Libertariańskie nieporozumienia

Posted in Uncategorized on 2014/02/24 by ethouris

W trakcie różnorakich dyskusji natykam się na różne twierdzenia na temat libertarianizmu, czy to entuzjastyczne, czy to krytyczne, ale bardzo często jednak świadczące o niezrozumieniu niektórych – prostych jakkolwiek – pojęć, a nawet świadczące o utracie kontaktu z rzeczywistością. Podam tu parę przykładów.

Przypominam oczywiście, na czym polega “minimum ustaleń” według mojej definicji – są to trzy prawa podstawowe: prawo umowy, prawo własności, prawo informacji. Jest też Najwyższy Sąd Arbitrażowy, który rozstrzyga sprawy ostatecznie, ale wyłącznie w zakresie tych trzech praw.

1. Każdy na swoim terenie może robić wszystko, co mu się podoba!

Może, pod jednym warunkiem: że jest właścicielem ziemi pod wszystkimi zabudowaniami, dróg, pól, lasów, oraz cała ta ziemia będąca jego własnością jest stuprocentowo samowystarczalna – dostarcza wystarczająco dużo wody, ścieki i odpady komunalne przerabia w 100% na swoim własnym terenie, uprawy na tym terenie są wystarczające, żeby wyposażyć wszystkich mieszkańców w żywność, na terenie tej posiadłości znajdują się też różne fabryki produkujące potrzebne narzędzia i sprzęty. Aha, no i oczywiście teren swojej ziemi ma ogrodzony tak, żeby na pewno nikt się tam nie dostał.

A i to nie do końca. Bo jeszcze dodatkowo musiałby na tym terenie mieszkać całkowicie… SAM. Jakakolwiek co najmniej jedna dodatkowa osoba na tym terenie powoduje, że już trzeba z kimś różne rzeczy uzgadniać i się dogadywać. A jeżeli tych osób ma być więcej, są to jakieś osoby, które przyjechały, by się osiedlić, nawet mieszkając na najmowanym, takie osoby tak czy siak musiałyby zawrzeć z właścicielem odpowiednią umowę. Umowa taka wiąże obie strony – co oznacza, że gość nie może już robić na tym terenie wszystkiego, co mu się podoba, bo ograniczają go zapisy umowy. Oczywiście, może wpuszczać na swój teren kogo chce, byle tylko uprzedził, że może tutaj robić wszystko, co mu się podoba, bez żadnych ograniczeń, nawet zabijać, jak przyjdzie mu ochota. W takiej sytuacji raczej tylko ostatni desperaci i skrajni idioci mogliby chcieć przekroczyć granice jego posiadłości, bo skoro jedyną regułą tego człowieka jest jego nieskrępowana wolna wola bez żadnych ograniczeń, to nikt nie może na jego terenie czuć się bezpiecznie.

Istnieją na świecie ludzie, którzy próbują żyć całkowicie samotnie i samodzielnie; tacy oczywiście w strefie libertariańskiej byliby jak ryba w wodzie: swój teren, określony i ograniczony, sami za wszystko odpowiadają – tacy oczywiście mogą sobie robić na swoim terenie rzeczywiście co tylko im się podoba. Ale to akurat nie ma znaczenia dla jakichkolwiek rozważań, ponieważ tacy ludzie siłą rzeczy nie wchodzą w interakcje z kimkolwiek. A jeżeli wchodzą – to zawierają zawsze jakąś umowę, choćby tylko tymczasowo na czas wizyty.

2. Każdy może pójść do lasu i upolować co zechce – spryciarze wytrzebią lasy, pozostali będą głodować

Teoretycznie tak – pod warunkiem, że pozwoli na to właściciel lasu (w strefie libertariańskiej KAŻDY teren ziemski jest czyjąś własnością – nie ma nigdzie żadnej “ziemi niczyjej”). Jeżeli sam jesteś właścicielem twojego lasu, to możesz sobie w nim oczywiście robić, co ci się podoba (jeśli mieści się to oczywiście w uzgodnieniach z pozostałymi osobami, które wpuściłeś na swój teren). Jeśli go wytrzebisz i nie pozwolisz na odradzanie się – zniszczysz swoją własność. Co to zmieni? Nic, poza tym, że nikt po tobie nic sensownego nie odziedziczy, ani też w razie czego nie będziesz mógł tego lasu nikomu za sensowną cenę sprzedać. Ponieważ nie jest to już las taki, jaki był na początku, jest zdecydowanie mniej wart. Odbudowa zniszczonego lasu trwa długie lata, nawet dłużej, niż życie człowieka, więc oczywiste jest, że las sprawnie funkcjonujący jest wart ogromne pieniądze.

Nie jest to żelazna reguła. Ale jeżeli już twierdzimy stanowczo, że jedną z najbardziej powszechnych cech ludzkich jest zachłanność – to w takim razie każdy powinien na swoją własność chuchać i dmuchać, i raczej pomnażać wartość tej własności, niż ją trwonić i niszczyć. Jeżeli trwoni – to jest po prostu idiotą, który nie zasłużył na otrzymanie takiej własności. Choć oczywiście, jeśli już się trafiło, że taki ktoś wszedł w posiadanie lasu, to trudno. Jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. A nawet gdyby się trafił ktoś, kto odziedziczył na własność dużą połać lasu i bezmyślnie go zaczyna niszczyć, pewnie nie zostałoby to tak niezauważone, więc znalazłby się jakiś sprytny biznesmen, który zaoferowałby właścicielowi jego odsprzedanie, póki jeszcze ten las jest cokolwiek wart. Ktoś, kto chciałby tylko przepuszczać pieniądze i trwonić wszelkie dobra, pozbyłby się takiego lasu jeszcze z pocałowaniem ręki – o ile łatwiej mu jest przepuszczać pieniądze, niż niszczyć własny las!

To wyraźnie wskazuje na bardzo istotną zależność: ten, kto jest świadom wartości tego, co ma, i ile traci przez niszczenie, nie będzie niszczył. Zamiast tego, będzie robił użytek z lasu. Będzie polował w sposób kontrolowany i będzie sprzedawał innym to, co upoluje – lub będzie zawierał umowę na samodzielne polowanie, również w ściśle ograniczony sposób. Będzie również dbał o drzewa i wycinał je w kontrolowany sposób, zarabiając na dostarczaniu wysokiej jakości drewna.

3. Właściciel terenu ze źródłem wody będzie wyznaczał zaporowe ceny za dostęp do źródła

Jasne – a równocześnie za transport wody będą mu ludzie skwapliwie wyznaczali umiarkowane stawki. Specjalnie po to, żeby umożliwić mu bogacenie się.

Oczywiście w naszej strefie klimatycznej teoretycznie do wód głębinowych można się dokopać samemu, nie ma z tym większego problemu – dlatego nie jest to sytuacja typu “gość nie ma konkurencji”. Inaczej wygląda sprawa z mocniejszymi źródłami, które potrafią następnie zasilać rzeki – i w naszej strefie klimatycznej w zasadzie tylko takie źródła mogą być przedmiotem handlu, bo tylko takie produkują wodę w dużych ilościach. Jeżeli jednak ktoś by chciał sprzedawać taką wodę po zaporowych cenach, to nikt od niego nie kupi – a źródło nadal działa. Co zrobi z wodą, której nie sprzeda? Wyleje? Woda może wsiąkać w ziemię do czasu (gdyby mogła w nieskończoność, nie istniałyby rzeki, ani jeziora). W końcu zacznie się wylewać. Nie ma takiej pojemności, żeby całą wodę mógł zmagazynować zanim wycieknie! Choćby już nawet dlatego, że wielkość posiadłości ziemskiej nie jest nieograniczona. A nawet gdyby chciał zmagazynować taką wodę, to tylko na tym straci – woda źródlana niestety nie jest, w odróżnieniu od destylowanej, biologicznie neutralna i wraz z upływem czasu zwiększa się w nich ilość szkodliwych substancji, o przesiąkaniu wody mikroelementami ze ścianek zbiorników nie wspomnę. Nawet zakładając, że wodę możemy magazynować latami, po tych kilku latach w zbiorniku jest funta kłaków niewarta, może się nie nadawać nawet do polewania ulic. W ten sposób kupno takiej wody byłoby nie dość, że nieopłacalne (z powodu zaporowych stawek), to jeszcze zmniejszy się na nią ilość chętnych – w końcu kogo może interesować kupno wody, której nie można pić?

A w momencie, gdy woda przekroczy granice posiadłości właściciela terenu ze źródłem… zostanie on podany do sądu arbitrażowego przez właściciela posiadłości za jego granicą. I będzie musiał zapłacić odszkodowanie za zalewanie mu działki. Przecież prawo własności działa tak samo w przypadku właściciela sąsiedniej działki, jak i właściciela źródła wody. Jak to się jednak stało, że woda z jednej posiadłości wylała się na drugą? Że tak w naturze było (pamiętajmy, że dziś raczej jest mało prawdopodobne “odkrycie” istniejącego źródła o takiej mocy – raczej będzie to tak, że dwie działki, jedna ze źródłem i jedna z płynącą dalej wodą, zostały nabyte)? Może i było – ale właściciel przecież zadeklarował, że woda nie jest zjawiskiem naturalnym, tylko jego własnością, bo chce ją sprzedawać. Skoro tak – no to sorry, takie mamy warunki, że jak to jest twoja własność, to też i twoja wina, że woda zalewa posiadłość kogoś innego.

Oczywiście jeżeli właściciel terenu, na którym znajduje się źródło zechce – dla uniknięcia kłopotów – zadeklarować, że ta woda jest zjawiskiem dla niego zupełnie naturalnym i nie bierze odpowiedzialności za wodę (ale i nie będzie w niej mył nocnika – bo wtedy jest to znów przerzucanie z jego przyczyny swojej własności na teren kogoś innego bez pozwolenia), to nie ma innego wyjścia, jak w tej kwestii podpisać z właścicielem sąsiedniej działki odpowiednią umowę. Wtedy oczywiście może powiedzieć, że nie bierze odpowiedzialności za to, że na teren sąsiada wdziera się woda – ale i nie może jej sprzedawać (a jeśli nawet sam chce z niej korzystać, to musi wtedy udostępnić możliwość poboru tej wody bezpłatnie każdemu chętnemu, bo w przeciwnym razie jest to zawłaszczanie zasobu naturalnego). Bo żeby sprzedawać, musiałby uznać ową wodę za swoją własność (prawo informacji – nie może w zależności od okoliczności ta sama rzecz raz być własnością, a raz nie!). A jeśli uzna ją za swoją własność – wtedy z sąsiadem obok musiałby już dogadywać się inaczej, tzn. na dzierżawienie jego kawałka terenu na transport wody. Czy może mu ją sprzedawać? Może, o ile ten ją kupi. Jeśli nie kupi, to wtedy własność właściciela źródła przepływa przez jego teren i na ten temat muszą zawrzeć jakąś umowę na dzierżawę na określonych warunkach. Jeśli tego nie zrobią, to właściciel terenu z rzeką będzie mógł pozwać właściciela terenu ze źródłem do sądu.

Ale i to nawet jest jeszcze nie koniec kłopotów właściciela terenu ze źródłem. Woda przepływa przez teren sąsiada, ale jest raczej nieprawdopodobne, że sąsiad hoduje jakiegoś smoka Wawelskiego, który mu tą całą wodę wypije. Zatem woda będzie musiała wypływać z jego terenu na teren następnego sąsiada. Sąsiad 2 do sąsiada 1 no gościu co mi tu wypływa? A sąsiad 1 powie, że to nie moje, to tego tam, gdzie jest źródło, ja mu tylko udostępniam teren to przelewania wody, za odpowiednią opłatą. To jego własność, do niego idź z pretensjami. I tak po kolei do każdego z sąsiadów nieszczęsny właściciel źródła musi wpaść i podpisać stosowną umowę. Co i raz komuś nowemu musi płacić za przepływ tej “jego” wody przez jego teren, a jeszcze się nie zdążył dobrze zastanowić, w jaki sposób chce zarabiać poprzez “golenie frajerów” na sprzedaży wody!

Dlatego, jak się spodziewam, najsensowniejszym rozwiązaniem jest utworzenie konsorcjum w składzie różnych terenów ziemskich, które ustanowią wspólny zarząd tak powstałego terenu ziemskiego (czyli powiatu), i tereny ze źródłem i rzeką zostaną przejęte przez to konsorcjum na własność. Następnie wszyscy będą z tych zasobów wodnych korzystać ustalając reguły wspólnie.

Inna sprawa może być na terenach ubogich w wodę. Tu sytuacja wygląda inaczej – ale też wygląda inaczej kwestia uzyskiwania własności.

Jeżeli teren jest przedmiotem dobrowolnego zasiedlenia, to wtedy będzie zwykle tak, że nikt nie zajmie terenu bez dostępu do wody, to chyba oczywiste. Jeżeli zaś kilku zajęło tereny i nagle wszyscy się rzucili na niezajęty teren z wodą (mało prawdopodobne, bo zwykle najpierw się patrzy, czy jest woda, a potem zajmuje teren, ale załóżmy), to wtedy prawo do zajmowania tego terenu mają wszyscy, którzy się o to ubiegają i którzy są nim zainteresowani – a w ostateczności będzie musiał to rozstrzygnąć sąd. Jeśli z kolei jest niezajęty teren blisko źródła, to z oczywistych względów jeśli ktoś będzie chciał go zająć, to musi wymyślić, jak z tego terenu zrobić użytek, nie mając dostępu do wody, a następnie z właścicielem uzgodnić odpowiednią umowę użytkowania. Ponieważ samo istnienie takiej umowy – przypisanej do terenu obustronnie (tak też można), a więc dziedziczonej przez każdego następnego właściciela – zmienia kwestię wartości działki, rozwiązanie takiej umowy powinno być obwarowane wypłatą odpowiednich odszkodowań.

Oczywiście może być też źródło innych zasobów – takich jak np. brzeg morza, czy jezioro. Czy nawet coś typu góry, ładne widoki itd. – na to jest jeszcze jeden sposób. Otóż każdy właściciel terenu, o ile nie jest właścicielem dużego, samowystarczalnego terenu (podobno takie nie istnieją, lub też życie na nich wymaga ogromu wyrzeczeń), należy do jakiejś formy wspólnoty ziemskiej. Wszystko jest w takiej sytuacji kwestią umowy z sąsiadami ze wspólnoty, a nawet jeśli się nie należy do wspólnoty, trzeba mieć z nimi zawiązaną jakąś umowę, żeby w ogóle choćby można było się ze swojej posiadłości wydostać. A skoro już są podpisane umowy – to nie ma innej możliwości, niż taka, że właściciel zasobu sprzedaje dostęp do niego po uczciwych cenach. A w zamian może dostać pozwolenie na kupowanie innych zasobów.

Tak. Dobrowolność podpisywania umów i zawierania transakcji to również możliwość umówienia się, że człowieka z terenu jego posiadłości nie wypuszczą i nikt od niego niczego nie kupi. Nawet jeśli musieliby kupić drożej od kogo innego. To prawda, że – jak już chyba wspomniałem – Naczelny Sąd Arbitrażowy jest władny zmusić właściciela zasobu w szczególnych przypadkach do odsprzedaży zasobu. To się jednak dzieje tylko w przypadku, gdy jest to jedyny sposób na rozwiązanie konfliktu. Właściciel terenu z unikalnym zasobem może oczywiście podać do sądu powiat, który nie chce go wypuścić z posiadłości – ale jedyne, co uzyska, to zapewnienie od sądu, że powiat bardzo chętnie go wypuści, jeśli on zechce z nim podpisać odpowiednią umowę na korzystanie po uczciwych stawkach ze swoich zasobów. Właściciel oczywiście może być uparty i dostępu nie dać, ale powiat tak samo może się uprzeć i go nie wypuścić, pozwalając mu co najwyżej w ostateczności wykopać sobie – na własny koszt oczywiście – tunel pod ich terenem.

Oczywiście jeszcze można by zapytać, co w przypadku, gdy trafi się gdzieś kopalnia złota?

Moment. Ustalmy najpierw, co to znaczy “trafi się”? Ktoś trafił przypadkiem na kopalnię złota na działce, która od pewnego czasu jest jego własnością i wcześniej nie było na ten temat żadnej wzmianki? No to trudno – trafił, miał szczęście, jest jego.

A jeśli trafił ot-tak na otwartym terenie?

Nie mógł. Jeśli trafił na “otwartym terenie”, to znaczy, że zrobił to na terenie powiatu, o ile wręcz nie na terenie jakiegoś właściciela będącego osobą fizyczną. Ziemia taka jest własnością powiatu, więc cokolwiek się znajduje w tym miejscu, dysponowanie tym czymś może się odbyć tylko na warunkach określonych przez powiat. To oznacza, że facet nie mógł grzebać w ziemi. To znaczy pewnie mógł, ale na takiej ziemi to nawet nie wolno mu jagód zbierać, jeśli powiat na to nie pozwoli. Na grzebanie w ziemi na pewno nie pozwoli tak od kopa.

A jeśli ktoś dogrzebie się do jakiegoś złota, stwierdzi że jest, a potem z dupy nagle kupuje tam działkę?

Może o to wystąpić, choć oczywiście powiat nie ma obowiązku zawierania transakcji – wymuszenie transakcji może przeprowadzić tylko NSA i tylko w sytuacji, gdy jest to niezbędne do rozwiązania konfliktu własności. Ale zanim powiat ową działkę sprzeda, powinien oczywiście najpierw przeprowadzić dokładną analizę owej działki, w tym przeprowadzi badania, co tam się znajduje, nawet pod ziemią – i jeżeli jest tam kopalnia złota, to z pewnością ją znajdzie. Nadal oczywiście może mu ją zechcieć teoretycznie sprzedać, choć pewnie będzie sobie za to żądać potwornych pieniędzy, bo działka z kopalnią złota będzie i kupę złota warta. Oczywiście powiat może źle wykonać prace badawcze i sprzedać mu działkę za bezcen – trudno, jeśli powiat ma takich mieszkańców, którzy nie umieją wymusić określonych rzeczy na władzach w takich przypadkach, to trudno.

Oczywiście to nadal nie oznacza, że po kupnie takiej działki już hulaj dusza. Powiat, mimo badań, może kopalnię przegapić. Niestety jeżeli znajdą się jakiekolwiek dowody na to, że ten człowiek wcześniej dowiedział się w jakiś sposób, że na tej działce znajdowała się kopalnia złota, to wtedy wystąpi problem typu niezgodność przedmiotu transakcji między zapisem w umowie, a stanem faktycznym (tzn. co innego pod pojęciem owej działki rozumiał powiat, a co innego nabywca – ponieważ nabywca wiedział, że nabywa teren ziemski z kopalnią złota, a to jest już przedmiot innej transakcji). Jeśli powiatowi uda się coś takiego udowodnić, idzie z tym do sądu i uzyskuje od niego z marszu unieważnienie transakcji. Tylko, drobnostka, powiat też nie może być głupi i dać zapisu w umowie, że sprzedaje działkę niezależnie od tego, co się na jej terenie i pod nią znajduje. Musi dokładnie opisać, że sprzedaje działkę o danej powierzchni, z pułapem wysokościowym X metrów i z dozwoloną głębokością Y metrów, na terenie której nie ma żadnych wartościowych minerałów. W zasadzie samo ograniczenie głębokości zwykle powoduje, że żadne kopalnie nie mają tam racji bytu – w razie udowodnienia, że ktoś kopie na swojej ziemi na głębokość większą, niż wspomniane w jego akcie własności, czeka go wypłata sporych odszkodowań.

4. Nie będzie żadnej wymyślonej przez współczesne państwa “własności intelektualnej” – każdy będzie mógł kopiować filmy i muzykę bez ograniczeń!

W strefie libertariańskiej podstawą do rozważania praw własności jest pojęcie zasobu. Zasób jest to coś, co posiada jakąś wartość, może być przedmiotem transakcji, przedmiotem własności i dzierżawy (przy czym uwaga: transakcja wymaga, aby poddany jej zasób był najpierw czyjąś własnością). Aby stwierdzić, czy w strefie libertariańskiej będzie istniało pojęcie własności intelektualnej, trzeba określić, czy jest ona zasobem.

Rozstrzygnięcie, czy własność intelektualna może być zasobem, jest bardzo proste. Wystarczy dać następujące porównanie: załóżmy, że mam płytkę DVD (powiedzmy że RW) z filmem i jedną taką samą, czystą. No dobrze, zapisaną jednokrotnie jakimiś nieistotnymi danymi. Czy wartość tych dwóch przedmiotów na rynku jest identyczna, czy też ta z filmem będzie warta więcej? Zakładamy oczywiście, że poza faktem, że na jednej z płytek jest nagrany ten film, niczym się one od siebie nie różnią. Zakładamy oczywiście dodatkowo, że film ten równocześnie nie jest nigdzie dostępny do ściągnięcia w sieci, choć istnieje dostępnych wiele płyt DVD z tym filmem.

Porównanie to oczywiście można też odnosić do tego, co jest faktycznie wart dany film na rynku. Istnieją bowiem oczywiście filmy, które dla wielu ludzi będą przedstawiały taką wartość, że różnica między tymi dwoma płytkami będzie żadna. Ale i trzeba też pamiętać o drugiej stronie medalu – ile zasobów zostało poświęconych, aby wyprodukować tą pierwszą, pierwotną płytkę DVD z filmem. A konkretnie, aby wyprodukować sam film.

Oba te porównania wskazują nam niezbicie, że ów film, który jest jedynie zapisem danych, nie jest w ogólności jakimś “zupełnie niczym”. Natomiast trzeba też pamiętać, że ponieważ może on być powielany, to nie może być siłą rzeczy przedmiotem sprzedaży (ponieważ po dokonaniu sprzedaży uważa się, że zasób docierając do następnego właściciela poprzedniego opuścił). Może być jedynie przedmiotem dzierżawy (licencji). Przedmiotem sprzedaży co najwyżej mogą być prawa autorskie do filmu (czyli, w tym wypadku, możliwości ustalania innym warunków licencji tego filmu).

Ale z drugiej strony trzeba też pamiętać o tym, że własność intelektualna musi podlegać takiej samej grze rynkowej, jak inne zasoby. Szczególnie istnieje tutaj problem w przypadku wynalazków, ale także takich rzeczy np. jak wzory projektowe. Właściciel takiego zasobu intelektualnego przez sam fakt zarejestrowania go ma potencjalne możliwości szkodzenia innym poprzez zakazywanie im robienia podobnych rzeczy, nawet jeśli się na nim wcale nie wzorowali. Dlatego w przypadku własności intelektualnej trzeba uwzględniać następujące aspekty:

  • jakie zasoby i jak wiele pracy ktoś włożył w wymyślenie tego wynalazku (stworzenia utworu itd.)
  • jakie zasoby i jak wiele pracy ktoś włożył w dopracowanie tego pomysłu od strony technologicznej
  • na ile można oszacować alternatywne sposoby wytworzenia takiego zasobu intelektualnego
  • czy są możliwości oszacowania wartości samego zasobu (porównanie wartości zasobów, które ów zasób zawierają, i które go nie zawierają)

Dopiero po przeanalizowaniu tych wszystkich czynników możemy stwierdzić, na ile rzeczywiście można określić, że coś jest zasobem intelektualnym, i jakie obowiązują go dodatkowe uwarunkowania.

Załóżmy taką całkiem arbitralną sytuację: w strefie ktoś robi film. Wydaje na niego określone pieniądze. Jak może teraz ten film sprzedać, żeby cała robota mu się opłaciła?

