demokrację mają głęboko w dupie, nikt krytykować nie zamierza.

Dobre pytanie, czy nie lepiej było to wszystko olać, skoro praktyczny rezultat tego jest żaden, a na dodatek USA i UE pokazują tylko swoją bezsilność wobec małego, nic nie znaczącego kraju. Ale przecież “demokraci” muszą korzystać z każdej okazji, żeby “bronić demokracji”, bo inaczej wyszłoby na jaw, że oni w tej obronie demokracji właściwie nic nie robią. Oczywiście, gdyby przyjrzeć się temu (.anti lo xe duvle lezlo), wyszłoby natychmiast, że w tym przypadku to też jest właściwie nic. Ale lemingom to wystarcza.

Łukaszenka jest w trudnej sytuacji, bo w zasadzie nie może sobie nawet pozwolić na taką jajcarską roszadę, jaką zrobili w Rosji Putin z Miedwiediewem. Gdyby zrobił taką roszadę, to wtedy już nie byłoby go po co tak opierdalać, bo w sumie zrobiłby dokładnie to samo, co Rosja, która przecież, jak każdy mędrek w UE wie (zwłaszcza w Niemczech), jest normalnym, demokratycznym krajem.

Sprawa zresztą niedługo przyschnie i wszyscy o tym zapomną. I tylko szkoda tych ludzi, którzy nadal wierzą, że na Białorusi może kiedykolwiek zapanować demokracja.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.