No bo jeżeli nie będzie żadnego prawa, które by chroniło “własność intelektualną”, to wtedy sprzeda jednemu gościowi za ułamek tego, co włożył w produkcję (za większe pieniądze przecież nikt nie kupi), a ten następnie rozprowadzi wśród wszystkich w całej strefie. No, może użebrze parę groszy na jakiejś sprzedaży dobrze rozreklamowanej – ale nie róbmy sobie jaj, w strefie raczej wszyscy się lepiej znają, więc jeden kupi, sąsiedzi zrobią zrzutkę, i tak producentowi filmu nie zwrócą się nawet koszty produkcji. Potencjalni twórcy filmów będą o tym wiedzieć doskonale, więc i nie będą niczego produkować. No, ewentualnie gdyby znalazła się grupka zapaleńców, będą ten film wyświetlać wyłącznie na jakichś “zamkniętych pokazach” (nawet w zwykłych kinach nie ma co ryzykować, bo będą też ludzie wynoszący film kamerą – za to nie można karać, skoro film nie jest przedmiotem własności). A na dodatek, jeśli przedstawicielstwo strefy nie podpisze z innymi krajami umów na ochronę “własności intelektualnej”, to na granicy będą nawet kontrolować, czy ktoś nie “przemyca” filmów czy dokumentacji technicznej (i aresztować za próbę przemytu). W efekcie mieszkańcy strefy nie będą mogli oglądać żadnych filmów produkowanych za granicą, a co najwyżej pokątnie rozdawać sobie pirackie kopie – choć to z kolei też byłoby legalnie naciągane, ponieważ prawo własności dotyczy tego przypadku również. Już nie wspomnę zresztą o niemożliwości bycia takiej strefy w Schengen, bo warunkiem jest uważanie zasobów intelektualnych za zasoby i jako takie podlegające prawu własności.

Dlatego nie ma innego wyjścia jak określić pewien ograniczony czas, przez który będzie obowiązywała ochrona własności intelektualnej, czy też różne inne bardziej skomplikowane obostrzenia, takie jak nakaz licencjonowania każdemu chętnemu.

Własność intelektualna zawsze wzbudza wiele kontrowersji – ale trzeba niestety też pamiętać o tym, że traktowanie utworów i wynalazków jako rzecz publiczną spowoduje jedynie, że nikt nie będzie chciał niczego wynajdować, ani tworzyć – a jeśli już coś takiego zrobi, to będzie to robić wyłącznie z pasji, dla grona znajomych, może czasem dla sławy – ale będzie to robić wyłącznie jako poboczne zajęcie, coś w rodzaju hobby (a przez większą część czasu będzie robił co innego, coś, na czym może zrobić pieniądze). A wynalazki będzie po prostu ukrywał na ile się da i będzie sam robił z nich użytek dla siebie – nie dając innym możliwości skorzystania z jego dobrodziejstw, nawet za obopólną korzyścią. Wynalazki nadal będą powstawały w krajach, w których własność intelektualna jest chroniona, a strefa będzie zaściankiem technologicznym. To jest teoria.

Nie jestem w stanie niestety potwierdzić nic konkretnego w kwestii praktyki, bo różne rzeczy słyszałem. Słyszałem np., że Anglia tak się wzbogaciła w czasach XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, bo była pierwszym krajem, który wprowadził prawo patentowe. Ale i słyszałem też, że Szwajcaria początkowo tak się wzbogaciła dzięki korzystaniu z Niemieckich wynalazków bez ponoszenia opłat za patenty – oczywiście do czasu, bo Niemcy się w końcu wkurzyli i wymusili na Szwajcarii wprowadzenie tego prawa, no i wtedy eldorado się skończyło. Oczywiście na obie te rzeczy istnieje wytłumaczenie: Anglia się wzbogaciła, bo ludzie mając pewność ochrony swoich wynalazków, publikowali swoje wynalazki i robili na nich kasę, a kasę robili też następnie ci z nich korzystający. Szwajcaria natomiast korzystała z już gotowych wynalazków z Niemiec – czyli bogacili się cudzym kosztem.

Istotne jest jednak, że na pewno jakaś ochrona własności intelektualnej powinna istnieć, ponieważ zasób intelektualny jest bezsprzecznie zasobem. Niestety współczesna realizacja tego ideału często bywa taka, jak to zwykle – że właściciel unikalnego zasobu uniemożliwia dostęp, a ten, który ten dostęp wykradnie, niczym Prometeusz, jest następnie ścigany przez prokuraturę (już nawet jeden z takich, po pogróżkach, popełnił samobójstwo). Natomiast czy można określić jakieś uniwersalne reguły, które pozwalałyby pozbawiać właściciela zasobu możliwości jego nieudostępniania? Oszacowanie, ilu ludzi “kupiłoby” licencję na określony zasób intelektualny, gdyby nie dano im możliwości uzyskania go za darmo, jest bardzo trudne, właściwie można to jedynie zrobić poprzez porównanie i policzenie – a porównać nie zawsze jest z czym. Potem oszacowanie, kto z zasobu skorzystał i jak go spożytkował. Po co? Tylko i wyłącznie po to, żeby stwierdzić, kto ma zapłacić odpowiednie odszkodowania. Właściwie najsensowniejszy chyba pomysł byłby taki, żeby za ochronę własności intelektualnej należało płacić odpowiednie pieniądze, w zależności od typu zasobu (sposobu jego wykorzystania), z ratą rosnącą z każdym rokiem ochrony. Ale to już jest do ustalenia w gestii powiatów – podobnie jak regulacje antymonopolowe.

Problem polega też na tym, że ten przykład z samobójstwem człowieka zaszczutego przez prokuraturę za to, że udostępnił w sieci należące do prywatnego właściciela dokumenty aby pomóc studentom w uzyskaniu niezbędnej im wiedzy, jako przykład “tych okrutnych praw autorskich”, jest nietrafiony. Problemy w tym przypadku były zupełnie inne, tzn.:

  • facet nie był żadnym złodziejem-włamywaczem, kieszonkowcem, mordercą, gwałcicielem, czy w ogóle kimś niebezpiecznym dla społeczeństwa, więc ściganie go przez prokuraturę jest najzwyczajniej w świecie brutalną opresją, działaniem godnym totalitarnej dyktatury (oligarchicznej zresztą) – jeśli USA, a dokładnie temu stanowi, w którym sytuacja miała miejsce, zależało na pokazaniu, że tam cywilizacja jeszcze nie dotarła, a standardy prawne przypominają carską Rosję lub Afganistan, to im się to udało. Jeżeli dla kogoś to stanowi problem, że ten gość udostępniał te materiały w sieci, to tylko dla właściciela praw autorskich. Właściciel ten powinien móc go podać do sądu i zażądać odszkodowania – i na tym powinna się wszelka moc “ścigania przestępstwa” zakończyć. Ewentualnie właściciel praw może jeszcze zażądać od uczelni zdjęcia udostępnienia oraz powiadomić wszystkich, którzy zdążyli już skorzystać, że mają usunąć wszelkie odwołania do tego materiału we wszystkich swoich pracach lub móc udowodnić, że nabyli prawa do dzierżawy tego materiału (lub je nabyć, jeśli tego nie zrobili), i jeżeli taka akcja się uda, to o tyle mniej będzie żądać od udostępniacza odszkodowania.
  • jeżeli rzeczywiście był to materiał potrzebny studentom, to uczelnia nie powinna nawet sugerować, że istnieje taki materiał i że warto by było się do niego odwołać – jak ktoś studiuje, to uczelnia powinna udostępnić mu za darmo (tzn. na własny koszt) wszystkie potrzebne materiały; jeśli nie może tego zrobić, to nie może wymagać poszukiwania wiedzy w takich źródłach, a jeżeli ktoś na własny koszt zdobędzie takie materiały, to powinien zawrzeć z uczelnią specjalną umowę określającą finansowanie źródła oraz udział w zyskach, jeśli praca studenta miałaby być do czegoś przez uczelnię wykorzystana – wykorzystywanie własnych pieniędzy do zdobycia materiałów KONIECZNYCH do wykonania pracy na uczelni (nie mówię o materiałach “wspomagających”, jak skrypty uczelniane, tylko o materiałach podstawowych, obowiązkowych) uważam za skrajne barbarzyństwo, uczelnia która w ten sposób postępuje, zwłaszcza że i tak słono sobie liczy za naukę, jest zwykłym zdziercą i gołodupcem w jednym. Uczelnia zatem powinna była dogadać się z właścicielem zasobu, jeżeli zamierzała żądać od studentów używania tego zasobu. W ogóle praktyka – o której słyszałem jeśli chodzi o USA, ale obca mi kompletnie – żeby student z własnej kieszeni sponsorował dość pokaźne koszty swojej nauki poza tym, co ma otrzymać uczelnia, i to w dodatku jeszcze koszty okazjonalne, o których nie było w ogóle mowy przed rozpoczęciem nauki, to dla mnie również praktyki niczym nie różniące się od Rosyjskich pilotów samolotów rejsowych, którzy potrafią przed lotem wyjść do pasażerów i powiedzieć “zrzutka na paliwo, inaczej nie lecimy”.

Problem z takimi prawami jest przede wszystkim taki, że po jakimś czasie tego typu wynalazki i utwory wplatają się w codzienne życie, ludzie zaczynają je znać na pamięć, a także utrwalać w powszechnie tworzonych dziełach. Tak jak dobra fizyczne zużywają się, psują, zostają odesłane w którymś momencie na śmietnik, tak też i wynalazki, filmy, czy muzyka, muszą podlegać prawu “rozmycia” i tym samym stania się własnością publiczną. Jeżeli więc chcemy być w porządku z każdym aspektem zasobu, to trzeba też umieć sensownie określić taki właśnie “czas rozmywania się”. Moim skromnym zdaniem, 20 lat to jest maksymalny czas, na jaki można pozwolić własności intelektualnej się rozmywać – niestety współczesne państwa ustaliły tą granicę dużo, dużo wyżej. Tak naprawdę najsensowniej by było, żeby ochrona nie miała w ogóle limitu czasowego, a jedynie aby po prostu po pewnym czasie owa ochrona przestała się opłacać.

Więc na pewno w strefie libertariańskiej zasób intelektualny będzie zasobem i będzie podlegał prawu własności, natomiast jak każdy zasób będzie się też “zużywał”, a rozstrzygnięcie, na jakim stopniu “zużycia” jest ten zasób i oszacowanie wartości własności i możliwych pretensji, będzie pewnie niejednokrotnie przedmiotem arbitrażu. Spodziewam się jednak, że państwa rozwiążą ten problem szybciej ustalając dla obywateli i zarejestrowanych w nich firmach odpowiednie reguły określające zużywanie.

Moim zdaniem najsensowniejsze podejście do ochrony własności intelektualnej jest następujące:

  • Powinna istnieć inicjatywa forum zajmująca się ochroną własności intelektualnej
  • Każdy zasób intelektualny, który ma podlegać ochronie, musi zostać zarejestrowany, wraz z przypisaną firmą, która zajmuje się jego ochroną
  • Firma, która chroni wartość intelektualną, musi prowadzić rozpoznanie odnośnie tego, jak bardzo zasób jest popularny wśród ludzi
  • Stawka za ochronę jest określana przez następujące czynniki:
    • Z każdym rokiem stawka jest podwyższana o 1/4 stawki z poprzedniego roku
    • Zgodnie z wyliczonym procentem populacji, którzy korzystają z owego wynalazku, określa się liczbę korzystających, i dodatkowy składnik stawki jest proporcjonalny do tej wartości (jest to jeszcze mnożone przez 10% wartości rynkowej zasobu po odjęciu marży sprzedawcy)

Problemem tutaj jest nie tyle to, że nie wiadomo, czy to własność, czy nie, tylko do którego momentu jest to ochrona własności, a od którego żerowanie na ludziach dzięki lukom w prawie.

5. Każdy, kto ma kasę, będzie mógł wynająć lepszych prawników, lepszych arbitrów, przeciągnąć sprawę na swoją korzyść i żądać kosmicznych opłat i odszkodowań.

Oczywiście tu też można przytoczyć wiele sytuacji, które miały miejsce. Oczywiście żadna w strefie libertariańskiej, co oczywiste, ale wszystkie jednak w państwie uważanym za wyjątkowo “liberalne”.

Otóż był sobie pewien sędzia, który wykończył właściciela pralni na tyle, że ten musiał ewakuować się do Korei. W USA, gdzie sprawa miała miejsce, wypadki potoczyły się następująco: właściciel pralni zniszczył spodnie sędziemu, które ten dał mu do uprania. No, sprawa była nie do uratowania, a pralnik nawet nie protestował – wina była oczywiście po jego stronie, więc pralnik zaproponował odszkodowanie. Ponieważ sędzia argumentował, że owe spodnie były dla niego istotną pamiątką i mają dla niego dużą wartość, pralnik zaproponował dwukrotność ceny rynkowej owych spodni w ramach odszkodowania. Jednak poszkodowany nie chciał na to przystać, upierając się, że chce dużo wyższego odszkodowania (nie pamiętam ile – ale podobno jakaś zawrotna suma, za którą można by kupić pralnię, pralnika i cały jego majątek i jeszcze dużo by zostało). Sąd oczywiście zamierzał przychylić się do jego prośby i takie odszkodowanie mu zasądzić. Rezultat był łatwy do przewidzenia – ponieważ pralnik żadną miarą nie mógłby spełnić jego wygórowanych żądań, postanowił wyjechać z USA do Korei. Wiadomo której Korei, jest jedna, druga to czarna dziura :D

Nie chcę dywagować, jakie to prawo pozwoliło sędziemu zaakceptować takie żądania poszkodowanego. W strefie libertariańskiej sprawa zostałaby potraktowana w następujący sposób:

Należy zacząć od tego, że wszystkie transakcje w strefie libertariańskiej odbywają się na zasadzie umowy. Umowa oczywiście może być ustna, choć oczywiście umowę bez papieru jest trudniej poświadczyć. Ale w przypadku dawania spodni do pralni w zupełności wystarczy, że zostanie podpisany krótki papierek, że przyjęto do pralni, i że klient zgadza się na warunki. Właściciel pralni, jeżeli jest przytomny, opisze w regulaminie warunki przyznawania odszkodowań w momencie zniszczenia rzeczy. Oczywiście jeśli takie warunki naruszałyby prawa podstawowe, sąd je podważy (np. jeśli w regulaminie będzie coś typu “zastrzegamy sobie prawo nie oddania rzeczy przyjętej na stan”), nawet jeżeli klient to podpisze. Ale jeżeli będzie po prostu napisane “w przypadku zniszczeń niemożliwych do przywrócenia do pierwotnego stanu odpowiadamy do wysokości wartości zakupu plus X extra”, to klient ma tylko jedną możliwość: zgodzić się na takie warunki (albo zrezygnować z usługi). Został uprzedzony, że może się zdarzyć w wyniku ich błędu, że zniszczą. Został uprzedzony, że jeśli zniszczą, to odpowiadają do wysokości wartości plus coś ekstra – i jest to zgodne z prawami podstawowymi. W takim przypadku klient po prostu albo może zgodzić się na takie odszkodowanie, albo wypad z baru. Co więcej, można żądać deklaracji, jeśli oddana do pralni rzecz jest warta więcej, niż podana kwota. Jeżeli jest wyższa, to pralnia może odmówić przyjęcia, albo nawet zażądać dodatkowej stawki proporcjonalnej do tej wartości.

Jeżeli jednak pralnia nie określa wprost takich warunków (pralnik niech sobie pluje w brodę – ale to jeszcze nie oznacza totalnej porażki), to trzeba ustalić materialne straty. Zidentyfikować rodzaj zniszczonego przedmiotu i jego bardzo dokładne parametry. W przypadku spodni oznacza to, że musi być znany ich materiał, wymiary, typ, firma, itd.

No dobrze, a co z sentymentem, pamiątką, szczególnymi przeżyciami, bezpowrotnym zniszczeniem tego, z czym człowiek był związany? Odpowiedź jest następująca: te rzeczy nie spełniają pojęcia zasobu, nie mogą więc być przedmiotem odszkodowania. Jeżeli ktokolwiek chce wyrównania za straty moralne, to musi podać jakiś sposób przeliczenia owych strat moralnych na materialne – przykładowo, jeżeli ktoś na wieść o czymś z winy pozwanego dostał zawału serca, to koszty leczenia; jeśli załamanie nerwowe, przez które nie mógł się skupić na pracy – odszkodowanie za czas pracy, ewentualnie za urlop, jeśli musiał go wziąć itd. W najgorszym razie, jeżeli żądania są zbyt wygórowane, sąd może zasądzić zlecenie wykonania na specjalne zamówienie wiernej repliki zniszczonego przedmiotu – co oczywiście w niektórych szczególnych przypadkach mogłoby nie być możliwe (wtedy pozostaje już tylko możliwość odszkodowania materialnego po wykonaniu odpowiedniej wyceny). Oczywiście dokładność opisu, a zatem również informacji źródłowych potrzebnych do wydania werdyktu, czy jest to wierna replika, spoczywa na pozywającym. A że wycena też kosztuje, to sąd może zasądzić wtedy koszty wyceny pozwanemu, jeżeli udało się osiągnąć porozumienie po pierwszej wycenie, ale jeżeli dla pozywającego była niezadowalająca, a okazała się na dodatek kosztowna w przeprowadzeniu, może je zasądzić pozywającemu.

W przypadku, gdy zostanie zasądzone sporządzenie wiernej repliki, pewnie i pralnika mogłoby to nadal słono kosztować, choć oczywiście ma on pełną dowolność, komu zleci wykonanie takiej repliki. Ale w takim przypadku mógłby sobie co najwyżej pluć w brodę, że nie zamieścił w regulaminie regulacji odnośnie odszkodowań za zniszczenia. Natomiast najważniejsze jest to, że ile by pieniędzy nie musiał włożyć w sporządzenie takiej repliki, pozywający nie dostanie z tych pieniędzy ani grosza. Nie ma żadnej możliwości, żeby pozywający uzyskał jakimkolwiek sposobem jakieś bardzo wysokie, niewspółmierne do wartości, odszkodowanie, żeby nie wiem jak dobrych miał prawników, i żeby nie wiem jak bardzo płakał i jęczał, że z tym przedmiotem był aż tak bardzo emocjonalnie związany. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem można by mu zresztą odpowiedzieć krótko, że jak był z nimi tak emocjonalnie związany, to trzeba było je uprać samemu, albo ubezpieczyć je od zniszczenia, zanim oddał je do pralni.

Tak, ale opis tego przypadku nie wyczerpuje wszystkich problemów. Pozostaje problem co w przypadku, gdyby NSA dał się skorumpować i powiedział, że to on tu decyduje, kiedy prawa podstawowe zostały pogwałcone, a kiedy nie – i przyjmie za dobrą monetę wygórowane żądania pozywającego. No cóż, w teorii możliwość taka zawsze istnieje (na pocieszenie dodam, że żaden system na świecie nie rozwiązał tego problemu). W strefie przynajmniej próbuje się ten problem minimalizować w taki sposób, że każdy powiat powinien mieć swojego człowieka (tylu ludzi, ile chce – liczba nie ma znaczenia), co oznacza, że w ogólności mogłoby dojść w którymś momencie do sporu między powiatami, który musiałby zostać rozstrzygnięty już na ogólnym forum. W efekcie sędzia NSA, który wydał kontrowersyjny wyrok, może zostać pozwany za właśnie wydanie wyroku niezgodnego z prawami podstawowymi. Decyzję podejmuje – jak w każdej sprawie – skład sędziów NSA (sędzia uczestniczący w sprawie, zgodnie z regułami NSA, jest wyłączony z udziału). Tak naprawdę nie ma żadnej ostatecznej broni przed skorumpowanym NSA jak prawo do wypowiedzenia mu posłuszeństwa, jeśli NSA łamie prawa podstawowe. Nawet gdyby to w ostateczności miało oznaczać wyłamanie się określonych powiatów z superpaństwa strefy. Ale, jak napisałem w samym artykule opisowym, superpaństwo strefy jest również tworem dobrowolnym z inicjatywy powiatów – nie ma niczego wiążącego strefę w całość niż NSA i prawa podstawowe.

6. Tam nie będzie śledzenia obywatela, kamer na ulicach, podsłuchów, fotoradarów, ani nieoznakowanych radiowozów…

Ależ oczywiście, że będą. To nie jest kwestia tego, że ktoś ma zapędy do śledzenia innych, to jest kwestia bezpieczeństwa własnego i mentalności ludzi. Jeżeli chcesz kogokolwiek pozwać przed sąd za wykroczenie przeciwko zapisom określonej umowy, musisz mu to w jakiś sposób udowodnić – a jak udowodnisz nie mając zapisu z kamery? Ostatnio na “tubie” bardzo popularne są filmiki przedstawiające wypadki samochodowe w Rosji. Skąd ich tak dużo? Otóż w Rosji samo przebywanie na drodze jest tak niebezpieczne i tak często samochody ulegają tam uszkodzeniu, że towarzystwa ubezpieczeniowe oferują ludziom zniżki składki ubezpieczenia, jeśli będą jeździć z zainstalowaną i włączoną kamerą samochodową. Stąd prawie każdy kierowca ma coś takiego w samochodzie. Dlaczego tak jest? No cóż, skoro tylu kierowców jeździ jak wariaci, to wszyscy muszą mieć kamery.

Jeżeli na danym terenie będą mieszkać wyłącznie ludzie uczciwi – ale i nikogo nie będzie można na ten teren wpuszczać – to tam kamery i miejski monitoring mogą nie być potrzebne. Co najwyżej na pograniczu z innym powiatem, za którym po prostu kończy się prywatna własność ziemska wspólnoty mieszkaniowej. Jeżeli jednak powiat deklaruje, że pozwala wejść każdemu nieznajomemu bez konieczności uprzedniego zgłoszenia, za wyjątkiem jedynie tych, którzy mają tam zakaz wstępu, to trzeba z przyczyn zasadniczych śledzić, kto się tam na ten teren dostaje i co na tym terenie robi – a także, czy czasem nie wchodzi na ten teren ktoś, kto dostał zakaz. Prawo informacji wyraźnie określa, że złamanie zapisów umowy musi być potwierdzoną informacją, owo złamanie musi być świadome i muszą być zidentyfikowane osoby, które dokonały naruszenia. Bez tego nie można nic gościowi zrobić.

Choć z drugiej strony, ponieważ ziemia jest własnością prywatną, to wejście na jej teren oznacza zgodę na warunki (pod warunkiem, oczywiście, że jest zamieszczona na tę okoliczność odpowiednia informacja). Powiat np. może ustalić, że na terenie tego powiatu każdy ma gdzieś własność prywatną i musisz na własną odpowiedzialność wiedzieć, kto gdzie ma własność prywatną, ponieważ może to nie być oznaczone, oraz że każdy właściciel ziemi na swoim terenie ma prawo strzelać bez ostrzeżenia. Tak może być, oczywiście, przy założeniu, że informacja ta została na pewno przekazana przed wejściem na teren powiatu, a każdy z mieszkańców powiatu – a także każdy z gości, który na jego terenie przebywał w momencie uchwalania takiego postanowienia – został o tym powiadomiony i podpisał stosowną umowę (czy też aneks). Wtedy sprawa jest prosta: jesteś na terenie powiatu, to znaczy, że podjąłeś zobowiązanie. Nie podoba się – to wypad z powiatu.

Ale oczywiście możliwość strzelania do wszystkiego co się rusza nawet na własnym terenie jest nieco niecywilizowanym rozwiązaniem problemu, dlatego zamiast tego lepiej zdecydować się na monitoring. Przy czym oczywiście monitoring i dostęp do jego danych będzie również obwarowany odpowiednią umową, więc nie jest to w żaden sposób śledzenie “obywateli przez władzę”.

Tak samo: fotoradary, nieoznakowane radiowozy, to wszystko jest w gestii właściciela drogi. Właściciel drogi może zdecydować, że jest mu to potrzebne dla zapewnienia bezpieczeństwa na drodze. Nie będzie więc co prawda policji wlepiającej mandaty – ale będzie zatrudniona specjalnie w tym celu firma, która będzie ścigać nieposłusznych kierowców, a potem wytaczać im sprawy – ponieważ podleganie przepisom o ruchu drogowym w tym wypadku jest to kwestia podpisania umowy między kierowcą a właścicielem drogi. Na dobrą sprawę zatem właściciel drogi może sobie ustalić co mu się podoba w kwestii zarówno przepisów drogowych, jak i certyfikatów wymaganych od kierowców, żeby pozwolić im poruszać się na drodze. Choć oczywiście w tej kwestii właściciel drogi może mieć sporo ograniczeń związanych z koniecznością zawierania umów z powiatem (o ile powiat sam nie jest właścicielem drogi). Ten z kolei może być związany umową z jakąś inicjatywą forum, która nakazuje mu – na przykład, ale myślę że realny – wymagać stosowania u siebie Europejskich standardowych przepisów drogowych oraz honorowania praw jazdy jako certyfikatów.

7. Tam każdy człowiek będzie wart tyle, ile będzie wart dla korporacji, ile będzie wart na rynku pracy.

W rzeczywistym świecie każdy człowiek jest tyle wart, ile dóbr potrafi wytworzyć. Natomiast ten problem dotyczy oczywiście przypadków, gdy człowiek nie jest w stanie sam sobie pomóc i wymaga pomocy innych (działalność organizacji dobroczynnych jest oczywiście jedną z najistotniejszych, o tym już wielokrotnie była mowa), oraz również bardzo istotny, gdy chodzi o rodziny z dziećmi, w których kobieta zajmuje się dziećmi i poza tym nie wykonuje żadnej konkretnej pracy. W szczególności zaś chodzi o “powrót do pracy”, gdy kończy okres opieki nad dzieckiem.

W tej kwestii trzeba mieć trochę inne podejście mentalne. Zarabiający ojciec nie zarabia pieniędzy dla siebie, tylko dla całej rodziny, jest to dochód wszystkich, a nie tylko jego dochód. Jego żona nie jest “niepracująca”, tylko pracuje w domu. Problem “powrotu do pracy”, tak mocno nagłaśniany ostatnio, to nie jest problem tego, że kobieta ma gorzej bo musi zajmować się dziećmi. To jest problem tego, że kobieta zajmująca się dziećmi może być uważana za mniej wartą na rynku pracy, ale to wszystko zależy od tego, jak wygląda rynek pracy.

A dokładnie, zależy od tego, jak wygląda możliwość zakładania własnej działalności gospodarczej przez dowolnego człowieka. Wiadomo, że nie każdemu chce się to robić, wielu woli zatrudnić się w firmie prowadzonej przez kogoś innego. Ale to nie znaczy, że wszyscy, którzy prowadzą działalność, podchodzą w ten sposób do każdego człowieka. Co więcej, wystarczy że znajdzie się jeden pracodawca, który postępuje inaczej i ściągnie do siebie wszystkich, którzy chcą być traktowani jak ludzie.

Wśród naiwnych wielbicieli socjalizmu panuje powszechne przekonanie o tym, że “gdybym był przedsiębiorcą, to celowo płaciłbym jak najmniej i dawał jak najgorsze warunki pracy, żeby największe zyski pozostawić dla siebie”. Nie wiedzą biedacy niestety o tym, że w kapitaliźmie każdy postępujący w ten sposób byłby bardzo szybko bankrutem. Wystarczy jeden przedsiębiorca, który potrzebuje pracowników (bo, powiedzmy, dopiero rozwija firmę), więc oferuje lepsze płace i warunki pracy. Natychmiast źle traktowani pracownicy odejdą gdzie indziej.

Przede wszystkim nie można zapominać o tym, że wolny rynek to nie tylko wolny rynek towarów i klienta, to również wolny rynek pracy. I tak jak na rynku towarów wygrywa ten, kto da najlepszą jakość za najniższą cenę, tak na rynku pracy wygrywa ten, kto daje najlepsze zarobki przy najlepszych warunkach pracy. Problemy ze “złym traktowaniem pracownika”, jak się okazuje, wynikają właśnie z braku elementów wolnej konkurencji na którymś polu. Utwierdza to jedynie starą prawdę, że socjalizm bohatersko zwalcza problemy nie istniejące w innych systemach.

8. W strefie libertariańskiej nie będzie żadnych ograniczeń w uprawie GMO

Oj, bardzo wątpię.

To, że żywność naturalna jest bezpieczna to wiemy od wieków, natomiast przed GMO istnieją nadal słuszne obawy. Nie chcę tutaj rozwijać tego tematu, ani podejmować polemiki na temat GMO, dość powiedzieć jeśli chodzi o temat strefy libertariańskiej, że zbyt wielu ludzi ma nadal obawy przed GMO, w związku z czym mogą żądać informacji o tym, czy produkt zawiera GMO. I to nie tylko produkt roślinny, którego problem dotyczy bezpośrednio – taki jak pszenica karłowata. Również wszystkie pochodne – a więc wypieki, czy były z mąki powstałej z ziarna GMO, pomidory w sałatce, jak również pasze dla zwierząt, mięso z tych zwierząt, jajka czy też nie są czasem od kur karmionych paszą GMO…

Oczywiście ktoś zada pewnie pytanie: a po co GMO ma być oznaczone? Bo ktoś tam tak sobie zażyczył?

Ano będzie musiało być oznaczone, ponieważ każdy sprzedawca pomidorów Monsanto może zostać pozwany na ogromne odszkodowanie za oszukańczą sprzedaż. Dlaczego? Ponieważ sprzedaje “pomidory Monsanto” jako pomidory. Jedną z konsekwencji istnienia prawa informacji jest to, że przedmiotem transakcji musi być to samo względem wszystkich uczestników transakcji – co oznacza, że przedmiotem transakcji nie może być zamek przez kupującego rozumiany jako budowla, a przez sprzedającego jako zamek do drzwi. Oczywiście, jeśli ktoś sprzedaje prawdziwe pomidory, tylko powiedzmy żółte, a klient kupuje je “w worku” jako pomidory, choć on oczekuje, że będą czerwone, to klient oczywiście może sprzedawcę pozwać. Ale sprzedawca może pokazać wtedy definicję encyklopedyczną pomidora i pokazać, że istnieją też takie właśnie pomidory. Można też produkt skierować na badania genetyczne, a one także potwierdzą, że jest to całkowicie naturalny pomidor. Klient więc taką sprawę przegra i na dodatek będzie musiał sam wysupłać kasę na te wszystkie badania sprawy. Jeśli jednak jest to pomidor Monsanto, to nie jest to naturalny wytwór, lecz genetycznie sztuczny wytwór człowieka stworzony na bazie pomidora – nie spełnia więc encyklopedycznej definicji pomidora. Nie może być zatem sprzedawany pod nazwą “pomidor” (w znaczeniu, że sprzedawca może próbować, ale w ten sposób naraża się na pozew, unieważnienie transakcji i odszkodowania). Nie może ich nawet sprzedawać jako “pomidory Monsanto”. Musi znaleźć inną nazwę, która nie będzie sugerowała, że jest to pomidor, w ostateczności może to być “wyrób pomidoropodobny”.

Istotne nie jest jednak tutaj to, że GMO będzie musiało być oznaczone. Chodzi przede wszystkim o to, że aby sprzedać cokolwiek z GMO i przełamać niechęć ludzi, trzeba będzie obniżyć cenę. To jest duża różnica w stosunku do tego, co dziś panuje w USA i Kanadzie, gdzie produkty GMO można bez ograniczeń wszystkim wciskać bez ich wiedzy i zgody. I spowoduje, że GMO po prostu nie będą w ogóle opłacalne – ponieważ na GMO chętnie zarobiliby wszyscy: rolnicy, którzy mogą uzyskać więcej zboża z hektara i owoców z krzaka, przetwórnie żywności, które oszczędzą na kosztach konserwacji, ale przede wszystkim macierzysta firma opracowująca nowe rośliny GMO. Wszyscy chcieliby zarobić, i w USA czy Kanadzie jak najbardziej zarabiają, bo przecież ceny są po staremu te same, a własne koszty niższe. Tu niestety musieliby mocno obniżyć cenę, przez co może im się to nie opłacać, nie wspominając o przewidywanej raczej słabej sprzedaży.

Oczywiście moje przewidywania o słabej sprzedaży mogą się nie sprawdzić – w końcu ludzie dużo jedzą gówna mimo ostrzeżeń. Zresztą, dziś różni pseudonaukowcy, w części opłacani przez koncerny żywnościowe, wprowadzają tyle zamieszania, że nie wiadomo komu wierzyć. Ale przy obniżonej cenie GMO wejdzie tam, gdzie jest jego miejsce – na stół biednych.

Dodatkowo oczywiście, przypomnę, każdy powiat może sobie ustalać prawa jakie chce, co oznacza, że może zakazać uprawy i sprzedaży GMO na swoim terenie. Co więcej, przypominam też o zasadzie przenikania: z posiadłości jednej osoby nic nie może się wydostać poza jej granicę za wyjątkiem tego, co zostanie dopuszczone przez powiat. Oznacza to również, że powiat będzie mógł wprowadzić prawo zakazujące rozsiewania GMO poza swoją posiadłość (odmiennie niż pyłki z roślin naturalnych) – co oznacza, że uprawy GMO będą musiały być wykonywane wyłącznie w zamkniętych, szklarniowych warunkach, a powietrze pochodzące z wentylacji będzie musiało być dodatkowo filtrowane.

Wszystkie te rzeczy powodują, że uprawy i sprzedaż GMO mogą być wysoce utrudnione, na tyle że może się to kompletnie nie opłacać.

9. W strefie nie będzie żadnych zakazów sprzedaży firm właścicielom z obcych krajów – każdy będzie mógł sprzedać każdemu swoją własność

Nie byłbym taki hop do przodu.

Przede wszystkim każdy powiat, jak wiadomo, rządzi się własnymi prawami, co oznacza, że może też ustanowić takie prawo – i jest bardziej niż pewne, że zrobi tak większość powiatów – że jeśli ktoś chce prowadzić działalność gospodarczą w tym powiecie, to musi robić to pod egidą któregoś z państw działających w tym powiecie. Działalność jest przypisana do państwa, co oznacza, że nie można sprzedać firmy z jej budynkami komuś z zagranicy tak po prostu na zasadzie niech da pieniądze i bierze firmę. Budynek firmy, która prowadzi określoną działalność, ma przypisaną umowę z państwem i z powiatem, co nakłada już ograniczenia od bardzo małych do potwornych.

Przykładowo: wyobraź sobie, że jesteś kierowcą, i podpisujesz kontrakt na trzy miesiące. Załóżmy też, że masz ubezpieczenie na wypadek niedyspozycji. Ale normalnie nie masz żadnej możliwości zerwania kontraktu przed jego końcem, lub powiedzmy, musiałbyś zwrócić różne koszty. Skoro więc taka umowa o pracę wiąże cię w ten sposób, to dokładnie tak samo firmę wiąże z państwem i powiatem odpowiednia umowa, która nakłada na właściciela firmy określone obowiązki.

Jeżeli mamy firmę z przypisaną umową, to oczywiście firma może podlegać sprzedaży – pod warunkiem, że nabywca podpisze z państwem umowę o kontynuacji działalności. Umowy takiej nie będzie można podpisać dopóki się nie jest mieszkańcem któregokolwiek powiatu w strefie, a na dodatek nowy właściciel musiałby zapisać się do państwa, pod egidą którego firma w tym momencie działa. Oczywiście istnieją proste sposoby, jak to obejść – właściciel może mieć przedstawiciela mieszkającego w strefie lub może to być organizacja zarejestrowana w strefie (nie ma żadnych nakazów, by organizacja składała się z mieszkańców strefy), natomiast państwo niekoniecznie może się zgodzić na podpisanie z kimś takim umowy. To powoduje, że skoro “cesja” umowy o działalność jest niemożliwa, to można jedynie zamknąć działalność i ewentualnie rozpocząć ją na nowo – w tym celu trzeba spełnić warunki zakończenia działalności. I dopiero po zakończeniu tego procesu można tu cokolwiek sprzedać, przy czym do sprzedania będą wtedy co najwyżej zasoby firmy.

No ale dlaczego państwo miałoby się wtrącać?

Żeby to zrozumieć, proponuję mały test. Załóżmy, że mamy wioskę, tam 10 domków, ona sobie robi za powiat, na jego terenie działają trzy państwa. Na tym terenie jakiś Hindus chciałby założyć działalność. Na to musi się zgodzić zarówno powiat, jak i to państwo, u którego on będzie się chciał zarejestrować (to oczywiste, że aby prowadzić działalność w danym państwie, trzeba być jego obywatelem). Hindus ma kasę i chce kupić firmę z warsztatem samochodowym. Chrapkę na zakład ma jeszcze pan Zdzisio, dobry znajomy wszystkich mieszkańców wioski, choć nie może dać za niego tyle, co Hindus. Kto wygra?

Być może wygra Hindus. Ale czy powiat będzie chętny podpisać z nim umowę przy założeniu, że on będzie jedynie właścicielem i będzie czerpał z tego zyski, w ogóle to będzie mieszkał daleko stąd i nie będzie się wtrącał? Pytanie w tym momencie jest takie, czy TY osobiście się na coś takiego zgodzisz.

W państwach centralnie zarządzanych rządzący zgadzają się bez zastrzeżeń. W powiecie strefy jest to mało prawdopodobne, szczególnie jeśli taki pomysł nie podoba się większości mieszkańców.

W strefie libertariańskiej nie będzie można nikomu zakazać posiadania narkotyków – więc wszyscy zaćpają się na śmierć!

Szczerze – mnie bynajmniej nie przeraża perspektywa tego, że ćpuny po prostu zaćpają się na śmierć i zdechną pod płotem. Może widok nie będzie przyjemny, ale na pewno podziała pouczająco na kandydatów na ćpunów, a samych ćpunów wyeliminuje ze społeczeństwa.

Ale, jak powiedziałem, w strefie libertariańskiej każdy powiat jest autonomiczny i może stanowić własne prawa, co oznacza, że może też wprowadzić prawo zakazujące posiadania narkotyków, a co! Może też takie zakazy wprowadzić państwo dla swoich obywateli (co tam narkotyków – może być to państwo Muzułmańskie i wprowadzić zakaz picia alkoholu przez swoich obywateli, a także sprzedaży napojów alkoholowych w sklepach działających pod egidą takiego państwa).

Również regulacja taka, że nie wolno kierować pojazdem pod wpływem alkoholu (a i też narkotyków) jest regulacją właściciela drogi, właściciel jakiegokolwiek innego zasobu może sobie do jego użytkowania zastrzec dużo rzeczy, w tym również zakaz użytkowania “pod wpływem” i “w stanie wskazującym”.

Problem tak naprawdę istnieje w innych miejscach, mianowicie:

  • W dopuszczaniu ludzi zażywających narkotyki do uczestnictwa w normalnym życiu (sytuacja podobna jak niedopuszczanie pijanych do prowadzenia pojazdów)
  • W zażywaniu narkotyków przez dzieci będące pod formalną opieką rodziców

A więc, przede wszystkim, w rozpoznawaniu tego, że ktoś, kto tego robić nie powinien, zażywał.

Jaką “karą” można “odstraszyć” od zażywania narkotyków? Na przykład taką, że nikt cię nie zatrudni. Jeśli twój pracodawca w umowie o pracę napisze wymóg, że nie możesz zażywać narkotyków nawet w “wolnym czasie” (lub jeśli jest taka reguła wpisana jako standard dla pracodawców w ich państwie), to po wykryciu w twojej krwi narkotyków (a badania oczywiście będą okresowo robione zgodnie z tymi samymi wymogami) będziesz mógł dostać wypowiedzenie.

Oczywiście, jeśli prowadzisz własną działalność, własny – załóżmy dla urealnienia przykładu – klub rozrywki i tam możesz sobie nawet w pracy zażywać (pod warunkiem, że – znów – nie zakaże tego państwo lub zostanie wprowadzona polityka certyfikacji typu “personel tej firmy nie chleje w czasie pracy” i akurat się o taki certyfikat nie ubiegasz). Ale robisz to na własne ryzyko, że być może zrobisz coś bardzo paskudnego “pod wpływem” i zostaniesz za to pozwany (upojenie nie zwalnia cię z odpowiedzialności – chyba że udowodnisz upojenie w wyniku działania osób trzecich bez twojej zgody i masz na to jakieś poszlaki), w wyniku czego możesz stracić firmę, a na dodatek też przecież nikt przytomny nie zatrudni cię w swojej firmie (a przynajmniej byłoby to bardzo trudne).

W przypadku dzieci pozostających pod opieką, sprawa wygląda tak, że choć teoretycznie to opiekun dziecka odpowiada za wszystko, co dziecko zrobi, praktycznie nie może go cały czas trzymać na smyczy albo przekazywać pod opiekę od jednej do drugiej osoby – czasem trzeba go puścić “luzem”, gdzie będzie potencjalnie miał możliwość zrobić coś głupiego. Musi być zatem stworzony mechanizm, być może pod egidą powiatu, w którym dzieci będą mogły być przez straż powiatową szybko identyfikowane z opiekunami i w razie konieczności działań prewencyjnych szybko opiekunom przekazane.

Ale nie tylko. Bo nie można zakładać z góry, że jak dzieciak ćpa, czy chleje, to robi to bez zgody rodziców. Dlatego straż powiatowa co najwyżej może wykonywać prawo powiatu, które oznacza, że nie wolno pić ani zażywać na terenie publicznym powiatu. Nie może jednak nic mieć do tego, że rodzice pozwolą dzieciom na takie rzeczy w domu, czy też w klubie, który nie leży w strefie publicznej powiatu – tam straż nie ma wstępu.

Dlatego w kwestii tego problemu przede wszystkim potrzebna jest pomoc rodzicom (opiekunom) w przypadku, gdy dzieci – wbrew ich zakazom – “używają”. Wszelkie ściganie małoletnich ćpunów i pijaków powinno być możliwe, ale za zgodą opiekunów i z ich inicjatywy.

Jedyną “karą” jaką można by dać na taki “ogół” ludzi lekceważących sobie tego typu problemy jest późniejszy zakaz uczestnictwa w różnych usługach, możliwość otrzymania usługi, zatrudnienia się, wejścia do różnych punktów usługowych itd.. Ten problem nie dotyczy przecież tylko problemu nałogów “standardowych”, ale też – ostatnio też mocno ścigany przez państwa w postaci zabierania rodzicom dzieci (bez komentarza) – otyłości wśród dzieci. Ponieważ każda instytucja, w której przebywa dziecko (żłobek, przedszkole, szkoła) jest prywatna, więc każda z nich może ustalić reguły, że dziecko po przekroczeniu odpowiedniego progu nadwagi może stracić możliwość uzyskania usługi. Oczywiście rodzicom będzie się proponować najróżniejszą pomoc w spełnieniu wymogów, możliwość dostosowania programu itd. – natomiast nie wolno rodzicom niczego narzucić. Choć można narzucić reguły korzystania z usługi, jeśli rodzice zgadzają się z niej korzystać.

Coś jeszcze?

Temat jest oczywiście otwarty, więc jeżeli ktoś nadal miałby jakieś kwestie do wspomnienia – zapraszam do komentarzy.

Spirytus walutą uniwersalną!

Posted in Uncategorized on 2014/01/14 by ethouris

Kiedyś tak sobie rzuciłem taki temat dla żartu, na jednym z komentarzy na facebooku. Ale pomysł samego mnie później zaintryował.

Pomysł mianowicie taki: niech spirytus będzie uniwersalną jednostką walutową! Zaraz dokładnie wyjaśnię, o co chodzi.

1. Alternatywne jednostki monetarne

Oczywiście z tym uniwersalizmem to trochę przesadzam – chodzi bowiem o takie jednostki monetarne, których można używać wszędzie i mierzyć nimi wartość wszystkiego. Pomysł na różne jednostki monetarne wziął się z wymyślonej przez jednego pracowników Google’a alternatywnej jednostki monetarnej – Bitcoin. No i okazało się, że pomysł został podchwycony – w obiegu jest też już Dogecoin. Niektórzy rozważają, czy tego typu jednostki monetarne nie byłyby idealne dla różnych krajów “wolnościowych”, które nie narzucają własnej waluty.

Uważam jednak, nieskromnie, że moja propozycja jest zdecydowanie lepsza.

2. Jednostka monetarna: dwie wartości

Każda rzecz, którą można na coś wymienić, posiada dwa rodzaje wartości: jedna to wartość własna, czyli na ile można spożytkować daną rzecz, oraz wartość ekwiwalentna, czyli na jaką wartość innych towarów można tą rzecz wymienić. Z tego właśnie powodu pierwszą walutą było złoto: złoto można było przetopić i spożytkować, ale mogło też służyć jako uniwersalna jednostka wymiany wartości towarowej.

Współczesne pieniądze jednak posiadają tylko i wyłącznie jeden rodzaj wartości – ekwiwalentny. Pieniądze same z siebie nie są towarem, który można spożytkować, chyba żeby się stało coś, co stało się w Polsce w 1990 roku – gigantyczna inflacja, która spowodowała ogromny spadek wartości pieniądza, do tego stopnia, że jak ktoś miał skitrane stare grosze i małe złotówki w dużych ilościach, mógł oddać je do skupu złomu i dostać za to wcale nie małe pieniądze.

Spirytus jest w swojej naturze bardzo podobny do złota. Jedynym istotnym problemem w przypadku spirytusu jest to, że ma, w porównaniu ze złotem, słaby przelicznik ilości do wartości. Ale poza tym wykazuje bardzo dużo podobieństw:

  • można go łączyć w jedno
  • złoto się ściera, co zmniejsza jego faktyczną masę – podobnie spirytus łatwo paruje, gdy się go nie trzyma szczelnie zamkniętego
  • posiada własną wartość
  • złoto nadal jest wydobywane
  • ale i ta sama wada: złoto może być różnej próby, jak i spirytus może mieć różne procenty (choć akurat procenty spirytusu przynajmniej jest łatwo zmierzyć odpowiednim przyrządem)

Spirytus dziś normalnie kupuje się za pieniądze. Skoro więc spirytus kupuje się za, powiedzmy, 70zł flaszka, to znaczy, że masz 70zł w kieszeni. O ile oczywiście będziesz w stanie go spieniężyć za 70zł. Ale też i nikt nie mówi, że trzeba go wymieniać na walutę PLN. Możesz go wymienić na inną walutę, lub w ogóle na inny towar.

3. Brak problemów

Spirytus jako jednostka monetarna nie posiada większości wad pieniędzy:

  • jest całkowicie odporny na inflację, ponieważ jego wartość może spaść tylko i wyłącznie do wartości jego wymiany na uchlanie się do nieprzytomności, względnie zasilenie kuchenki turystycznej “szalony Piotruś”, a nawet podobno prowadzono badania nad użyciem go jako paliwo w silniku benzynowym – choć oczywiście pewne fluktuacje jego względnej wartości na pewno będą zachodzić i na pewno będą zależne od kraju
  • jest towarem fizycznym, więc żadną miarą nie może być sztucznym tworem pieniężnym, który mógłby podlegać jakimkolwiek spekulacjom (chciałbym zobaczyć takiego Sorosa, który wykupuje cały alkohol z kraju, żeby sztucznie podbić jego wartość, widzę już te ciężarówki, które wiozą te butelki, i tych atletów, którzy ustawiają je na sztorc w wielkich, sięgających chmur, magazynach)
  • nie jest to pieniądz, którego ilość można mnożyć w nieskończoność – nigdzie na świecie nie ma takiej pojemności magazynowej, żeby zmieścić cały wyprodukowany alkohol; każda wyprodukowana flaszka musi gdzieś stać, no chyba że komuś wyparuje, ale to wtedy idzie w stratę właściciela; efekt jest taki, że jeśli chcesz gromadzić bogactwo, to musisz po prostu mieć coś materialnego, co jest coś warte, i w takiej postaci to przechowywać
  • nie da się ich sfałszować, choć każdy może (no, w zakresie, w jakim pozwala na to państwo, w którym mieszkasz :D ) sobie alkohol wydestylować, jeśli ma odpowiednią aparaturę; to nic, że może dzięki temu łatwo “wytworzyć pieniądze” – wytwarzając te pieniądze, wytwarza jednocześnie realny towar, bo przecież nawet dziś, gdy produkuje się alkohol, to też poświęca się środki produkcji i czas, żeby ten spirytus wydestylować; jest to więc spędzony czas i włożone środki, oraz wyprodukowany towar
  • fluktuacje jego wartości są niewielkie i jego wartość jest w miarę stabilna; żeby spirytusowi nagle wzrosła wartość to musiałoby nagle skoczyć jego zużycie – póki co jego wytworzenie jest droższe, niż benzyny, więc na to, żeby nagle zaczął być powszechnie stosowany do napędu, się nie zanosi; a żeby mu nagle wartość spadła, to musieliby wszyscy w kraju nagle stać się abstynentami, co jest niemożliwe, a poza tym jego wartość i tak nigdy nie spadnie poniżej kosztów produkcji (poza przypadkiem, gdyby nikt alkoholu nie produkował, a ten zalegałby na półkach – ale prędzej Ziemia podzieli los Alderaana, niż to się stanie)

A poza tym? Jeżeli mamy wartość spirytusu na terenie kraju używającego określonej waluty – mamy przelicznik między walutami. Na tej samej zasadzie można też przeliczać wartość takiego np. laptopa w cenie 2000zł. Jeżeli litr spirytusu może być wymieniony na 76.50zł, to znaczy, że laptopa można kupić za 26.144 litrów spirytusu.

4. Rozdzielczość i ekwiwalenty

Oczywiście jeżeli spirytus zostanie gdziekolwiek użyty jako jednostka monetarna, trzeba go będzie nieco przykroić dla takich potrzeb.

Po pierwsze, ponieważ alkohol jest płynny, więc nie ma wyznaczonej rozdzielczości. Trzeba by było wyznaczyć ilość wzorcową alkoholu, która byłaby używaną skrótowo jednostką monetarną – na przykład “setka” – ponieważ jest potrzebna jakaś jedna konkretna mała jednostka, za pomocą której będzie się mierzyć wartość towaru.

Po drugie, ponieważ przechowywanie pieniędzy w takiej postaci wymagałoby dużych zasobów magazynowych, więc na pewno przy takim systemie musiałyby powstawać również instytucje usługowe – “piwnice” – w których będzie się przechowywało spirytus klientów. Jasne, że “piwnica” weźmie sobie trochę tego za usługę, choć oczywiście we własnym interesie musi dołożyć starań, aby uniknąć jakiegokolwiek parowania takiego spirytusu. Spirytus zresztą może zawsze wyparować też w inny sposób, tzn. w taki, jak złoto – ostatnio np. słyszeliśmy, że z Amerykańskiego Banku Federalnego “wyparowało” Niemieckie złoto. Zatem, oczywiście, kwestia wiarygodności piwnicy to już jest sprawa umów, prawa, kontroli, certyfikacji itd. – dokładnie tak samo, jak ze zwykłym bankiem.

No i tak samo, jak w zwykłym banku, piwnica też musiałaby wydawać swoim klientom odpowiednie papiery, które poświadczają, ile spirytusu danego klienta zostało u nich zdeponowane. Piwnice oczywiście mogłyby świadczyć też innego rodzaju usługi dla klientów – mogłyby np. “inwestować” zdeponowany spitytus w wytwarzanie alkoholi wysokoprocentowych, pitnych, sprzedawanych oczywiście za tą samą walutę, czyli za spirytus, ale również za ekwiwalenty spirytusowe, czyli papiery pitne zdeponowane przez nabywcę w określonej piwnicy. Piwnice między sobą też jak najbardziej mogą się wymieniać alkoholami i wzajemnie udostępniać sobie przestrzenie magazynowe, a papiery pitne w tej sytuacji stają się faktyczną walutą. Sytuacja jest zresztą dość podobna, jak to kiedyś bywało z wekslami.

5. Podsumowanie

Analiza ta jest właściwie robiona pod kątem tematu, którym się ostatnio zajmuję, czyli strefą libertariańską, jako superpaństwem bez superpaństwa opartym na stuprocentowej dobrowolności i wolnej konkurencji. Państwo takie nie powinno emitować własnej waluty, ani nie powinno używać żadnej istniejącej waluty jako waluty dla ogólnie przyjętej wymiany towarowo-usługowej. Podany tu przykład spirytusu jako waluty jest taką próbą stworzenia uniwersalnej waluty, która byłaby zarówno odporna na różne zawirowania, jak i niemożliwa do sterowania przez nikogo. O ile wielu marzy o istnieniu takiej waluty, naprawdę uważam, że rozwiązanie wszyscy mamy pod nosem.

I obawiam się w tym wszystkim tylko jednego: może być poważny problem z ustaleniem przelicznika walutowego tej waluty na jakąkolwiek Europejską walutę. A dokładnie, że z dużym prawdopodobieństwem “kurs wymiany” trzeba by było określać po jego cenie czarnorynkowej. Wtedy się okaże, że np. litr wódki w Polsce będzie kosztował więcej, niż ekwiwalent litra spirytusu…

Poprawne odpowiedzi na pytania odnośnie libertarianizmu

Posted in Uncategorized on 2014/01/03 by ethouris

Bez wstępu i zbędnych bajerów – oto złe odpowiedzi:

część 1,
część 2

Niestety muszę stwierdzić ich daleko idącą niedoskonałość, która albo wyjaśnia sprawy niewystarczająco dla ich poprawnego zrozumienia, albo i niesatysfakcjonująco – tzn. może rodzić zbyt dużo kolejnych pytań. Postanowiłem zatem sporządzić własną wersję tych odpowiedzi.

Proponuję przeczytanie poprzedniego artykułu, który jest moją propozycją minimalnych ustaleń strefy libertariańskiej, w szczególności chodzi o zestaw trzech definicji: umowy, własności i informacji, a także powiatu(*) jako jednostki terytorialnej. Wszystkie pojęcia dotyczące strefy libertariańskiej, opisanej w poprzednim artykule, są oznaczone gwiazdką(*).

Przeanalizujmy je po kolei.

1. Czy grunt jako własność prywatna sięga aż do jądra ziemi?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Jeżeli nie wyszczególniono tego w umowie sprzedaży, to owszem, własność obszaru ziemskiego sięga nie tylko wszystkiego, co jest pod ziemią, aż do jądra ziemi, ale również wszystkiego co jest nad ziemią aż do granic atmosfery. Oczywiście aby to było możliwe, to poprzedni właściciel musiał też mieć tak określoną własność, a jeśli ktoś “zajął sobie teren”, to musi również to odpowiednio opisać w papierach (choć to ostatnie nie sądzę, żeby było gdziekolwiek możliwe).

Istnieje wiele możliwości jak te postanowienia mogłyby być ograniczone, i niestety wiele z nich trzeba by odtwarzać po fakcie. Jeżeli, przykładowo, prawo państwa, na terenie którego znajduje się ów teren (niech by to była jakaś nawet wspólnota właścicieli, czy też powiat(*)), określa, że sprzęty latające mogą latać na wysokości 500m (i określa się 100m pasa neutralnego), to znaczy, że właścicielstwo terenu ziemskiego sięga od powierzchni ziemi (jej najwyższego naturalnego punktu) do wysokości 400m. Podobnie, może być postanowienie, że poniżej 100m głębokości wspólnota terenowa może sobie robić dodatkowe tunele i podkopy – wtedy własność sięga tylko do 100m wgłąb.

Oczywiście, tak jak mówię, wszystko jest kwestią tego, jaki jest “stan zastany”; dziś realnie rzecz biorąc nie ma nigdzie “ziemi niczyjej”, więc kwestia ta, jak wysoko i jak głęboko sięga własność jest już ustalone. Gdyby przejmować nowy teren, do którego nikt się nie przyznaje, to oczywiście wtedy można sobie uzurpować prawo własności w pełnej wysokości. Wtedy również przestrzeń, którą trzeba by było udostępniać samolotom lub tunelom, może podlegać sprzedaży lub licencjonowaniu.

2. Czy jeżeli ktoś spadając z wysokiego budynku złapie się za poręcz/maszt przytwierdzony do naszego okna/balkonu, etc. i nakażemy mu go puścić, a on się nas posłucha, spadnie i zabije, to czy popełniliśmy morderstwo?

Odpowiedź oryginalna ma niestety “design flaw”. To oczywiste, że właściciel posesji ma prawo bronić swojej posiadłości. A człowiek to nie ma prawa do obrony własnego życia?

I nie, nawet zakładając, że ta sytuacja jest nierzeczywista, nie oznacza to, że problem określony abstrakcyjnie nie istnieje. Można wskazać bardzo wiele konkretnych przykładów tego abstrakcyjnego problemu.

Zakładając, że w strefie libertariańskiej prawo składa się jedynie z trzech punktów: umowy, własności i informacji, nie istnieje w tym przypadku pojęcie morderstwa. Możemy go jednak zdefiniować jako naruszenie własności, przy założeniu, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała. Jeżeli więc pytanie brzmi, czy nakazując mu puszczenie się popełnilibyśmy “naruszenie prawa własności innego człowieka do swojego ciała”, to zdecydowanie tak. Co więcej, jest to dość szczególne naruszenie własności, które nie dość, że powoduje “zniszczenie własności”, to dodatkowo eliminuje właściciela, czyli narusza własność powiązaną (poza tym zwykle państwa wirtualne(*) i powiaty(*) definiują morderstwo i odpowiednie kary).

Jest to przykład czegoś, co nazywa się “konfliktem własności” – jeden człowiek nie może wyegzekwować prawa do swojej własności, ponieważ naruszałoby to własność kogoś innego. Jeżeli więc właściciel budynku nakazuje człowiekowi się puścić, a w konsekwencji zabić, efektywnie narusza prawo tego człowieka do ochrony własnego życia (jako swojej własności), a więc narusza własność innego człowieka. Oczywiście w tym wypadku jest to niecelowe doprowadzenie do konfliktu – sprawa może wyglądać inaczej, gdyby nastąpiło celowe doprowadzenie do konfliktu.

Prawo podstawowe nie określa, w jaki sposób rozwiązać konflikt, ponieważ nie ma na to uniwersalnych recept. Jedyne, co można pewnego na ten temat powiedzieć, to że użytkownicy skonfliktowanych własności muszą korzystać z nich bardzo ostrożnie, ponieważ jakiekolwiek jej wykorzystanie może być potem przedmiotem rekompensaty.

Jak zatem można postąpić w takim przypadku? Jedyną sensowną receptą jest: po pierwsze, wszyscy zaangażowani w konflikt właściciele muszą uzgodnić sposób rozwiązania konfliktu, a po drugie, muszą zaprotokołować wszystko, co dotyczyło naruszenia własności i uzgodnić kwestie rekompensat. Dlatego właściciel budynku nie może nakazać temu człowiekowi puszczenia się i zabicia, bo wtedy jedyne co będzie, to sąd arbitrażowy, który może nawet w ostateczności zasądzić temu człowiekowi wysoką rekompensatę do zapłacenia, być może jego rodzinie, być może firmie, która go straciła jako szefa, być może państwu, do którego należał, a które przez to straciło podatnika-sponsora itd., informacja o tym może być wymagana przez sygnatariuszy różnych umów, którzy potraktują to jako okazję do złośliwego i bezbolesnego zerwania umów – w skrócie, może to owego właściciela naprawdę sporo kosztować (pomijając to, że każdy powiat raczej będzie kwestie związane z przyczynieniem się do śmierci człowieka regulował lub wymagał regulowania przez państwa – co czyni ten konflikt zdecydowanie prostszym do rozwikłania).

Choć zatem nakaz puszczenia się byłby teoretycznie dopuszczalnym użytkowaniem cudzej własności z usprawiedliwieniem, że użytkuje się swoją własność (teoretycznie zawsze można się tak tłumaczyć), taki sposób rozwiązania konfliktu jest kompletnie nieopłacalny, bo dużo więcej zyska właściciel budynku, gdy uratuje człowiekowi życie, ale każe sobie za to uratowanie odpowiednio uiścić. Wtedy oczywiście, gdy już ów człowiek, po zaprotokołowaniu zdarzenia, opuści budynek, konflikt uważa się za rozwiązany. Wtedy pozostaje już tylko kwestia uzgodnienia rekompensat. Mogą się dogadać, że nic do siebie nie mają, mogą tak, że uratowany facet odpali właścicielowi co nieco, może być tak, że żądania właściciela budynku będą wygórowane i wtedy oczywiście będą musieli pójść po rozstrzygnięcie do sądu arbitrażowego.

Jest wiele rzeczywistych przykładów konfliktu własności. Na przykład, facet jedzie drogą, ciągnie przyczepę, na zakręcie nagle urwało mu się złącze, przyczepa pojechała dalej prosto i wjechała komuś na pole. Zgodnie z tym, co napisał autor oryginalnej odpowiedzi, właściciel pola powinien móc zabrać przyczepę i przerobić ją na żyletki – albo odwrotnie, właściciel przyczepy może wejść na cudze pole, żeby odzyskać swoją własność (zależy z której strony jest pytanie). Tymczasem jeśli naprawdę szanujemy prawo własności w każdym przypadku, to żaden z właścicieli – właściciel pola i właściciel przyczepy – nie może wyegzekwować prawa do swojej własności nie naruszając prawa własności kogoś innego: jeżeli właściciel sam pójdzie po przyczepę, to wejdzie na cudzy teren bez pozwolenia, być może coś mu zadepcze, być może nawet ta przyczepa już jakieś szkody poczyniła; jeżeli właściciel pola zrobi cokolwiek z tą przyczepą bez pozwolenia od jej właściciela, również narusza prawo własności.

Oczywiście gdy pójdziemy dalej, to pytanie jest takie, czy jeśli jeden człowiek włamie się drugiemu do domu, to czy właściciel domu ma prawo zastrzelić włamywacza (w końcu zabijając go narusza jego prawo własności)? Otóż zakłada się, że:

  1. opisany tu konflikt to konflikt niezamierzony; włamanie na cudzy teren jest jak najbardziej zamierzone (rozstrzygnięcie, czy tak było w istocie, jest w gestii sądu arbitrażowego)
  2. w opisanym na początku przypadku właściciel nie ma prawa kazać spadającemu człowiekowi puścić drąg, który trzymał, ponieważ taki rozkaz stanowiłby dla niego zagrożenie życia (a więc naruszenie jego prawa do własności) – inaczej mówiąc, nie wszystko właściciel terenu może kazać znajdującemu się na nim obcemu człowiekowi (a dokładnie nie może kazać niczego, co stanowiłoby pogwałcenie któregokolwiek z praw podstawowych, w opisanym przypadku oczywiście chodzi o prawo własności), tzn. może kazać mu przejść w inne miejsce poza jego teren, może mu nakazać nawet zdjęcie butów i przejście tam na bosaka (ale uwaga – tu ryzykuje, że będzie musiał wtedy zapłacić mu odszkodowanie za ewentualne przeziębienie), może nawet nakazać mu zatańczenie kankana (choć znów, w ten sposób przedłuża jego czas pobytu na posesji bez usprawiedliwionej przyczyny, za co też może musieć później zapłacić odszkodowanie), nie może natomiast np. kazać mu się rozebrać do naga (oglądanie jego nagiego ciała też uważa się za “korzystanie z własności”), czy przejść do granicy posiadłości na rękach (czy kazać mu wykonać jakąkolwiek czynność niemożliwą dla niektórych ludzi, czy nie usprawiedliwioną koniecznością rozwiązania konfliktu)
  3. to jednak nie zmienia faktu, że ów obcy człowiek musi się podporządkować rozkazom właściciela terenu, na którym się znajduje. Właściciel ma prawo go do tego zmusić, nawet go postrzelić, a w razie agresji lub stworzenia zagrożenia, również zabić.

Zwrócę tu uwagę też na inną drobnostkę: konflikt własności jest to sytuacja “patowa” w kwestii używania swojej własności, ale sposobem rozwiązania problemu z owym konfliktem nie musi być rozdzielenie własności (zresztą, rozdzielenie takie nie zawsze jest w ogóle możliwe). Czasem wystarczy po prostu… zawiązanie między poszczególnymi właścicielami odpowiedniej umowy, która pozwalałaby korzystać ze swojej własności oraz własności kogoś innego równocześnie tak, żeby nikt nie czuł się poszkodowany. Zresztą jest to nawet bardzo podobna sytuacja, co współwłasność, czyli gdy prawa własności posiada konsorcjum właścicieli, każdy posiadający odpowiedni procent udziału. Użytkowanie zasobu, który jest własnością konsorcjum, nie może być siłą rzeczy wyłączne dla kogokolwiek, a zarazem współwłaścicielowi nie można zabraniać korzystania ze swojej własności, dlatego współwłaściciele zasobu też muszą określić zasady użytkowania za pomocą odpowiedniej umowy – która zwykle jest częścią umowy zawiązującej konsorcjum.

3. Czy nadmiar hałasu powodowanego przez głośną muzykę na naszym terenie może być naruszeniem cudzej wolności?

Wolności nie – ale własności jak najbardziej. Tyle że, oczywiście, jest to również kwestia do uregulowania przez prawo powiatu(*). Rada powiatu może określać dopuszczalne normy hałasu, które mogą z nienaturalnych źródeł “wedrzeć się” na teren innej własności. Nabywca terenu ziemskiego oczywiście, zakłada się, że jest świadomy tego, jakie są ograniczenia na poziom hałasu dopuszczalny na terenach otaczających i jakie też dopuszcza się na jego terenie. Wszystkie obostrzenia dotyczą tych dźwięków (i nie tylko dźwięków – jakichkolwiek sygnałów, również świetlnych), które przedostają się przez granicę własnego terenu.

Czy istnieje przypadek, że właściciel terenu sam stawia wymagania odnośnie tego, jakie dźwięki dopuszcza się z zewnątrz na jego terenie? Jest możliwe ustanowienie własnego prawa na własnym terenie; zgodnie z opisem strefy libertariańskiej, każdy właściciel ziemi kiedy chce może ogłosić niepodległość na swoim terenie i odseparować się od powiatu. Niestety nie oznacza to, że może na swoim terenie robić kompletnie wszystko; co mu wolno w kwestii sygnałów oraz “wyrzutów” z własnego terenu, musi uzgodnić z sąsiadującymi powiatami, albo inaczej nie dostanie zgody na separację, czy też w ostateczności, gdy zarówno powiat jak i właściciel chce mieć 100% swobodę, to nie ma innego wyjścia, jak otoczyć swój teren dźwiękoszczelną ścianą, a nawet jeszcze wkopać odpowiedni ekran dźwiękoszczelny na odpowiednio dużą głębokość w ziemię na granicy swojej własności. Oczywiście podaję to jak możliwość wyłącznie czysto teoretyczną, ale celem tego jest naświetlenie sytuacji do rozwiązania między sąsiadującymi właścicielami.

4. Czy prywatne wojsko może sprawnie funkcjonować?

Pojęcie “prywatne” jest w strefie libertariańskiej tautologią. Wiadomo, że tam wszystko jest prywatne. Ale prywatność oznacza jedynie, że istnieje właściciel, który sam autonomicznie decyduje o swojej własności, a takim właścicielem może być organizacja, może być konsorcjum założone przez kilka osób prywatnych, może być to wspólnota wszystkich obszarów ziemskich w obrębie jednego powiatu(*), która stanowi przedstawicielstwo powiatu. Taki powiat, reprezentowany przez władze powiatu, może również być właścicielem, może więc zorganizować sobie swoje prywatne wojsko. Może też kilka powiatów się ze sobą umówić, że… zawiążą konsorcjum i zorganizują wojsko. Spodziewam się wręcz, że wewnątrz strefy libertariańskiej wszystkie powiaty(*) zgodzą się przystąpić na forum(*) do inicjatywy(*) stworzenia armii. W sytuacji, gdy jeden człowiek może się z drugim połączyć w konsorcjum stworzone w jednym, konkretnym celu, ci z kolei w większe grupy, aż do wielkości kilku powiatów – w sumie mamy sytuację dokładnie taką samą, jakby to wojsko było “państwowe”…

Z jednym tylko wyjątkiem: każdy człowiek jest w istocie członkiem tego konsorcjum, ma swoje udziały, ma głos decyzyjny, może więc w jakiś sposób wpływać na to, jak to wojsko jest zorganizowane. Może też dana organizacja wyłamać się z inicjatywy stworzenia armii i w ten sposób nie uczestniczyć w niczym, co jest z nią związane – zarówno finansowaniu, jak i obronie, czy różnych dodatkowych obostrzeniach prawnych. Może stworzyć własną razem z innym powiatem. Spodziewam się, co prawda, że raczej nikt nie jest na tyle nierozsądny, żeby tak zrobić, ale w teorii nie ma żadnych ograniczeń. Jest to też zresztą sposób, w jaki najróżniejsi pacyfiści mogą bez przeszkód realizować swoje postulaty. Nie chcecie “prowokować” innych krajów poprzez “prężenie muskuł” – to proszę bardzo, nie organizujcie wojska.

Wiadomo, że stawka na to wojsko nie może być “pogłówna”, bo wtedy nie będzie pieniędzy nawet na głupi jeden czołg, a z drugiej strony, w praktyce jest tak, że ci, co mają najwięcej do stracenia, najbardziej są zainteresowani tym, żeby istniało to wojsko – bo bez zorganizowanej jednolitej organizacji obronnej, ze swoim wywiadem i kontrwywiadem, prywatna ochrona wiele nie zdziała. Dlatego raczej przewiduję ogólną zgodę co do tego, że każdy daje zrzutkę na wojsko w wysokości procenta dochodów, nawet z “kwotą wolną od podatku”.

Natomiast jeżeli ktoś myśli, że “prywatne wojsko” miałoby polegać na tym, że zatrudnia się “najemny oddział”, muszę go rozczarować – taki oddział pójdzie tam, gdzie mu więcej zapłacą, więc wrogie państwo nie musiałoby napadać, wystarczy po prostu, że przekupi ich armię (a przecież muszą być wystawieni na oferty, skoro – jako z najemników – najemca może z nich w każdej chwili zrezygnować). W skrócie, wojsko w strefie libertariańskiej wyobrażam sobie jedynie jako realizację inicjatywy(*) forum(*), jego funkcjonowanie jest jednak bardzo zbliżone do wojska “państwowego”.

Przy czym, oczywiście, preferowane jest, żeby ta firma, powołana przez inicjatywę obronną, nie robiła wszystkiego własnymi siłami, lecz zlecała ich wykonanie innym firmom – być może konkurującym ze sobą i zabiegającym o kontrakty. Ale to niewiele się różni od współczesnych państw, gdzie również jest wiele różnych, konkurujących firm produkujących uzbrojenie dla wojska i różne technologie. Co w przypadku strefy libertariańskiej jest ważne, to to, że każdy obywatel jest w pewnym sensie, nawet jeśli “planktonowym”, to nadal udziałowcem całego tego przedsięwzięcia. Może więc wymagać od powiatu, żeby dobrze kontrolował, co robią spece rządzący inicjatywą, a powiat od inicjatywy, żeby nie robiła zbyt daleko idących przedsięwzięć bez konsultacji. Korupcja w takim systemie wojskowym, tak częsta w dzisiejszych państwach, tu jest wielce utrudniona, ponieważ w którymś momencie różne powiaty przyjmą własne inicjatywy obronne, zawierając jedynie sojusz z poprzednią inicjatywą, ale już rządząc się po swojemu.

5. Czemu wielu libertarian nie uznaje rządów?

Nie do końca rozumiem, o co chodzi w pytaniu, bo nawet gdyby przyjąć że znalazł się gość z dwuhektarową działką, który ogłosił niepodległość, to on sam na tym terenie ustanawia “rządy”. Jeżeli nie, to zgadza się, że prawa na tym terenie ustanawia powiat, na terenie którego się znajduje, oraz państwo, do którego się z własnej nieprzymuszonej woli zapisał lub z którego się nie wypisał. Ważne jest jednak to, że jakimkolwiek rządom podlega mieszkaniec strefy libertariańskiej, podlega nim dobrowolnie, na podstawie osobiście podpisanej umowy lub umowy podpisanej w jego imieniu (tak jest w przypadku dzieci). Oczywiście różnie może być z możliwością wyboru, ale ważne jest to, że ten wybór nie jest ograniczony przez żadnego innego człowieka celowo.

Nieuznawanie rządów może być, domniemam, spowodowane tym, że libertarianie są przeciwni demokracji, która jest najłagodniejszym, ale nadal systemem opresyjnym, ponieważ zmusza mniejszość, która nie głosowała na ludzi będących u władzy, by się im podporządkowali, choć tak naprawdę nikt ich nie pytał o zdanie. W strefie libertariańskiej każdy może się wyłamać ze wszystkiego i do niczego nie jest zmuszany. Powiat(*), przykładowo, może oczywiście ustanowić sobie demokratyczny sposób wyboru władz, ale, że sobie tak rzucę cytatem z “Rejsu”, jaką metodą wybierzemy metodę głosowania? Dlatego podstawową metodą przeprowadzania wyborów w strefie libertariańskiej jest “ogólna kompromisowa zgoda”, czyli wszyscy głosują na to samo, wszyscy w 100% zgadzają się na to, co wybierają. Ponieważ oczywiście ludzie się różnią, więc pewnie 100% trafienia nie będzie, dlatego ci, którzy mają inne zdanie, niż większość, muszą zgłosić swoje poprawki i propozycje zmian, przy których wszyscy zgodzą się na tak określone – kompromisowe – rozwiązanie, a pozostali również takie rozwiązanie poprą. Jeśli nie dojdą do porozumienia – ci, którym się nie podoba, mogą odejść, nawet jeżeli będzie to większość, która pozostawi mniejszość samym sobie (związek właścicieli ziemi może również “wyjść” z powiatu i stworzyć nowy, nawet jeśli będzie to oznaczało otoczenie “rebeliantów” i stworzenie z nich enklawy). W razie, gdy nie dojdą samodzielnie do porozumienia, w ostateczności sprawę rozstrzygnie Naczelny Sąd Arbitrażowy(*), który jasno określi, jakie rozwiązanie ma zostać przyjęte, a także co mają zrobić ci, którzy się na takie rozwiązanie nie zgodzą (w sensie, warunki separacji). Wyrokowi NSA muszą się wszyscy podporządkować.

W skrócie, libertarianie uznają tylko takie rządy, które sami osobiście zaakceptowali, i na które podpisali stosowną umowę.

6. Co jeśli jakiś bardzo bogaty i wpływowy człowiek przekupiłby swoją agencję ochrony, czyniąc ją swoją prywatną armią, spróbowałby dzięki temu przywrócić władzę państwową i zbuntować się próbując tym samym zostać nowym dyktatorem?

No, teoretyczna możliwość zawsze istnieje. Można tu założyć kilka różnych prawdopodobieństw i jest to trochę skomplikowane, ale musimy oczywiście założyć najważniejszą sprawę, że nie mówimy o napaści z zewnątrz, tylko o wewnętrznej akcji obalającej porządek strefy.

Strefa działa na zasadzie podpisania przez wszystkich właścicieli ziemskich i władz powiatowych odpowiedniej umowy, która sankcjonuje istnienie strefy. Jeśli więc ktokolwiek wewnątrz strefy dopuszcza się tego typu czynów, podlega karze w związku z naruszeniem prawa własności. Co by mógł zrobić taki właściciel, niechby nawet było, że ma tak wiele pieniędzy, że może kupić pół powiatu, a nawet więcej niż jeden powiat, i na ich terenie rozmieścić wojsko? Załóżmy, że mógłby kupić taki teren, rozszerzyć to potem na kilka powiatów, rozmieścić na nim wojsko, a potem siłą zmusić ludzi do podporządkowania się jego prawu. Powiem to w ten sposób: możemy sobie różne rzeczy wyobrażać, ale w przeszłości nawet państwa miały problemy ze zorganizowaniem tak wielkiej armii. Trzeba by było znaleźć bardzo dużo gotowych na wszystko ludzi, którym obieca się jedynie pieniądze, nie wiadomo właściwie do którego momentu, bo te zaczną się szybko kończyć (do zorganizowania takiej armii potrzeba dużej ilości STAŁYCH WPŁYWÓW, a nie JEDNORAZOWEJ GOTÓWKI). To pierwszy problem. Drugi problem polega na tym, że nie jest wcale łatwo, wbrew pozorom, znaleźć zbyt wielu chętnych na takie prywatne wojsko, na pewno nie tyle, żeby można było zorganizować taką armię. Żadne państwo na świecie (może poza Polską, hihi) nie ma problemu z “nadmiarem chętnych do wojska”.

No i oczywiście pozostaje jeszcze jeden problem z realizacją: otóż wszystkie dyktatury (zbrodnicze dyktatury oczywiście, bo tego co prawda lewactwo nie chce przyznać, ale istniały też dyktatury służące ludziom) jak do tej pory były stworzone przez ludzi, którzy umieli manipulować umysłami, zjednywać sobie ludzi, przekonywać do siebie, czy też rządzić twardą ręką – ale biznesmeni to byli z nich jak z koziej dupy trąba. Nigdy w historii nie zdarzyło się, żeby zbrodniczą władzę dyktatorską objął ktoś, kto dorobił się wielkich pieniędzy w biznesie. Choć może to było tylko dlatego, że ci “biznesmeni” byli zwykle na tyle cwani, że korzystali z możliwości stwarzanych przez dyktaturę, ale woleli wykonywać brudną robotę cudzymi rękami (vide ostatnia afera z Nestle, która sponsorowała terrorystów w jednym z Afrykańskich krajów). Na pewno w każdym razie żaden taki biznesmen-dyktator nie byłby dyktatorem we własnym kraju, w którym prowadzi interesy!

Bo agresja wewnątrz strefy wyklucza możliwość prowadzenia biznesu. Ktoś, kto próbuje wymusić na kimkolwiek swoje prawa siłą, może otrzymać natychmiastowe wypowiedzenia umów różnych wspólników, bez których natychmiast pójdzie z torbami, a niedawni najemnicy rozkradną jego posiadłość w minutę osiem, jak się tylko dowiedzą, że pracodawca im się nie wypłaci. Każdy sąd arbitrażowy, aż do Naczelnego Sądu Arbitrażowego, rozstrzygnie wszelkie konflikty na niekorzyść takiego właściciela, który z powodu wielkości nakazanych odszkodowań nie będzie miał funduszy do kontynuowania swojej zyskownej działalności, ani dla swoich zbrodniczych idei. Ochroniarze takiego biznesmena sami pomogą go schwytać, gdy tylko się dowiedzą, że jego źródło pieniędzy właśnie wyschło, a oni albo się przyłączą do policji strefowej, albo nie dostaną nawet ostatniej wypłaty.

Zatem istnieje taka możliwość czysto w teorii, natomiast pobieżna analiza wskazuje, że jest ona niemożliwa w realizacji. Zaznaczam – pobieżna. Może istnieje na to jakiś łatwy sposób. Natomiast moim zdaniem zdecydowanie bardziej jest prawdopodobne “plądrowanie” wykonane z zewnątrz.

7. Co zamiast państwa?

W opisanej przeze mnie strefie libertariańskiej nie istnieje jedynie “państwo” w sensie jednej organizacji stanowiącej prawo na terenie całej strefy. Istnieją powiaty(*) oraz państwa wirtualne(*), jedne i drugie stanowią własne prawa jak chcą i działają w oparciu o umowy zawierane między sobą i swoimi obywatelami; jedne i drugie istnieją za zgodą każdego z uczestników. Jak dla mnie, naiwnością jest sądzić, że “wszystko się samo ureguluje” – zanim by się uregulowali, zaraz by ich uregulował ktoś z zewnątrz. Nie ma niczego złego w tym, że istnieje jakieś “państwo”, które stanowi prawo, zbiera podatki i za te podatki różne rzeczy organizuje. Złe jest jedynie to, że człowiek mieszkający na danym terenie jest przypisany do jednego państwa i równocześnie siłą zmuszany do respektowania ustalanych i co chwilę zmienianych przez niego praw, co jest typowym przykładem monopolu, ale również opresji, ponieważ nie można mówić o jakiejkolwiek “umowie”, gdy co chwilę zmienia się jej warunki. Wolny świat to taki świat, w którym istnieje wolna konkurencja we wszystkim, i to jest najważniejsza idea przyświecająca strefie libertariańskiej.

Zamiast 25 punktów (z oryginalnej odpowiedzi), mieszających pojęcia logiczne, specyficzne, pobożne życzenia i puste slogany – nawet jeśli wypowiedziane w dobrej wierze – ja proponuję zestaw trzech praw podstawowych strefy libertariańskiej, określanych w skrócie jako:

  1. Prawo umowy
  2. Prawo własności
  3. Prawo informacji

Umowy są podstawą funkcjonowania, wszelkie przepisy, nakazy, również ograniczające wolność, są nakazami przyjmowanymi przez ludzi dobrowolnie. To oznacza między innymi, że państwo wirtualne(*) nie ma pełnej swobody zmiany przepisów prawa, które stanowi. Umowy są podpisywane zawsze dobrowolnie, zmiana warunków umowy w trakcie jej trwania jest niemożliwa – ważne jest to, co jest podpisane, więc zmiana warunków umowy jest możliwa tylko poprzez podpisanie nowej umowy. Państwo może wysłać swoim obywatelom aneksy do umowy, ale jeśli nie przeprowadzi odpowiednich konsultacji, ryzykuje że obywatel nie zechce przedłużyć z państwem umowy. Państwo nie może zmusić obywatela do podpisania aneksu do umowy, który modyfikuje jej prawa, w ostateczności może jedynie wypowiedzieć obywatelowi umowę jednostronnie, jeśli ten odmówi podpisania aneksu (ale wypowiadanie umów też jest obwarowane określonymi dodatkowymi warunkami, jak np. okres wypowiedzenia).

Zasób stanowiący przedmiot czyjejś własności (po nabyciu w wyniku transakcji – tak jest zawsze w przypadku posiadłości ziemskich) pozwala właścicielowi korzystać ze swojej własności bez żadnych ograniczeń, przy założeniu, że

  • działanie wynikające z tego korzystania nie obejmuje własności kogoś innego
  • takie działanie nie narusza warunków podpisanych umów

co oznacza, że może się zdarzyć ograniczenie w dysponowaniu swoją własnością, jeśli takie ograniczenie wynika z podpisanej (dobrowolnie!) umowy.

Informacja z kolei jest kluczową sprawą, która definiuje stan faktyczny i określa warunki zawierania umowy, stan własności, stan wykonania czynności wymaganych przez umowę oraz wszelkich danych, które są przedmiotem zawieranych umów. Zaniedbanie w kwestii informacji może być podstawą do usprawiedliwienia niewypełnienia warunków umowy lub podważenia całości zawartej umowy.

8. Jeżeli pewna firma farmaceutyczna produkowałaby tabletki powodujące natychmiastową lub powolną śmierć, to czy powinny wejść na rynek do użytku?

Patrz: prawo informacji. Każdy towar może wejść na rynek, a klient może go kupić, ale kupno jest transakcją, a jako takie podlega prawu umowy i prawu informacji. Jeśli zatem firma farmaceutyczna zatai fakt, że ten lek powoduje śmierć, a śledztwo zlecone przez sąd arbitrażowy (sprawę może wytoczyć prokuratura państwowa lub powiatowa) wykaże, że rzeczywiście firma nie dołożyła starań, by możliwość śmierci wykluczyć, czy też, żeby o tym jasno i wyraźnie poinformować kupującego, to sąd arbitrażowy zeżre ją z kopytami. Firma będzie musiała wypłacić olbrzymie odszkodowania, a także różne organizacje, do których może należeć obywatel (w tym powiat lub państwo wirtualne), mogą wystawić rekomendację nie kupowania żadnych leków tej firmy, co momentalnie taką firmę zrujnuje finansowo. Firma oczywiście może próbować sprzedawać leki pod inną marką – ale zgodnie z prawem informacji będzie musiała zamieścić na lekach informację, że to ta właśnie stara firma jest właścicielem tej marki… firma może zmienić nazwę, ale nadal jeśli będzie to dziedzictwo poprzedniej firmy, ktokolwiek kupujący lek tej firmy, jeżeli się okaże, że firma nie poinformowała, że to ta sama, co niegdysiejsza objęta złą sławą firma… sąd arbitrażowy rozstrzygnie każdą taką sprawę na niekorzyść tej firmy właśnie na zasadzie prawa informacji. Przed prawem informacji nie ma ucieczki; jak raz wtopisz sprawę – musisz sprzedać biznes i jeszcze ogłosić publicznie, że rozstajesz się z tym biznesem i nowy właściciel nie ma ze starą firmą nic wspólnego, inaczej umarłeś w kaloszach.

Dla takiej firmy wypuszczenie na rynek takiego produktu, przy założeniu, że byłby to wypadek przy pracy, jest to tragedia, ale jeszcze nie apokalipsa, firma może publicznie się pokajać, że doszło do takiej nieprawidłowości, publicznie ukarać winnych, lek oczywiście wycofać, wizerunkowo może też wycofać jakieś inne leki produkowane w tej samej linii, a zawierających też spory element ryzyka, i modlić się, żeby klienci chcieli od niej kupić choćby paracetamol. Gdyby jednak śledztwo wykazało, że decydenci z firmy wiedzieli o tym od początku, i celowo zataili, wtedy to już byłaby dla firmy apokalipsa. Darmowe reklamy w prasie oraz szeroki sponsoring wszystkich poszkodowanych. A potem to pewnie odsprzedanie zasobów, a właściciel jeszcze powinien zmienić nazwisko.

Jeżeli natomiast firma będzie sprzedawać lek, po zażyciu którego ryzyko śmierci ocenia się nawet na 10%, i jest sprzedawany z wyraźnie zaznaczoną informacją, że jest to lek śmiertelny, oraz wyszczególni wszystkie możliwe ryzyka jego zażycia – wtedy firma może to sprzedawać bez problemu. Oczywiście jego sprzedaż ma prawo ograniczyć państwo wirtualne(*), oczywiście tylko w firmach, które w tym państwie działają, czy tak samo powiat(*), dla sprzedaży na swoim terenie.

9. Czy w libertarianizmie może legalnie wystąpić zjawisko niewolnictwa?

W libertarianizmie nie istnieje żadna wyobrażalna definicja niewolnictwa, które byłoby zgodne z trzema prawami podstawowymi. Natomiast jak najbardziej jeden człowiek może z drugim zawrzeć odpowiednią umowę, która zakłada możliwość całkowitego dysponowania daną osobą wedle uznania “właściciela”. Tu ważna uwaga: żadna umowa nie może przekazać nikomu własności do swojego ciała, ponieważ w podstawowym prawie własności jest mowa o tym, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała (przez co takie prawo jest absolutnie niezbywalne). Ciało człowieka zatem nie może być przedmiotem handlu – w najgorszym razie może być jedynie przedmiotem licencjonowania, nawet do końca życia bez możliwości rozwiązania umowy (mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek zgodził się na podpisanie takiej umowy, ale owszem, nie ma na to żadnych ograniczeń). Oczywiście człowiek musi się zgodzić się na to dobrowolnie – i trzeba pamiętać, że jeśli zgodził się na to ze względu na złą sytuację materialną, ktoś mu zaproponował podpisanie takiej umowy, i nawet – powiedzmy – “omamił” go, że to super fajnie i całkowicie rozwiązuje jego problemy, przez co nieświadomie podpisze on ową umowę (nie wiedząc, że ma jakikolwiek wybór), będzie mógł później, jak już “otrzeźwieje”, udowodnić, że został przez sygnatariusza oszukany i nie wiedział o tym, że ma inne możliwości, jeśli sądy arbitrażowe, aż do NSA, dadzą mu wiarę, może podważyć taką umowę. Prawo informacji daje mu taką możliwość – dlatego każdy, kto podpisuje kontrowersyjną umowę, powinien sam we własnym interesie zadbać o to, żeby nie było niedomówień, nieporozumień, oszustw, żeby była stuprocentowa jawność, bo jest to jego jedyna podkładka, która pozwoli oprzeć się próbom podważenia umowy przez innych sygnatariuszy.

Pewien problem może być z handlem dziećmi – problem z ograniczonymi prawami dzieci jest dokładnie opisany w następnym pytaniu. W każdym razie w prawach podstawowych ma żadnego, które efektywnie zakazywałoby handlu ludźmi, którzy nie umieją zrozumieć swoich praw i nie mają zdolności do zawierania umów. Dotyczy to nie tylko dzieci, ale też ludzi o upośledzonych zdolnościach umysłowych.

10. Czy władza rodzicielska i instytucja rodziny sama w sobie jest ograniczeniem wolności i czy tym samym dzieci są własnością rodziców?

Teoretycznie zgodnie z prawem własności każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała, gdyby przyjąć to za dobrą monetę, to właściwie dziecko jest od momentu narodzin takim właścicielem (zresztą, nawet nie od momentu narodzin – od momentu poczęcia, ponieważ dorosły człowiek jest jego pochodną w czasie!). Ale z drugiej strony istnieje jeszcze prawo informacji, które wskazuje, że aby człowiek mógł korzystać ze swoich praw, musi je najpierw rozumieć i musi posiadać zdolność do podpisywania umów. Najsensowniej jest, żeby ta kwestia była regulowana przez państwo wirtualne(*) i jak najbardziej może to być współczesna regulacja ustanawiająca granicę wolności na 18 lat, jak również dodatkowe regulacje pozwalające owe prawa uzyskać wcześniej. Oczywiście w przypadku właścicieli-renegatów (posiadaczy dużych obszarów ziemi, którzy ogłaszają niepodległość i tworzą własny powiat) nie obowiązują w tej kwestii żadne ograniczenia, ale to oznacza jedynie, że potencjalnie każde dziecko, niezależnie od wieku, może podać rodzica do sądu arbitrażowego żądając wyłączenia spod władzy rodzicielskiej (jeśli nie odpuści po dobroci).

Drobna kontrowersja może istnieć w kwestii tego, że jeśli państwo ustala granicę 18 lat na wiek dojrzały, to w takim razie dziecko rodzica będącego obywatelem takiego państwa jest “pod przymusem” trzymane do 18 lat. Też tak nie jest do końca – dziecko może samo z siebie wystąpić o obywatelstwo od innego państwa, w którym ten wiek byłby niższy, albo które takiego wieku nie ustala. W praktyce zdarzenie takie jest co prawda niemożliwe, bo żadne państwo takiej aplikacji nie przyjmie, ani żadne państwo nie pozwoli sobie na nieuregulowanie tej sprawy – ale teoretycznie zakazu żadnego w tej kwestii nie ma. Poza tym jeśli rodzic ustanowi własne prawa i zarządzi teoretycznie, że dziecko jest jego własnością aż do jego śmierci – dziecko może zgłosić sprawę do sądu arbitrażowego. Jeśli umie zrozumieć swoje prawa – a chodzi oczywiście wyłącznie o prawa podstawowe – może uzyskać wyrok, który unieważnia “prawo” ojca renegata przez fakt sprzeczności z prawem własności.

11. Co jeśli pomiędzy firmami/przedsiębiorcami dojdzie do zmów cenowych?

Oczywiście można sobie wyobrazić taką sytuację, szczególnie gdy panuje ona na terenie jednego powiatu(*), albo nawet w dwóch różnych powiatach blisko siebie, natomiast obejmuje wszystkich sprzedawców z jednej branży. Tą sprawę można rozwiązać tylko i wyłącznie w taki sam sposób, jak to się robi dziś – państwo wirtualne(*) (również powiat(*)) może ustalić reguły, na podstawie których określa się, że mamy do czynienia ze zmową cenową. Jest to możliwe, gdy akurat się trafi, że owe firmy dorwały się do jakiejś unikalnej technologii, niedostępnej innym, i robią na tym pieniądze o wiele nieproporcjonalne do wielkości własnych inwestycji.

Co więcej, istnieje też zawsze taka możliwość, że ktoś ma np. łącze światłowodowe i dla ewentualnych kontrahentów ustanowi tak zaporowe ceny, że nikt nie będzie chciał (a nawet nie będzie mógł!)  z nich korzystać, a swoich użytkowników będzie kroić na grubą kasę. Oczywiście w teorii tu powinien pojawić się konkurent, położyć własny światłowód równolegle do tego (czyli duplikując zasoby bez potrzeby, bo raz wykopany kanał można wykorzystać na wiele kabli) i zaproponować niższą stawkę. W praktyce jednak po czymś takim były monopolista w tym momencie obniża ceny poniżej opłacalności produkcji, wykańczając w ten sposób konkurenta (może sobie na to pozwolić, bo zebrał dużo kasy dzięki byciu monopolistą), a potem ratując go przed bankructwem wykupując jego zasoby staje się na powrót monopolistą – i znów dyktuje kosmiczne ceny.

Dlatego powiat i państwo mają możliwość ustalania reguł gry konkurencyjnej i określania, kiedy ktoś nadużywa monopolistycznej sytuacji. Jest to o tyle istotne, że powiat zwykle też jest właścicielem różnych terenów “niczyich” typu chodnik przy drodze, często jest też więc właścicielem terenów, pod którymi leży kabel. Firma, która produkuje unikalne towary, też jeździ drogami powiatowymi itd. – słowem, nikt nie może żyć i zarabiać bez życia w zgodzie z radą powiatu(*) i państwem(*), z którym podpisał umowę.

Oczywiście jeśli ktoś jest sam właścicielem swojego powiatu, z którego rusza się na zewnątrz tylko swoim helikopterem, i posiada w sprzedaży unikalny towar jako jedyny w okolicy, jak najbardziej może sobie dyktować kosmiczne ceny. Ale każdy powiat, który z nim graniczy, ma prawo również ustalać – w ostateczności – cła zaporowe na jego towary. Może otoczyć jego posiadłość wysokim płotem i słono sobie liczyć za przekroczenie granicy z dowolnym towarem wedle wziętych z powietrza stawek. Na zasadzie – jak nie chcesz sprzedawać po uczciwych cenach wszystkim, to nie będziesz sprzedawał nikomu. Chcesz sprzedawać w innych państwach – droga wolna, wsiadaj w helikopter i leć. Tylko nie zapomnij zatankować.

Zawsze można być właścicielem unikalnego i potrzebnego wszystkim towaru i żądać za niego słonej zapłaty – ale żeby sprzedać, to trzeba z tym towarem gdzieś dotrzeć. Produkcja w strefie libertariańskiej, a następnie sprzedaż poprzez zabranie towaru helikopterem kilka tysięcy kilometrów dalej w innym państwie, nigdy nie będzie tak opłacalna, jak sprzedaż za płotem. To oznacza, że da się gościa przymusić do niekosmicznych cen (nie uzasadnionych kosztami) poprzez odseparowanie go od rynku. Oczywiście tutaj sposoby rozwiązania problemu nie różnią się od tych, które są dziś w państwach.

12. Czy częstotliwości radiowe mogą być czyjąś własnością prywatną?

Nie mogą, tak samo jak nie mogą być nimi kolory ani wzięte z natury zapachy, ani nawet nie mogą być nimi zapachy stworzone syntetycznie (choć może być nim patent na technologię jego wytwarzania). Natomiast inna sprawa jest z falami radiowymi nadawanymi na tych częstotliwościach.

Tu jest sytuacja dokładnie taka sama, jak z dźwiękami i hałasowaniem (pytanie 3): jeżeli ktoś nadaje fale radiowe na określonej częstotliwości na swoim terenie, to musi to robić albo tak, żeby się poza jego teren nie wydostały, albo robić to wyłącznie na zasadach uzgodnionych z innymi właścicielami, a w praktyce z powiatem(*), który to ma najprawdopodobniej też uregulowane razem z pozostałymi powiatami strefy w ramach inicjatywy(*). Co więcej, kwestie te muszą być uzgodnione z innymi państwami, więc prerogatywy takiej inicjatywy sięgają też podpisywania w tej sprawie umów z innymi państwami. To oznacza, że przydział i użytkowanie określonych częstotliwości radiowych jest uregulowane przez stosowną inicjatywę(*) forum(*), a co za tym idzie, przenosi się to następnie na powiaty, państwa, i obywateli, którzy z nimi podpisali umowy. Żeby było jasne: nie jest to własność. Jest to uregulowanie kwestii wysyłania w przestrzeń fal radiowych, które potencjalnie mogą przenosić się na tereny innych właścicieli.

13. Co jeśli osoba X zawarła z osobą Y umowę na temat sprzedaży zamku, ale już po jej podpisaniu, przy finalizowaniu transakcji okazało się, że to zamek do drzwi, a osoba kupująca miała na myśli zamek jako średniowieczną budowlę?

Umowa taka może zostać podważona przez sąd arbitrażowy na zasadzie prawa informacji. Podważenie skutkuje nakazem wycofania wszystkich czynności zawierających transakcję, w tym oddanie pieniędzy. Sprawa jest oczywista, ponieważ umowa nie wyszczególniła dokładnie przedmiotu transakcji i nie została tak samo zrozumiana przez strony.

14. Czy kara więzienia (skoro ogranicza czyjąś wolność lub go jej pozbawia) jest z punktu widzenia libertarianina niemoralna lub nieetyczna?

Pytanie jest poza tematem; w strefie libertariańskiej nie określa się, co jest moralne lub etyczne, tylko czy spełnia prawa podstawowe.

Kara więzienia jest to nic innego, jak spełnienie warunków umowy, która została podpisana dobrowolnie, jako warunek bycia mieszkańcem danego powiatu i obywatelem danego państwa. Innymi słowy, każdy kto został skazany na karę więzienia, to tylko dlatego, że sąd arbitrażowy określił jasno dopasowanie sposobu postępowania obywatela do zapisu w umowie, zatem wsadzenie go do więzienia jest czymś, na co obywatel zgodził się dobrowolnie już w przedbiegach. Jeśli nie podpiszesz umowy stosowania się do określonego prawa, a za jego niestosowanie zgody na wsadzenie do więzienia, to w najlepszym razie możesz ogłosić niepodległość na swoim własnym dwuhektarowym polu z lądowiskiem dla helikopterów, ale żadne przytomne władze powiatu cię z tego terenu nigdzie nie wypuszczą.

Tu można oczywiście zapytać: a czy to nie narusza jego prawa własności i prawa umowy – jeżeli ma własność gdzieś poza owym terenem lub otrzymał prawo do jego licencjonowania? Owszem, narusza. Dlatego nie wolno otaczającym powiatom ODMÓWIĆ mu podpisania umowy, która by pozwalała ten teren opuścić – ale nikt nie twierdzi, że muszą odpuścić z wymaganiem zobowiązania się pójścia do więzienia za morderstwo.

15. Czy prywatni lekarze nie będą przypadkiem wykonywać tylko tych zabiegów, które im się opłacają, przy czym pomijać chorych na rzadkie choroby?

W dzisiejszych Niemczech, przykładowo, też wszyscy lekarze są prywatni. Prywatni, co nie oznacza, że nie podlegają nakazom honorowania wszystkich publicznych ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy pobierają stawkę jako procent zarobków. W strefie libertariańskiej jak najbardziej mogą działać ubezpieczyciele zdrowotni, mogą też istnieć nakazy wydane przez powiat przyjmowania wizyt abonentów ubezpieczycieli publicznych, którzy z kolei będą mieć z kolei określone ograniczenia (minimum stawek itp.), jedyna różnica od tego, co dziś jest w Niemczech, byłaby taka, że każde państwo ma prawo samo sobie ustalać różne reguły, na jakich lekarze mają przyjmować.

Oczywiście zawsze istnieje możliwość, że żadne z państw nie będzie tym zainteresowane – no cóż, bliższa ciału koszula, zawsze jest możliwe, że większość osób wyjdzie z założenia, że a tam, mnie taka rzadka choroba nigdy nie dopadnie. Ale w takiej sytuacji to ewentualnie będzie podpadać pod kategorie charytatywne, więc konieczne “skomplikowane zabiegi”, czy też “kosztowne leczenie” będzie można zrealizować z pieniędzy fundacji. To daje też taką możliwość, żeby zorganizować badania naukowe nad owymi rzadkimi chorobami, które doprowadzą do odkrycia sposobu jej eliminacji, wczesnego wykrywania i szybkiego wyleczenia, a także profilaktyki (a nad profilaktyką oczywiście będzie czuwać ubezpieczyciel – z którym, oczywiście, klient podpisuje umowę dobrowolnie :) ).

16. Czy wolność, która często bywa niemoralna nie kłóci się z kanonem Kościoła Katolickiego?

Podstawowym kanonem Kościoła Katolickiego jest to, że Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę, nawet w czynieniu zła, natomiast każdy człowiek indywidualnie odpowiada przed Bogiem ze swoich własnych czynów. Nie ma żadnych reguł, które pozwalałyby komukolwiek na zmuszanie kogokolwiek do postępowania wbrew jego woli, co najwyżej dopuszcza działanie w obronie siebie i innych.

Ważne jest jednak to, że strefa libertariańska nie określa kwestii moralności – wszystko jest sprowadzone do trzech praw podstawowych.

Przykładowo, jeżeli zdarzyłaby się taka sytuacja – a była jakiś czas temu drobna sprawa, użytkownicy facebooka dobrze wiedzą, o kogo chodzi – że kobieta zajdzie w ciążę, rozstanie się z partnerem, a następnie nic partnerowi nie mówiąc usunie ciążę, wtedy zasada praw podstawowych wygląda następująco: zostało naruszone prawo dziecka, również nienarodzonego do własności swojego ciała, to że ono nie może niczego ani zrozumieć, ani powiedzieć, oznacza jedynie, że nie może korzystać z prawa umów, ale tu liczy się jeszcze prawo pochodnych i prawo własności powiązanej (z tzw. praw oczywistych). W przypadku, gdy ktoś ginie, istnieją tzw. osoby zależne, które są uwzględniane w przypadku decydowania przez sąd arbitrażowy, kto może upomnieć się o własność – a jest tym kimś również biologiczny ojciec nienarodzonego dziecka. Kobieta, która usunęła ciążę bez porozumienia z nim może być pozwana o odszkodowanie. W przypadku tej walki o odszkodowanie oczywiście może mieć znaczenie, czy kobieta nie została przypadkiem do tego przez partnera zmuszona (nawet nieświadomie) i tak dalej.

Natomiast oczywiście gdy kobieta usunie ciążę za porozumieniem z biologicznym ojcem dziecka, wtedy w praktyce może to zrobić bezkarnie. Przy czym konsekwencja tego czynu może ją kopnąć w dupę w najmniej spodziewanym momencie: w przypadku ubiegania się o pracę na określonym stanowisku pracodawca może np. zażądać zadeklarowania, że nigdy nie usunęła ciąży (jako w jego mniemaniu świadectwo moralności osobistej). Oczywiście nie może żądać żadnych “dowodów”, to jest tylko osobista deklaracja. Ale jeśli oszuka – prawo informacji nie zna litości. Wystarczy świadek, jakikolwiek niepodważalny ślad.

17. Czy w libertarianizmie przeciętny Kowalski może zbudować we własnej piwnicy prywatną bombę atomową?

W przypadku “renegatów” jest to możliwe, przynajmniej teoretycznie. Prawa podstawowe nie mogą tego zakazywać. Ale istnieje do tego wiele praktycznych ograniczeń. Aby zrobienie czegoś takiego było możliwe, musiałyby być spełnione następujące warunki:

  • Kowalski posiadający własny obszar ziemski jest renegatem (jego obszar ziemski jest terenem oddzielnego powiatu)
  • Jego terytorium leży przy granicy z innym państwem, a od pozostałych powiatów(*) strefy libertariańskiej jest całkowicie odcięty
  • Granica obszaru Kowalskiego z obcym państwem nie jest szczelna i może on przez nią przewieźć materiały do produkcji bomby (nie zakładam, że na jego terenie znajduje się kopalnia uranu, bo opis stałby się już zbytnio absurdalny)
  • Lub: posiada lądowisko dla helikopterów i jest to jego środek transportu, którym transportuje zarówno towary, jak i materiały do produkcji bomby – i owo państwo ościenne pozwala mu na to bez ograniczeń

A bardziej praktycznie, na czym mogą polegać ograniczenia? Przede wszystkim, jeśli Kowalski jako renegat przystąpił do inicjatywy obronnej, to może zbudować sobie taką bombę, ale nie w tajemnicy, tylko wyłącznie jeśli jest to część projektu obronnego. Jeśli nie, to reprezentanci inicjatywy obronnej przedstawiają mu ultimatum: albo podpisze konwencję o nie posiadaniu broni atomowej, albo nigdzie go nie wpuszczamy. Jeśli będzie on miał posiadłość na granicy z innym państwem – wtedy albo to drugie państwo będzie współpracowało z nim w tym projekcie, albo go tak samo do swojego państwa nie wpuści. Konwencja ta równocześnie oznacza, że będą się w okolicy pojawiały ekipy, które będą to kontrolowały.

Jak mogą go “nie wpuścić”? Zwyczajnie. Otoczyć go granicą bez przejścia. A helikopterem? A owszem, jako właściciel powiatu jest też właścicielem przestrzeni powietrznej… w obrębie nad swoją posiadłością. Spróbuje przekroczyć granicę swojej posiadłości i zostanie momentalnie zestrzelony przez działko przeciwlotnicze. Ma tylko jedną teoretyczną możliwość wydostać się ze swojej posiadłości: zbudować pojazd kosmiczny i wydostać się poza granicę atmosfery, przelecieć nad inną część ziemi i tam spróbować wylądować – licząc na to, że wyląduje na jakimś obszarze, w którym go nie zestrzelą bez ostrzeżenia za naruszenie przestrzeni powietrznej. Nawet w teorii zresztą ta możliwość jest mocno naciągana, bo musiałby mieć na swoim terenie cały przemysł metalurgiczny, żeby coś takiego zrobić.

A, że mógłby gdzieś ewentualnie zadzwonić? Chyba dzwonkiem. Granica powiatu to jest granica powiatu, nic się nie może poza teren takiego renegata wydostać, w tym fale radiowe i sygnały po łączach telefonicznych. To jest kompletne odcięcie od świata.

Natomiast jeśli mówimy o realnych warunkach, to mamy tylko dwie takie możliwości:

  • powiat, na terenie którego mieszka Kowalski, jest uczestnikiem inicjatywy obronnej, a ta zakłada m.in., że nikt nie robi na własną rękę żadnych instalacji obronnych lub zaczepnych bez konsultacji z kierownictwem inicjatywy
  • jeśli Kowalski jest renegatem, to albo jest nadal uczestnikiem inicjatywy obronnej, albo ma podpisaną stosowną umowę z sąsiadującymi powiatami, czy też ewentualnie z sąsiadującym państwem (i zgadza się na istnienie kontroli, która to cyklicznie sprawdza)

Oczywiście, jeśli ktoś uważa, że powyższe zabezpieczenia mogą być zawodne, to zaznaczę jedynie, że współczesne regulacje w państwach wcale mniej zawodne nie są.

18. Czy jeżeli jakiś foton odbije się od nas, lub naszej własności i uderzy w cudzą, to dopuszczamy się wówczas agresji?

To, kto i z jakiej intencji dopuścił do tego, żeby jakiś element materialny lub używający materialnego nośnika, znalazł się na czyjejś posesji, musi być najpierw odgadnięte i odpowiednio dowiedzione. Dlatego jakimkolwiek sprawcą, a zatem również tym, który miałby być pozwany o odszkodowanie, jest ten, kto ów foton wypuścił oryginalnie. Jeśli jest on wytworem naturalnym (nie spowodowanym przez człowieka), no to trudno – pretensje do Pana Boga.

Oczywiście tu muszą też zostać uwzględnione regulacje wewnątrz wspólnoty mieszkaniowej (powiatu(*)). Ten może określić fotony i fale elektromagnetyczne jako zasoby podlegające możliwości przenoszenia bez konieczności pytania o zgodę właściciela posesji, przez które przechodzi, pod warunkiem stosowania się do określonych zasad.

Tu oczywiście drobna, dodatkowa uwaga: sam foton jest bez znaczenia, ale jeżeli mamy na dachu wielkie lustro, które odbija promienie słoneczne, a na dodatek jeszcze wklęsło-kuliste, które je jeszcze skupia w jednym punkcie i może wywołać pożar, to nie może to już zostać żadną miarą za odbicie “przypadkowe”, w odróznieniu od odbicia się fotonu od wyglancowanej powierzchni plastikowej elewacji domu. Odróżnienie przypadkowości od celowości jest do rozstrzygnięcia przez sąd.

19. Co jeżeli prywatny przedsiębiorca obuduje bezpośredni teren wokół naszego domu, lub działki własną drogą?

W ogólnym przypadku nie można tego rozstrzygnąć, ale w różnych szczegółowych przypadkach ustaleń nie jest on możliwy.

Jeżeli uważamy, przykładowo, że prawo własności daje możliwość właścicielowi użytkowania własnych zasobów, to uważamy również, że do jej użytkowania należy również możliwość jej opuszczenia i udania się na jakiś inny teren, z którego może korzystać dzięki umowom podpisanym z innymi właścicielami.

Tą sprawę zatem musi rozstrzygnąć sąd arbitrażowy i jak najbardziej może zmusić właściciela drogi do udostępnienia jej za darmo lub jej sprzedania na rzecz powiatu(*), do którego należy ów właściciel – ewentualnie włączenia jej w teren powiatu i podpisania odpowiedniej umowy na użytkowanie (korzystania z funduszu drogowego powiatu). Jest tak dlatego, że choć teren drogi teoretycznie jest terenem prywatnym właściciela drogi, to jednak uniemożliwianie lub utrudnianie poruszania się między własną posiadłością, a terenem zewnętrznym stanowi konflikt. Konflikt powinien zostać rozwiązany lub powinna zostać zastosowana umowa wspólnego użytkowania. Jeżeli jeszcze na dodatek ktoś celowo zrobił tak drogę, stanowi to celowe wywołanie konfliktu własności, wraz ze wskazaniem sprawcy jako jednego z uczestników konfliktu własności. Czyli coś, co jest traktowane na równi z włamaniem.

20. Czy sąsiad emitujący szkodliwe gazy z domowego komina lub kominów fabrycznych, znajdujących się na jego posesji/terenie, które rozwiane przez wiatr wchodzą bezpośrednio na słup powietrza w obrębie naszej własności dokonuje na nas agresji?

Znów, podobna sprawa, jak z dźwiękami, fotonami itd. – facet może puszczać sobie na swoim terenie dymy jakie chce, jeżeli wydostaną się za teren posesji, jest winny naruszenia. Powiat(*) może wprowadzać ustalenia odnośnie tego, jakie gazy mają prawo wydostać się poza posesję. Jeszcze raz: nikt właścicielowi nie broni wytwarzać dowolnych gazów na terenie jego posesji – ale jeśli wydostanie się poza posesję, musi to być gaz, który jest dostosowany do reguł wprowadzonych przez powiat(*).

Tu uwaga: umowa z sąsiadującymi powiatami może być niezbędna do pełnej realizacji możliwości “palenia węglem” na terenie swojej posesji, zwłaszcza gdy granica powiatu znajduje się blisko źródła emisji. Prawdopodobnie zatem będzie to ogólna regulacja dotycząca wszystkich powiatów, obowiązująca całą strefę (inicjatywa(*)). Być może, gdy w strefie będą funkcjonowały jakieś fabryki, będą mogły mieć specyficzne regulacje, również w ramach inicjatywy (sprawy typu można dymić, ale z daleka od posesji itd.).

21. Co jeśli jakieś zewnętrzne państwo spróbuje zaatakować kraj libertariański?

Jak każdy kraj, musi mieć ustaloną strategię obrony. Domniemam, że najsensowniej jest, gdy cały kraj podejmie w tym celu inicjatywę(*) obronną, również uzgodnioną z innymi państwami. Uzgodnienia będą dotyczyć oczywiście wszystkiego: organizacji, uczestnictwa, finansowania, umów zewnętrznych. Oczywiście jest możliwość, jak zawsze, że jakiś pojedynczy powiat(*) wyłamie się z inicjatywy, a tym samym finansowania. Ludzie, którym bliskie są np. poglądy pacyfistyczne, mogą, jeśli chcą, wyłamać się z powiatu, albo nawet przekonać cały powiat, żeby nie uczestniczyli w inicjatywie.

Przy czym zaznaczam, że prawo informacji pozwala również na to, żeby do zawarcia umowy móc wymagać określonych informacji. Każda strona umowy zawartej na cokolwiek z takim powiatem, który wyłamie się z inicjatywy obronnej, może albo wcześniej wymagać przynależności do określonych inicjatyw(*) lub może też po fakcie uzasadnić, że jako powiat nie uczestniczący w inicjatywie obronnej jest niewiarygodny i sygnatariusze ponoszą większe ryzyko w swojej działalności. Może to być pretekst do zerwania umowy lub konieczności jej renegocjacji.

22. Czy jeżeli ktoś znajdzie się na naszej posesji, na której ustanowiliśmy prawo strzelania bez ostrzeżenia do każdego niezapowiedzianego gościa możemy go zabić?

O ile tylko adwokaci zabitego nie dadzą rady argumentować, że ów człowiek dostał się tam drogą publiczną i dostępnym wejściem, a wokoło było za ciemno, żeby zobaczyć wielką tablicę z napisem “Uwaga! Wstęp wzbroniony! Tu się strzela bez ostrzeżenia!”, oraz nie było napisu po Angielsku (ustalenie powiatu(*) jako języka uniwersalnego dla wszystkich) ani po Polsku (język urzędowy powiatu(*)) – wtedy tak, może go zabić, i adwokaci nie będą w stanie nic zrobić. Chyba że ustalenia powiatu(*) dodatkowo ograniczają możliwość strzelania do wszystkich bez ostrzeżenia na terenie powiatu, ale – jak już wspomniałem – przynależność do powiatu, państwa i stosowanie się do jakichkolwiek reguł za wyjątkiem prawa podstawowego, jest całkowicie dobrowolne.

Trzeba tylko pamiętać, że jasne i nie budzące wątpliwości reguły, jak nie dać się na terenie tej posesji zastrzelić, muszą być w komplecie wyłożone przed wejściem na teren, najlepiej jeszcze podpisane. Po ewentualnym zabiciu kogoś takiego istnieją tylko trzy możliwości oskarżenia strzelającego o złamanie prawa:

  • prawo umowy: człowiek został zastrzelony, mimo że zastosował się do warunków umowy, która gwarantowała mu nietykalność
  • prawo własności: człowiek został zastrzelony i nie da się wskazać żadnych jasnych powodów, dlaczego tak się stało (samodzielne rozwiązanie konfliktu nie pozwalające na jego renegocjacje)
  • prawo informacji: człowiek został zastrzelony mimo że otrzymał wymagane informacje, jak nie dać się zastrzelić na terenie tej posesji i się do nich zastosował (został zastrzelony z jakiegoś powodu, który nie został mu zawczasu przedstawiony)

23. Kto będzie budował drogi?

Ten, kto ich potrzebuje. Jeśli nie zgłosi się żaden prywatny właściciel, który zechce ją zbudować, może to być powiat, jeśli mieszkańcy powiatu się odpowiednio w tej kwestii dogadają. Mogą założyć konsorcjum, gdzie każdy będzie miał określony udział (stosownie do wkładu), może sam powiat być właścicielem i finansować ją ze specjalnie w tym celu utworzonego funduszu drogowego.

Tu oczywiście nie powstrzymam się od złośliwego komentarza, że oryginalna odpowiedź na to pytanie to jest klasyczne Rżnięcie Głupa(tm).

Należy pamiętać oczywiście, że powiat(*) zwykle będzie tworzył różne specyficzne reguły określające funkcjonowanie dróg. I w związku z tym może nie pozwolić komuś zbudować drogi (tzn. postawi szlaban na własnych, które do niej prowadzą) lub wymusić sprzedaż określonego fragmentu terenu, jeśli jest on potrzebny na zbudowanie drogi. Rozstrzygnięcia w tej kwestii prowadzą sądy arbitrażowe. Sąd nie może oczywiście działać przeciw prawu własności, ale jeżeli ważą się losy dostępu innych do swojej własności, wtedy istnieje konflikt własności, a jego rozstrzygnięcie nie jest oczywiste.

24. Czy nagły i gwałtowny rozwój mechanizacji jest w stanie pozbawić wielu ludzi ich pracy?

Tak, ale co to ma do rzeczy? Rynek pracy się zmienia od początku istnienia ludzkości, niektóre zawody znikają, pojawiają się nowe. Nikt jeszcze nie udowodnił, że rozwój mechanizacji przyczynia się do zwiększania bezrobocia. Nie widzę też związku z libertarianizmem.

25. A co w takim razie z osobami uzależnionymi?

Ich problem. Chyba że ten problem rzutuje też na innych, to wtedy można podać gościa do sądu.

Zaznaczam dodatkowo, że prawo informacji wymaga, by taka informacja o człowieku była dostępna również dla “zainteresowanych”, takich np. jak ubezpieczyciel medyczny. Ubezpieczyciel medyczny może zażądać wyższej stawki, czy też nie zgodzić się na podpisanie umowy, podobnie jak pracodawca może się nie zgodzić na podpisanie umowy o pracę z narkomanem. Jedno zażycie, które nie zostało zgłoszone jako “napad”, może na długi czas pozbawić człowieka dużej liczby dostępnych dla innych możliwości i usług.

Luźny zarys projektu “strefy libertariańskiej”

Posted in Uncategorized on 2013/12/18 by ethouris

0. Introduction

Muszę zacząć od wyprostowania pewnych pojęć.

Większość historii ludzkości to historia niewolnictwa o różnych odcieniach. Dyskusje o “zakresie wolności obywatelskich” to tak naprawdę dyskusje o tym, ile drobnych przywilejów tyran może łaskawie dać niewolnikom. Jeżeli patrzymy z punktu widzenia wolności na pojęcia demokracji, totalitaryzmu, monarchii, oligarchii i autorytaryzmu – tak naprawdę nie ma między nimi większej różnicy. Z punktu widzenia wolności istnieją tylko dwie główne kategorie systemów państwowych: libertarianizm i tyrania.

Tyrania jest to ideologia organizacji państwowej, która opiera się na dwóch założeniach:

  • Władza musi być w ręku jakiegoś “tyrana” (być może grupy skupionej wokół niego), który ma – jak to się raczył swego czasu wyrazić z rozbrajającą szczerością Polski minister spraw wewnętrznych – “monopol na przemoc”, czyli może sam stanowić prawo i wymuszać jego przestrzeganie.
  • Ów “tyran” musi być kimś lepszym, mądrzejszym i godniejszym, a właściwie to takim “tatusiem”, który musi obywatela “wychować”, a gdy jest nieposłuszny – “skarcić” (stąd tyle miejsca w prawie poświęca się “karom”)

Tyrania zatem jest kompletnym zaprzeczeniem wolności (ponieważ władza może zmuszać do respektowania prawa, którego człowiek nie akceptuje) i równości (ponieważ władza ma specjalne przywileje w stosunku do zwykłych obywateli), a braterstwo w takim systemie istnieje tylko w postaci zorganizowanej przestępczości i nepotyzmu – system państwowy we Francji jest zatem parodią własnej flagi. Tyranią jest zresztą większość współczesnych systemów państwowych, również demokracja, ponieważ władza w demokracji spełnia powyższą definicję, a tyran wybierany co 4 lata nie przestaje być przez to tyranem.

Niemal każdy sądzi, że aby inni respektowali jego prawa, to nad tymi innymi musi właśnie stać jakiś “tyran” z batem (ale oczywiście nie myśli o tym, że nad nim również). Bo “anarchia” oznacza “brak jakichkolwiek reguł”, jeden wielki chaos, krwawe zamieszki, po których znów jakiś tyran będzie musiał wszystkich wziąć za pysk i wysmagać batem – co w najlepszym razie przekształci się znów we współczesną demokrację.

Libertarianie jednak nie idą aż tak daleko, żeby zlikwidować jakiekolwiek prawo. Ma istnieć tylko kilka minimalnie niezbędnych reguł (w liczbie policzalnej na palcach, i to nawet jednej ręki, a najlepiej jeszcze mistrza Yody!), obowiązkowych dla wszystkich (w tym władz stanowiących nowe prawa) i niezmiennych – i tu przede wszystkim mówi się o prawie własności (anarcho-kapitalizm). Wszelkie inne reguły powinny być wyłącznie przedmiotem dobrowolnej umowy. Jedyne, co dobrego można do tego jeszcze dodać, to kilka różnych dobrych pomysłów, projektów i wzorców odnośnie tego jak funkcjonować w strefie bez państwa.

Gdyby bowiem przyjrzeć się, jakimi sprawami zajmuje się ów “tyran”, i porównać to z podobnymi sprawami, które są regulowane za pomocą dobrowolnych umów między ludźmi i organizacjami, okazuje się, że te ostatnie (z konfliktami rozstrzyganymi przez sąd arbitrażowy) są w stanie funkcjonować co najmniej tak samo dobrze. Można zatem taki model stworzyć, a jak to zrobić – podpowiada nam podstawowy element kapitalizmu: wolna konkurencja. Mało kto zauważa, że państwo to po prostu… monopolista. I wszystkie jego wady to są wady monopolu. Dlatego strefę, która ma dawać ludziom najwięcej wolności, zanim wykształci się samoczynnie w “coś”, warto zabezpieczyć jakimś dobrym pomysłem. W skrócie można go przedstawić jako: “wolna konkurencja we wszystkim”.

A teraz spróbuję to rozwinąć.

1. Prawa podstawowe i podział administracyjny

W strefie rządzą trzy prawa podstawowe, do których musi stosować się każdy mieszkaniec, gość i organizacja działająca na jej terenie. Wyróżnia się też tzw. “prawa naturalne”, które mogą podlegać interpretacji sądów, ale powinny być one zindeksowane i zgodne z aktualną wiedzą, aby nie stwarzać niejednoznaczności prawnej. Żadne inne prawo odgórne w strefie nie ma prawa obowiązywać. Prawa podstawowe są to, w skrócie (niżej będzie zamieszczona dokładna definicja):

  1. Prawo umowy: dobrowolne ustalanie reguł i nakaz ich dotrzymywania
  2. Prawo własności: wyłączność w dysponowaniu zasobem będącym własnością, w tym dzierżawy i sprzedaży
  3. Prawo informacji: zgodność tego co jest na papierze, w raportach i ustaleniach między ludźmi z rzeczywistością; jasne i zrozumiałe dla wszystkich określanie reguł, oraz oceny ich spełnienia, również ujawnianie informacji potrzebnych do zawarcia umowy i wykonywania określonych nią czynności

Prawa podstawowe są absolutne i niezbywalne, co oznacza m.in., że nie tylko nie wolno w swoich czynach naruszać żadnego z tych praw, ale i nie wolno w umowie zawrzeć przepisu, który by je naruszał (umowa zawierająca taki przepis może zostać podważona). Nikomu nie wolno nawet zrzec się któregokolwiek z praw podstawowych w stosunku do samego siebie.

Cała strefa podzielona jest na małe obszary ziemskie (istnieje reguła określająca ich maksymalną wielkość, natomiast nie ma minimalnej), dla zobrazowania rzędu wielkości nazwiemy je powiatami (ang. county, niem. kreis itd.). Każdy powiat jest całkowicie autonomiczny i sam rządzi się ustalonymi przez siebie prawami – w tym również może go sobie dowolnie dzielić na mniejsze części z osobnym systemem zarządzania i zestawem praw. Każdy kawałek ziemi na terenie strefy jest czyjąś własnością, w tym np. własnością organizacji powiatowej.

Najważniejszą cechą strefy jest maksymalnie posunięta dobrowolność w każdym aspekcie. Jakiekolwiek dodatkowe ustalenia reguł między ludźmi i organizacjami, poza tym, co jest w prawie naturalnym i prawie podstawowym, istnieją tylko w postaci umów. Przystąpienie danej prywatnej posiadłości ziemskiej do powiatu jest zatem również dobrowolne – właściciel może zawsze zdecydować o przyłączeniu się do innego powiatu lub stworzeniu własnego. Dlatego aby stać się mieszkańcem powiatu, należy podpisać z powiatem umowę. Umowa ta określa wszystkie prawa i obowiązki mieszkańca powiatu, który w ten sposób staje się członkiem tej organizacji. Mieszkaniec takiego powiatu zatem zgadza się na wymogi powiatu, a także na dobrowolne poddanie się “karze” za złamanie praw powiatu, ponieważ podpisał odpowiednią umowę. To oznacza również, że powiat nie może sobie w którymś momencie zmienić praw i ogłosić, że od jutra obowiązują nowe regulacje. Jeśli chce to zrobić, musi zaproponować dotychczasowym mieszkańcom powiatu podpisanie nowej umowy, względnie aneksu do istniejącej. Mieszkaniec może się na to nie zgodzić, a powiat może wtedy co najwyżej wypowiedzieć mu umowę, oczywiście z zachowaniem okresu wypowiedzenia i wszelkich warunków wypowiedzenia określonych w umowie. Dlatego rekomenduje się, że jakakolwiek zmiana prawa powinna odbyć się poprzez szerokie konsultacje społeczne – wprowadzanie prawa wbrew mieszkańcom może skończyć się wyborem rozwiązania umowy zamiast podpisania nowej.

Każda organizacja w strefie musi mieć określone w swoim statucie (umowa bazowa), kto jest jej członkiem, oraz kto z jej członków pełni funkcje kierownicze i w jakim zakresie. Powiat jest również taką organizacją, a jego członkowie są mieszkańcami powiatu. Tam można również ewentualnie określić, na jakich zasadach może się zmieniać status członkostwa w tej organizacji i skład zarządu. Powiat jest po prostu jedną z takich organizacji. Ponieważ powiat jest związany z terenem ziemskim (w tym przypadku zasobem), istnieją następujące możliwe statusy dotyczące ludzi względem powiatu:

  • mieszkaniec: można być mieszkańcem tylko w jednym powiecie, albo i w żadnym, niezależnie od możliwości posiadania ziemi gdziekolwiek w strefie i poza nią; mieszkaniec jest uprawniony do uczestnictwa w decyzjach powiatu (może uczestniczyć w wyborze władz i sam do nich kandydować)
  • gość: nie posiada przywilejów mieszkańców, ale wolno mu przebywać na terenie powiatu bez ograniczeń (powiat może przydzielić taki status każdemu, kto nie został imiennie określony inaczej, może wymagać aby gość przebywał wyłącznie pod opieką któregoś mieszkańca, a może też wymagać uzyskania zezwolenia zarządu powiatu na przydzielenie takiego statusu)
  • intruz: nie wolno mu wejść na teren powiatu, ale może zaaplikować o taką możliwość (dotyczy powiatów, które wprowadzają restrykcje odnośnie wchodzenia obcych na swój teren)
  • banita: nie wolno mu przebywać na terenie powiatu, powiat dowolnie określa karę, jaką wymierzy takiemu człowiekowi, jeśli się na jego terenie pojawi, nawet śmierci (generalnie różnica między banitą a intruzem jest taka, że w przypadku intruza dopuszcza się jeszcze możliwość, że znalazł się on na tym terenie przypadkowo i nie wiedział, że nie wolno mu wchodzić, banita natomiast został wyraźnie poinformowany, że zostanie złapany i ukarany jak tylko ktoś zobaczy go na terenie strefy)

Powiat, jeśli chce, może wybierać zarząd w demokratycznych wyborach, ale nie ma to większego sensu. Wybór powinien bowiem respektować opinie wszystkich wyborców – a wyborcy nie kwalifikują kandydatów jako “najlepszy z możliwych” i “pozostali”, tylko na “najlepszy z możliwych”, “w ostateczności akceptowalny” i “po moim trupie”. Demokracja zaś pozwala, by ci z ostatniej kategorii zostali dopuszczeni do władzy, co może szybko spowodować opuszczenie powiatu przez tych, którzy się na to nie godzą. Respektowanie opinii wszystkich polega na tym, żeby wybrać najmniej kontrowersyjnych kandydatów, aby zminimalizować ryzyko stworzenia w taki sposób “separatystów”. Najlepiej jest zresztą, żeby powiat sam się podzielił na bardzo małe obszary (gminy) i tworzył lokalne zarządy – w tych kwestiach powiat ma również pełną dowolność.

Zaznaczam tu dodatkowo, że podział posiadłości ziemskich jest nie tylko powierzchniowy, ale i przestrzenny. To oznacza, że jeśli posiadasz ziemię, masz do dyspozycji określony teren w poziomie, ale niekoniecznie od jądra ziemi do granic atmosfery. Dla terenu przestrzennego nad i pod ziemią istnieją dwie możliwości regulacji:

  1. Jesteś właścicielem całej przestrzeni w pionie nad swoją działką. Z powiatem wtedy ewentualnie podpisujesz umowę na użytkowanie na wypadek, gdyby chciał tam coś budować, a także na jakiej wysokości zaczyna się pułap przestrzeni powietrznej, w której powiat może zezwalać innym na umieszczanie tam sprzętów latających (i na jakich zasadach tą przestrzeń udostępniasz – niekoniecznie powiatowi). Możesz te części nawet sprzedać powiatowi, czy w ogóle komukolwiek innemu.
  2. Wysokość i głębokość twojej działki jest ograniczona odpowiednimi pułapami. Oznacza to, że możesz kopać doły tylko do pewnej głębokości i budować budynki też tylko do pewnej wysokości. Poza tymi granicami właścicielem przestrzeni zwykle jest powiat – co oznacza, że powiat odpowiada za dopuszczanie sprzętów latających, kopanie tuneli, rurociągów, czy naziemną linię przesyłową.

To oznacza również, że jeśli jesteś właścicielem nieruchomości, to jesteś właścicielem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Reguła ta określa również, że jeśli jesteś np. właścicielem mieszkania w 10-piętrowym budynku, takie mieszkanie jest również twoją własnością w przestrzeni. Możliwość dotarcia do mieszkania oczywiście jest przedmiotem odrębnej umowy (klatka schodowa i winda są własnością kogoś innego), natomiast oczywiście nie wpływa to w żaden sposób na reguły własności nieruchomości. Najmniej kłopotliwe jest oczywiście, jeśli właścicielem terenu, na którym stoi budynek mieszkalny, jest organizacja wspólnotowa, która zrzesza wszystkich właścicieli mieszkań, ale równie dobrze właścicielem tej ziemi może być prywatna osoba – choć jest to nieco kłopotliwe, bo taka własność byłaby związana różnymi mocno ograniczającymi umowami.

2. Jednostki organizacyjne

Najważniejszą jednostką, której istnienie należy do reguł strefy, jest powiat. Powiat rządzi się w całości swoimi prawami, w tym również sam określa obszary (kategorie prawne), w których regulację może pozostawić innej organizacji. Tu właśnie, jako proponowany standard dla wszystkich powiatów, zakłada się istnienie dodatkowej organizacji, która zarządza wszystkimi sprawami, które nie są związane bezpośrednio z terenem ziemskim: państwo (osobiście nie upieram się przy takiej nazwie typu organizacji, ale jest to jedyna sensowna nazwa, jaka mi przyszła do głowy).

Państwo jest dobrowolnie założoną organizacją obywateli strefy, nie związaną z żadnym obszarem ziemskim, poza faktem, że organizacja ta podpisuje zwykle umowę z powiatem, na terenie którego zamierza działać. Jest to wyłącznie kwestia decyzji powiatu, czy chce dopuścić państwo do działalności na swoim terenie, a jeśli tak, to jak określić zakres spraw, które państwo może we własnym zakresie regulować. To oznacza, że powiat powinien w pewnym sensie dokonać podziału spraw na “powiatowe” i “państwowe”, regulować tylko te swoje, a pozostałe pozostawić państwom – przy czym powiat musi mieć też utworzoną organizację swojego własnego “państwa”, które ma istnieć wyłącznie na wypadek, gdyby jakiś mieszkaniec nie chciał zapisać się do żadnego z działających na jego terenie państw.

Państwo, zaznaczam, jest jedynie pomysłem na organizację – żaden powiat nie ma obowiązku współpracować z żadnym państwem, każde może mieć własne. Jest to jedynie dobra platforma do współpracy między powiatami oraz ludzi w poprzek powiatów, a jednocześnie realizacja idei dobrowolnego udziału: jeśli komuś nie podoba się polityka podatkowa państwa i jego organizacja, zawsze może przepisać się do innego, nie zmieniając lokalizacji swojej ziemskiej posiadłości, ani przypisania do powiatu (to ostatnio wiązałoby się z formalnościami odnośnie umowy).

Istnieją dwa najważniejsze zadania państwa: prowadzenie ewidencji działalności gospodarczej oraz edukacja. W związku z tym państwo powinno być jedynym poborcą podatków, zarówno w celu sponsorowania edukacji, jak i z uwagi na współuczestnictwo w funduszach infrastrukturalnych powiatu (państwo już wtedy samo się rozlicza z powiatem). Państwo też powinno być zainteresowane inwestowaniem w rozwój technologiczno-przemysłowy. W tym celu musi mieć możliwość potencjalnego działania na terenie całej strefy, ale i możliwość określania, kto z dobrodziejstw przez nie stworzonych (za pieniądze podatników) będzie miał prawo skorzystać. W tym również wymieniać się osiągnięciami z innymi państwami z obopólną korzyścią.

Współpraca między państwami, a powiatami, z których każdy może stanowić własne prawa, jest wyłącznie kwestią podpisania między tymi organizacjami umowy. Powiat jak najbardziej może nie podpisywać umowy z żadnym państwem. Ale przypisanie prowadzenia działalności do określonego państwa oznacza, że dane przedsiębiorstwo zarówno płaci tam podatki, jak i uzyskuje określone korzyści od tego państwa, w postaci, przykładowo, dostępu do pracowników, w tym wykwalifikowanych – państwo może nie pozwolić firmom z innych państw zatrudniać pracowników, którym sponsorował wykształcenie, chyba że odpowiednio się dogadają w kwestii refundacji kosztów. Dla wszystkich najkorzystniejsza jest sytuacja, w której każde państwo może działać na terenie każdego powiatu. Nie zawsze oczywiście jest to takie proste, ponieważ zawarcie umowy państwa z powiatem oznacza zgodę powiatu na to, że rolę ustalania praw w określonym przez państwo zakresie stanowi ono samo, co nakłada ograniczenia np. na aktualizację umów zawieranych między powiatem a jego mieszkańcami.

Państwa tak samo mogą sobie dowolnie regulować co im się podoba, nawet nakładać ograniczenia na budowę, czy handel ziemią – najwyżej powiat nie zgodzi się na podpisanie umowy z takim państwem, lub zastrzeże sobie prawo do decydowania w tej kwestii. Nikt nie ma obowiązku w żadnym zakresie, za wyjątkiem dotrzymywania prawa podstawowego (czyli w konsekwencji również podpisanych umów).

Istnieją dwie jednostki organizacyjne działające na terenie całej strefy: Forum oraz Naczelny Sąd Arbitrażowy.

Forum składa się z przedstawicieli (delegatów) danego powiatu i stanowi platformę wymiany informacji oraz podejmowania decyzji odnośnie uczestnictwa w różnych Inicjatywach. Za pomocą Inicjatyw Forum powiaty podejmują się różnych wspólnych działań, ustaleń praw, inwestycji i wszystkiego, co mogłoby wymagać współpracy wielu powiatów. Obowiązkowe jest uczestnictwo w forum oraz odpowiadanie na propozycje Inicjatyw – nie ma natomiast obowiązku uczestniczenia w jakiejkolwiek Inicjatywie.

Naczelny Sąd Arbitrażowy jest jedyną instytucją w całej strefie, która ma prawo wydawać wyroki, do których strony muszą się obowiązkowo dostosować. Poza tym wszelkie sądownictwo jest powierzane prywatnym firmom i są to sądy arbitrażowe. Wszystkie sądy mają sądzić wyłącznie według jednego zestawu praw – praw podstawowych – a pozostałe kwestie rozstrzygać w oparciu o prawo naturalne oraz regulacje zawarte w podpisanych przez strony umowach (o sądownictwie będzie dokładniej dalej). Instytucja ta jest jednocześnie organizatorem centralnej bazy danych, która przechowuje informacje o wszystkich notowanych umowach (te, które sygnatariusze zechcieli zgłosić, i których NSA jest jednym z sygnatariuszy), jak również o wszelkich aktach własności do nieruchomości i przypisań ziemi do powiatów.

3. Przykłady realizacji usług globalnych

Czy to może działać? Tak, może. Spróbuję to pokazać na przykładach.
Szkolnictwo, na przykład, może być realizowane przez Państwo z podatków płaconych przez członków państwa (nie na każdym poziomie, ale powiedzmy, że na podstawowym wymaganym poziomie). Może, czyli inne państwo może edukacji nie sponsorować w ogóle.

Co się więc stanie, jeśli mamy państwo A, które ściąga podatki i sponsoruje z nich szkolnictwo, a państwo B nie będzie w ogóle sponsorować szkolnictwa, i tym samym ściągać niższe podatki? Można powiedzieć, że firmy wtedy przeniosą się tam, gdzie będą płacić niższe podatki, a w państwie A pozostaną tylko w najlepszym razie średnio zarabiający z dziećmi. No tak, ale te dzieci później będą wchodzić na rynek pracy. Żeby móc się zatrudnić u pracodawcy z państwa B, kandydat musiałby najpierw przenieść się do państwa B. Dlaczego musiałby? Oczywiście, jeżeli zarządcy państwa A są głupi, to pewnie nie musi, ale jeśli myślą, to spodziewam się, że zawarcie umowy członkowskiej z państwem X wyklucza możliwość podejmowania pracy u jakiegokolwiek pracodawcy, który nie jest członkiem państwa X, lub przynajmniej państwa Y, z którym państwo X ma podpisaną na tę okoliczność stosowną umowę. Żadne szanujące się państwo nie pozwoli swoim członkom zatrudniać się w firmie należącej do innego państwa, które je “trolluje” brakiem polityki edukacyjnej. Wszystko zresztą sprowadza się do jednej rzeczy: ktoś musi ponieść koszty edukacji. Jeśli te koszty poniosło państwo, to będzie chciało je potem odzyskać w podatkach od firm, które będą ich zatrudniać. Siłą rzeczy więc jeśli ktoś chce się zatrudnić gdzie indziej, to państwo będzie chciało te pieniądze odzyskać w inny sposób – albo bezpośrednio, albo nakazać samodzielne spłacenie (raczej z kredytu bankowego), albo przenieść te zobowiązania do państwa, w którym jest zarejestrowana firma chcąca go zatrudnić. Wszystko w tej sprawie jest możliwe, strony muszą się tylko odpowiednio między sobą dogadać i podpisać stosowne umowy. Sprawę edukacji może nawet prowadzić jakaś firma, która równocześnie osiąga zyski z innej działalności – wtedy po prostu to ta firma ponosi koszty edukacji, co zwykle oznacza, że w ogóle tak wykształcony pracownik może pracować już wtedy tylko w tej firmie, jeśli potencjalny nowy pracodawca nie dogada się w kwestii przeniesienia kosztów edukacji. Wreszcie, obywatel może sam sponsorować swoją naukę, jeśli go na to stać – wtedy nikomu nie jest winien żadnych zobowiązań i może bez przeszkód zatrudniać się w dowolnym państwie, nawet stworzyć własne, jeśli chce.

Inny przykład – drogi. Kto ma budować drogi? W obrębie powiatu drogi sobie buduje powiat tak jak mu się podoba i za swoje pieniądze je utrzymuje. Ale może tego nie robić, może wydzielić odpowiednio teren dla prywatnego właściciela, który zechce zrobić sobie prywatną drogę. Ktokolwiek byłby właścicielem drogi, to ten właściciel sam ustala reguły i różne przepisy drogowe, które tam obowiązują, jak również jakie dokumenty (certyfikaty) musi posiadać ten, kto chciałby z tej drogi korzystać. Wszelkie tego typu przepisy są w gestii właściciela drogi. A co by się stało w przypadku, gdyby właściciel drogi ustanowił na niej zaporowe opłaty, korzystając z faktu, że jest właścicielem unikalnego dobra? Przede wszystkim, powiat może, jak powiedziałem, nakładać ograniczenia na to, co i pod jakim warunkiem można tam budować – więc jeśli właściciel nie zgodzi się na warunki ustalone przez powiat, nie będzie mógł zbudować drogi. Ale nawet gdyby jakoś sprytnie ocyganił powiat i udało mu się zbudować drogę i nałożyć za wysokie opłaty, powiat nadal może podjąć w ostateczności kosztowną nieco, ale jednak inwestycję, która zbuduje drugą drogę, nawet żeby musiał tunelem podkopać się pod drogą albo wiadukt posadzić, a następnie wykluczyć obszar drogi z obrębu powiatu (jeśli droga przecina powiat w poprzek, mogą się nawet podzielić na dwa powiaty i założyć konsorcjum, łącząc się ze sobą przez obrzeża). Wtedy właściciel drogi nie będzie miał skąd brać opłat za użytkowanie i zbankrutuje, a wtedy wierzyciele przejmą jego drogę. Do tego zresztą może też nie dojść z innego powodu – powiat jako zarządca terenu ziemskiego ustala również reguły w jaki sposób ludzie z terenu jednej własności mogą przemieszczać się do innej.

W praktyce oznacza to więc, że nawet w przypadku prywatnego właściciela drogi, powiat ustala z owym właścicielem reguły finansowania i użytkowania. Właściciel zawsze ma pewne pole manewru, ale zawsze też mogą nie dojść do porozumienia, a wtedy powiat może nie pozwolić mu na wejście na swój teren (a przynajmniej zagrozić – bo jeśli by to rzeczywiście zrealizował, to właściciel nie miałby nawet jak dostać się na swoją posiadłość, chyba że helikopterem, i pod warunkiem, że znajdzie jakiś korytarz powietrzny, którego powiat nie zakazał mu używać). Aby uniknąć tego typu problemów drogi powinny być regulowane w następujący sposób: prywatny właściciel drogi musi mieć podpisaną umowę z powiatem na korzystanie po określonej cenie, ewentualnie powiat sam jest właścicielem drogi i decyzje w jej sprawie podejmuje zarząd powiatu.

Tyle w obrębie powiatu. W obszarze większym, niż powiat, jak np. autostrada biegnąca przez całą strefę z północy na południe, to jest już przedsięwzięcie zorganizowane między powiatami – w ramach Inicjatywy Forum. Niekoniecznie wszystkie muszą uczestniczyć w całości przedsięwzięcia. Forum powinno wyjść z odpowiednią propozycją i w efekcie końcowym uzyskać wspólną zgodę co do tego, gdzie i jak ma zostać zrobiona droga. Wszystkie powiaty, które są zainteresowane, powinny ze sobą podpisać stosowną umowę. Tam powinny zawrzeć się wskazania co do przebiegu trasy (w tym punktów stycznych między powiatami), użytej technologii, rozkładu kosztów poniesionych przez określone powiaty. Potem może to być zrobione tylko tak, że do punktów stycznych powiat sam odpowiada za drogę, a może to być tak, że powiaty zawiązują konsorcjum, które w całości dba o drogę. Ponieważ powiat musi mieć na to pieniądze, musi wcześniej zabezpieczyć swoje interesy poprzez odpowiedni fundusz drogowy, z którego sponsoruje m.in. remonty starych dróg, i musi być on tak wyznaczony, żeby mogło też wystarczyć pieniędzy na nowe drogi. Na ten fundusz pieniądze idą z podatków, które państwa zbierają od obywateli jako swoje podatki. Oczywiście fundusze na ten cel mogą wyłożyć również prywatne przedsiębiorstwa, jeśli dysponują odpowiednimi pieniędzmi. W zamian otrzymują udziały w konsorcjach będących właścicielami dróg i otrzymują stosowną działkę z funduszu drogowego danego powiatu.

4. Standardy

Prawo, któremu podlegają ludzie, jest regulowane przez różne instytucje, więc każda instytucja może sobie ustalać prawo takie, jakie jej się podoba, co powoduje, że mogą istnieć potencjalnie najróżniejsze regulacje nakładane przez różne państwa, różniące się między powiatami i państwami. Ponieważ prawo może ustalać zarówno powiat, jak i państwo na jego terenie działające, może dojść w końcu do sytuacji nie tylko konfliktów (te jeszcze daje się rozwiązać, bo to jest kwestia podpisanej umowy). Problem jest co zrobić w przypadku ludzi, którzy nie są mieszkańcami (więc nie podpisali żadnej umowy z powiatem), ale chcą dostać się na ten teren. Teoretycznie powinno się od nich wymagać znajomości prawa, co więcej, potwierdzenia tej znajomości zanim wejdą. Samo potwierdzenie nie jest jeszcze problemem – można postawić w ostateczności szlaban, który sobie samemu trzeba otworzyć, żeby nie było, że ktoś przejechał i nie zauważył. Ale potwierdzenie, że zna się prawo, powinno teoretycznie oznaczać, że ktoś przeczytał całość prawa obowiązującego w powiecie. Ilość praw może być tak duża, że napisanie całego prawa powiatu na jednej tablicy, czy nawet w zestawie broszurek wyłożonych przed wjazdem, żadną miarą nie mogłoby się udać. Dlatego we współczesnych państwach problem ten jest rozwiązywany poprzez ustalenie jednego prawa wszędzie, ewentualnie ustalenie między państwami różnych wspólnych praw. Podobna sytuacja jest w przypadku dróg, które łączą się ze sobą, a na których każdy właściciel teoretycznie mógłby ustalić sobie inne prawo.

Do tego celu służą standardy. Standardy łączą dowolne zestawy przepisów prawnych i wtedy wystarczy, że przepisy określające sposób działania danej organizacji nadmienią tylko określony standard. Oczywiście mogą mieć dodatkowe wymagania poza owymi standardami, ale każdy zestaw wymagań ponad to, co jest określone w jakimś standardzie, komplikuje sprawę. Każdy jak najbardziej może ustalić przepisy jakie chce, ale sam fakt, że jest ich za dużo i zbyt szczegółowe, może spowodować, że wielu nie będzie chciało przez sam ten fakt podpisywać z tą organizacją żadnej umowy. Przewiduję nawet, że wiele sąsiadujących ze sobą powiatów zawiąże specjalne umowy stosowania się do określonych standardów, przez co mogą nawet ustanowić całkowicie, lub przynajmniej w większości, takie samo prawo obowiązujące wszystkich gości. Wtedy granice między sobą będą musiały mieć tylko określone drobne wzmianki o różnicach w stosowanych standardach, lub nawet w ogóle nic (poza oznaczeniem granicy powiatu), jeżeli akurat prawo dotyczące gości na ich terenie jest takie samo.

Przykładów standardów może być wiele, jest to tak abstrakcyjny temat, że może funkcjonować w dowolnej dziedzinie, gdzie cokolwiek jest regulowane. Ze współczesnego życia znamy standardy takie jak np. standardowe licencje oprogramowania, jak licencja GNU GPL, licencja BSD, czy licencja Apache. Ciekawa sprawa, że nie ma standardowej licencji komercyjnej. Pewnie dlatego, że nawet świat oprogramowania nie domyślił się jeszcze, że mogą istnieć licencje parametryzowane. A może po prostu wygodniej jest firmom, że dają długie licencje, składające się w 90% ze standardowych oczywistości, których przeczytanie zajmuje pół godziny, i których nikt przecież nie czyta, ale oczywiście każdy zgadza się na warunki.

Dobrym przykładem użycia standardów jest standard przepisów drogowych. Dla przepisów drogowych standard może być jeden, co najwyżej może być kilka dodatkowych (zależnych od typu drogi) i ewentualnie kilka specyficznych – ale opisanie stanu prawnego drogi w ten sposób nie zajmuje tyle miejsca, co wyłożenie w szczegółach wszystkich przepisów. To samo dotyczy ewentualnych certyfikatów potwierdzających umiejętności poruszania się po drodze, które też powinny być wystawione wedle i regulacja obowiązująca drogę może być taka, że tylko z takim certyfikatem można wjeżdżać na drogę. To samo oczywiście obowiązuje w kwestii ubezpieczeń. Dodatkowo oczywiście trzeba pamiętać o tym, że wiele z dróg może być międzynarodowych i tak czy siak musi spełniać “standardowe” przepisy krajów, z którymi ich te drogi łączą. “Standardem” może być samo określenie typu drogi, który też określa dodatkowe obowiązujące tam reguły (takie jak np. zakaz wjazdu dla pojazdów niezdolnych rozwinąć 40km/h na autostradę).

5. Organizacja całości strefy

W strefie nie istnieje żadne superpaństwo, ani żadna władza, która może odgórnie komukolwiek coś narzucić. Pożądane by było co prawda, aby istniało przedstawicielstwo reprezentujące wszystkie powiaty wobec państw spoza strefy. Takie “superpaństwo” może powstać jako inicjatywa forum, natomiast – jak z każdą inicjatywą – nie ma obowiązku uczestnictwa, a nawet po przyłączeniu się można się z niej później wyłamać (a nawet utworzyć własną, alternatywną inicjatywę odnośnie tej samej sprawy).

Powiatom nie wolno tylko jednego: występować ze strefy libertariańskiej (a dokładnie to dołączać do innego państwa – bo strefa nie jest niczym powiązana za wyjątkiem prawa podstawowego, niestety wiele państw ma problem z respektowaniem strefowego prawa podstawowego). Nie można tego zrobić, ponieważ przestają wtedy działać umowy oraz rozstrzyganie na podstawie przepisów podstawowych. W takim przypadku złamanie umowy nie może być rozsądzone przez sąd arbitrażowy działający w strefie i wszelkie umowy podpisane z takim powiatem mogą być od razu podważon. Nie ma też powodu, żeby powiat występował ze strefy – może podpisać umowę z sąsiadującym państwem (a dokładnie z państwem wirtualnym pod egidą sąsiadującego państwa) i wtedy wszystko na jego terenie dzieje się tak, jakby do tego państwa należał, różnica jest jedynie taka, że wciąż ma możliwość wypowiedzenia temu państwu umowy. Nie ma z drugiej strony przeszkód, by powiat wyłamał się z podległości NSA (stworzyć własny). Tylko że wtedy może powstać problem, ponieważ w wyniku braku jednoznacznej instytucji rozstrzygającej może zniszczyć to jakąkolwiek współpracę między jednostkami z rozdzielonych obszarów.

Przepisy podstawowe są dokładnie trzy, te akurat nie obejmują regulacji podziału administracyjnego. Są następujące:

  1. PRAWO UMOWY: Umowa jest regulacją zawartą pomiędzy dowolną liczbą podmiotów (podmiotem jest osoba fizyczna lub organizacja założona przez podmioty). Zawarcie umowy jest równoznaczne ze zobowiązaniem się wykonania czynności i zgodą na bycie poddanym procesom przewidzianym w treści umowy. Umowa jest ważna, gdy została zawarta dobrowolnie. Zakres, na jaki dopuszcza się zawieranie umowy, wynika z fizycznych możliwości zawierającego umowę podmiotu. Jeżeli umowa jest poświadczona dokumentem trwałym, dokument poświadczający umowę jest ważny, jeśli wszystkie strony zawierające umowę zostały w niej wymienione i mogą zostać jednoznacznie zidentyfikowane. Jeżeli stroną umowy jest organizacja, umowa zachowuje ważność nawet w przypadku podziału organizacji lub zmiany jej składu. Połączenie dwóch organizacji w jedną może nastąpić tylko gdy obie są stronami umów o tej samej treści z tymi samymi podmiotami.
  2. PRAWO WŁASNOŚCI: Własność jest to wyłączność dysponowania przez posiadacza posiadanym zasobem (zarówno użytkowania, dzierżawy i sprzedaży). Każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała oraz wszystkich zasobów, które otrzymał, wytworzył lub nabył w wyniku transakcji. Wszelkie przekazanie własności może się odbyć tylko i wyłącznie poprzez transakcję podejmowaną na zasadzie umowy. Właścicielem może być osoba fizyczna lub organizacja założona w oparciu o odpowiednią umowę. Każdy podmiot wykorzystujący dany zasób musi być albo jego właścicielem, albo członkiem organizacji, która jest właścicielem (regulacje użytkowania określa umowa z pozostałymi członkami), albo korzysta z zasobu na podstawie odpowiedniej umowy zawartej z właścicielem zasobu.
  3. PRAWO INFORMACJI: Wszelkie wykonywane w strefie czynności prowadzące do interakcji między podmiotami, w tym również transakcje i zawieranie umów, musi być wykonane z pełną świadomością ustaleń, identycznego rozumienia wszystkich użytych w nich pojęć i postanowień. Do zawarcia umowy, a także do realizacji zawartych w niej ustaleń, każda ze stron jest obowiązana dostarczyć pozostałym wszystkie informacje potrzebne do podjęcia decyzji o jej zawarciu oraz do wykonywania czynności przewidzianych w umowie. Zatajenie jakichkolwiek informacji, lub rozumienie innych rzeczy pod określonymi pojęciami, może być podstawą do podważenia lub unieważnienia umowy lub wycofania transakcji. Informacje nie zawarte w treści umowy, jeśli nie są regulowane przez przepisy podstawowe, uważa się za nie wpływające na treść i regulacje umowy.

Tu zwrócę jeszcze tylko delikatnie uwagę, że w strefie nie istnieje coś takiego jak “współwłasność”. Właściciel zasobu może być zawsze dokładnie jeden i tylko jeden. Jedyna możliwość, by kilka osób “współdzieliło” własność zasobu jest założyć organizację (konsorcjum). Właścicielem jest wtedy organizacja, a jak każdy z jej członków może korzystać z owego zasobu, jest określone w regulaminie organizacji (umowie zawiązującej organizację). To może być też zagnieżdżane: organizacja może być też częściowym udziałowcem jakiegoś zasobu, ale wtedy jako taka też posiada członkostwo w innej organizacji – tej, która jest właścicielem zasobu. Różnica jest o tyle istotna, że jeśli zakłada się organizację, to trzeba w tym celu zawiązać umowę, która szczegółowo określa dozwolone sposoby użytkowania zasobów będących własnością (może je wymienić w umowie, ale to oznacza przypisanie umowy do wszystkich wymienionych zasobów) i kto co może z nim zrobić. Taki “współwłaściciel”, przykładowo, nie może sprzedać zasobu (ponieważ nie jest jego właścicielem), ani nie może sprzedać “części zasobu” (ponieważ właścicielem owej “części zasobu” nie jest również). Może co najwyżej sprzedać swoje udziały w organizacji, która jest właścicielem zasobu, o ile umowa określa, jakie to są udziały, oraz jeśli określony w umowie zarząd organizacji (organizacja musi mieć dokładnie określone kto i na jakiej podstawie podejmuje tam kluczowe decyzje – inaczej umowa zostanie podważona) wyda zgodę na przyjęcie ewentualnego nowego członka do organizacji, nie wspominając już o warunkach opuszczenia organizacji przez poprzedniego właściciela. Oczywiście wszystkie te umowy jak najbardziej mogą być ustne – to niczego nie zmienia. Względem prawa właścicielem jest nadal jeden człowiek lub jedna organizacja i prawo do użytkowania lub dysponowania prawami do zasobu są takie, jak zostało to określone w umowie.

Rozumiem wątpliwości, które narosły wokół pojęcia organizacji i ewentualnego koniecznego zapisu w prawie, ale tak naprawdę regulowane jest to poprzez prawo podstawowe. Reguła prawa własności jest taka, że właściciel musi być obywatelem, to znaczy, musi mieć świadomość własnych praw i rozumieć prawo podstawowe. Jeżeli więc jest to jakikolwiek byt abstrakcyjny, niech by był nawet stworzony przez człowieka, który ten warunek spełnia (a organizacja, w której jasno określi się, kto podejmuje tam kluczowe decyzje, ten warunek spełnia) – może być właścicielem. Oczywiście odnosząc się do motywu wspomnianego przez Isaaca Asimova, czyli czy stworzona przez człowieka sztuczna inteligencja może być samodzielnie funkcjonującym obywatelem, odnosi się tak samo do tego przypadku. Jeżeli jakikolwiek sąd rozstrzygający konflikt z udziałem takiego “robota” potwierdzi, że posiada on zdolność rozumienia i wdrażania prawa podstawowego, może jak najbardziej być właścicielem (fakt, czy jest samodzielnym właścicielem, czy ktoś nim od środka steruje, jest akurat od tego niezależny – w przypadku jakiegokolwiek sztucznego tworu musiałby on zostać uwolniony od oryginalnego właściciela na jego życzenie, natomiast w przypadku człowieka bycie czyjąś własnością jest niemożliwe z powodu jasnego określenia przypadku “człowieka” w definicji prawa własności).

Interpretacja praw podstawowych jest w ogóle zdecydowanie szersza, niż mogłoby się wydawać. Przykładowo, jeśli umowa z państwem obejmuje dobrowolne poddanie się karze za udowodnione przewinienie, to oskarżony obywatel musi ponieść określoną karę – ale skoro naruszenie przepisów umowy nastąpiło z przyczyn od strony umowy niezależnych, nie może być on za to ukarany (prawo umowy – 1). Jeżeli oskarżony człowiek dopuścił się kradzieży, zabójstwa, gwałtu, pobicia, spowodował wypadek samochodowy, zdefraudował pieniądze itd., i zostało mu to udowodnione – jego wina jest bezsprzeczna niezależnie od jakichkolwiek praw ustanowionych przez państwa i powiaty, poszkodowany może wytoczyć proces każdemu niezależnie od jakichkolwiek ustaleń umów między dowolnymi stronami (prawo własności – 2). Jeżeli wina nie jest z kolei wystarczająco udowodniona, ewentualnie oskarżyciel nie udostępnił wszystkich informacji pozwalających rozstrzygnąć sprawę, sprawa nie może być rozstrzygnięta na niekorzyść oskarżonego (prawo informacji – 3). Tu dodam dodatkowo, że jeżeli umowa narusza którekolwiek prawa podstawowe, może być przez sąd podważona, a wyrok może być bardzo różny (sąd może nakazać wykreślenie określonych regulacji z umowy, może podważyć umowę i nakazywać nie wykonywać wymaganych w niej czynności lub wycofać niektóre z już wykonanych – to zależy od tego, jakie rozwiązanie będzie najlepsze dla wszystkich stron umowy).

To oznacza, przykładowo, że każdy przepis w umowie, który określa karę pieniężną za nie zastosowanie się do jakiejś regulacji, może zostać łatwo podważony – ponieważ jest on sprzeczny z prawem własności (nie można nikomu zabierać pieniędzy, ani kazać ich zapłacić, jeśli nie jest to uzasadnione przepływem wartości w drugą stronę – opłatą za użytkowanie, odszkodowaniem, wyrównaniem strat itp.; oczywiście może istnieć coś takiego jak “darowizna”, ale darowizna jest czymś, co wychodzi z inicjatywy dawcy i nie może być przez nikogo “żądana”). Natomiast wystarczy w zupełności zamiast “kary” użyć określenia “opłata za użytkowanie” lub “rekompensata” i już tego podważyć nie można (teoretycznie też można by się przyczepić do tego, czy opłata za użytkowanie przy zerowych kosztach właściciela jest uzasadniona – ale właściciel zawsze ma prawo ustanowić opłatę od użytkowania swojej własności jak mu się podoba i nie musi się z tego tłumaczyć). Przykładowo, parking pod hipermarketem (nawiasem mówiąc, to rozwiązanie jest do zastosowania już dziś w większości państw na świecie, tylko pod warunkiem, że kierownictwo takiego marketu nie posiada mentalności oprawcy) może wprowadzić zasadę, że parkowanie jest płatne, przy czym za zajęcie jednego miejsca nic się nie płaci, natomiast za zajęcie więcej niż jednego miejsca oraz za parkowanie w miejscu nie oznaczonym jako parking płaci się 500zł za godzinę. Nie jest to kara, jest to opłata za użytkowanie terenu. Jeżeli natomiast byłoby określone, że parking jest “bezpłatny”, ale obowiązuje kara za niewłaściwe parkowanie, sąd regułę o karze podważy bez problemu, ponieważ nie jest to żądanie zapłaty za użytkowanie zasobu, ani odszkodowanie (takowe zresztą należałoby dodatkowo oszacować). Podobnie za jazdę środkami komunikacji miejskiej opłata może wynosić, powiedzmy, 5zł, jeśli posiada się skasowany na bieżący kurs bilet, lub 500zł, jeśli się go nie posiada, płatne na wezwanie kontrolera. O ile kojarzę, to gdzieś w którymś mieście tak to nawet dokładnie było napisane: opłata (a nie “kara”) za jazdę bez ważnego biletu – jak widać, można znaleźć osoby, które nie uważają “tyranii” za jedyny słuszny system zarządzania.

Przepisy dotyczące podziału terytorialnego określają jedynie dwie sprawy:

  • Powiat jest organizacją związaną z jednolitym obszarem ziemskim, zrzesza prywatne posiadłości, których właściciele zgodzili się do niego przystąpić (plus pozostały teren, którego sam jest właścicielem) oraz ludzi, którzy mają status mieszkańca tego powiatu. Całkowicie dobrowolne jest pozostawanie na terenie powiatu, występowanie z powiatu, przyłączanie się do innego powiatu, a także tworzenie własnego – jedynym warunkiem zmiany granic powiatów jest posiadanie nieruchomości oraz zachowanie ciągłości terenu.
  • Istnieje określona maksymalna powierzchnia, jaką może zajmować powiat. Wielkość ta jest ustalana odgórnie w momencie utworzenia strefy (proponowanym rozwiązaniem jest wzór 150*150*150 ludzi przy gęstości zaludnienia 3000 os/km2, tzn. powiat może liczyć maksymalnie tyle mieszkańców i zajmować maksymalnie tak obliczoną powierzchnię). Forum strefy może te reguły później zmodyfikować, ale do tego potrzebna jest zgoda wszystkich powiatów bez wyjątku.

6. Sądownictwo

Sądownictwo w strefie opiera się wyłącznie na sądach arbitrażowych. Sądy arbitrażowe to są instytucje funkcjonujące tak jak każda inna firma – wykonują swoją robotę i biorą za to pieniądze. Czasem może jakieś państwo dogadać się z taką firmą i częściowo finansować jej funkcjonowanie. Żaden z owych sądów arbitrażowych nie ma jednak władzy zmuszania obywatela do czegokolwiek.

Inna sprawa jest w przypadku prokuratury, której zadaniem jest namierzać i zwalczać wszelkie przestępstwa, jak i “zorganizowane” grupy przestępcze. Prokuratura występuje tu tylko w roli oskarżyciela i może działać pod egidą powiatu, państwa, czy inicjatywy (wszystko w zależności od podpisanych umów). Zadaniem prokuratury jest zebranie materiału pozwalającego osądzić człowieka, potem zajmuje się nim sąd. Prokuratura oczywiście zwykle często ryzykuje, jeśli aresztuje kogoś bez mocnych dowodów, ponieważ wtedy jest to zamach na własność (swojego ciała) i konieczność wypłaty odszkodowania. W pewnym sensie prokuratura narusza prawa podstawowe podczas swojego działania (nawet jeśli jej działanie jest częścią umowy między obywatelem a powiatem). Ale jeśli wykonuje swoją pracę rzetelnie, sąd zaliczy jej działania do kategorii koniecznych kroków prowadzących do rozstrzygnięcia konfliktu (przypominam, że sąd ma obowiązek uwzględnić, czy konflikt między ustalonymi zasadami i prawami podstawowymi powstał w sposób przypadkowy, czy zamierzony).

Działanie sądu polega wyłącznie na tym, że trzeba określić dokładnie stan faktyczny (w tym celu tak jak normalnie po prostu przesłuchuje się świadków i określa dowody rzeczowe). Po zebraniu wszystkich dostępnych informacji określa “wyrok”. Ów “wyrok” jest jednak wyłącznie zebraniem informacji, która rozstrzyga sprawę i propozycją umowy, której podpisanie rozwiązuje problem, natomiast nikt nie ma obowiązku jej podpisać. Wyrok nie musi być jeden, sąd może zaproponować kilka różnych wyroków do wyboru, a nawet na bieżąco uzgadniać wyrok ze stronami (lub ich przedstawicielami). Następnie wszystkie strony konfliktu – oskarżyciele i oskarżeni – otrzymują wyrok w postaci umowy, którą sąd daje im do podpisania. Podpisanie oczywiście nie jest obowiązkowe, wyrok sądu jest jedynie propozycją, jak to ma miejsce zawsze w sądzie arbitrażowym. Sąd nie ma żadnej mocy sprawczej. Jeśli którakolwiek strona nie godzi się na podpisanie wyroku, sąd arbitrażowy przekazuje sprawę do Naczelnego Sądu Arbitrażowego.

NSA podejmuje się ponownego rozstrzygnięcia całej sprawy, oczywiście mając już wszystkie szczegóły i okoliczności podane na tacy. NSA oczywiście uwzględnia fakt, że sąd arbitrażowy już wyrok wydał i że pod tym wyrokiem ewentualnie niektóre ze stron już się podpisały. NSA ma obowiązek skonstruować wyrok ostateczny, i jest to jedyny przypadek, gdy obywatel zostaje zmuszony do podpisania umowy. Odmowa podpisania ostatecznego wyroku skutkuje “banicją ostateczną” (człowiek taki ma zakaz wjazdu do któregokolwiek miejsca w strefie, jeśli się pojawi na jej terenie, jest skazany na śmierć).

Banicja ostateczna zresztą też nie jest taka prosta. Aby zostać banitą, trzeba zostać zaakceptowanym najpierw przez jakiekolwiek państwo na świecie, które zechce przyjąć po opuszczeniu strefy (musi być potwierdzone, że “skazaniec” zostanie w ogóle wpuszczony gdziekolwiek poza granicami strefy). Skazaniec ma możliwość aplikowania o uzyskanie azylu w dowolnym państwie – umowę w tym celu podpisuje się z państwem udzielającym azylu, ewentualnie z jakąś osobą, która zechce za niego poręczyć. Poręczające państwo lub poręczająca za niego osoba musi zobowiązać się (a umowę z prywatną osobą należy jeszcze potwierdzić w zarządzie terenowym, na terenie którego ta osoba mieszka – w praktyce zatem w państwie zamieszkania danej osoby), że ta osoba nie wydostanie się z przypisanego tam terenu i nigdy nie pojawi się więcej na terenie strefy. Jeżeli nie będzie mógł uzyskać azylu w żadnym państwie i u nikogo, wtedy czeka go śmierć – głodowa lub samodzielne uśmiercenie za pomocą maszyny. Może to i jest okrutne, ale z drugiej strony jest to już ostateczne wyjście, przed zastosowaniem którego podejmuje się wszelkie możliwe inne wyjścia, oczywiście przewidziane w pierwotnej umowie, którą skazany podpisał z władzami terytorialnymi i państwowymi.

Dlatego wśród proponowanych wyroków jest też oczywiście odsiadka w ośrodku przystosowawczym. Owe ośrodki to są – tak samo jak i sądy – prywatne firmy świadczące takie usługi. Firmy te oczywiście gonią do pracy, płacą grosze (o ile w ogóle), ale zapewniają wikt i opierunek. Stopień strzeżenia “pensjonariuszy” jest oczywiście zależny od tego, na ile pensjonariusz jest godny zaufania, co określa sąd w swoim wyroku. Sąd oczywiście jest obowiązany przedstawić skazanemu wszystkie firmy świadczące tego typu usługi i pozwolić skazanemu wybrać również wśród tych firm. Wyrok taki zwykle wynika z zapisu umowy, którą ten obywatel podpisał z powiatem i jest on jedynie realizacją postanowień umowy. Nie ma też oczywiście żadnych przeszkód, by do tego ośrodka zgłosili się ludzie samodzielnie, aby nie martwić się o własny byt, oczywiście kosztem wolności osobistej.

W przypadku tzw. groźnych przestępców, czy też ludzi, których nie można wypuścić na wolność, sprawa wygląda tak samo: sąd może np. skazać na 10 lat odsiadki, a po 10 latach przeprowadzić psychiczną analizę skazanego i zdecydować o ewentualnym uwolnieniu lub kontynuacji odsiadki (na co również skazany ma prawo się zgodzić lub nie). Oczywiście każdemu z przestępców proponowane jest też dobrowolne się uśmiercenie (choć jawna taka propozycja jest składana tylko w przypadku niezgody na jakikolwiek z proponowanych wyroków i niemożliwości zostania banitą).

Skazanie na ewentualne więzienie może wynikać tylko i wyłącznie z dwóch źródeł:

  • podpisanej przez obywatela umowy z powiatem, w którym zgadza się na więzienie, gdy udowodni się mu złamanie określonych w umowie zasad
  • powiat nie pozwala temu człowiekowi na przebywanie na swoim terenie

Co oznacza wprost, że – jakkolwiek paradoksalnie to brzmi – wsadzenie człowieka do więzienia nie jest pogwałceniem jego wolności.

7. Prawa oczywiste

Prawa podstawowe to dla wielu nadal będzie “anarchia”. Ktoś powie: a co z prawami człowieka, co z ochroną życia, co z obowiązkiem umieszczania składu na etykiecie, dotrzymywania oferty, równego traktowania klientów, chcącemu nie dzieje się krzywda itp.? Okazuje się, że właściwie wszystkie znane prawa człowieka, które są rozsądne, można wyprowadzić na bazie praw podstawowych.

Prawa oczywiste są dość szczególnym zestawem przepisów, i te nie należą do praw podstawowych, ponieważ uważa się je za prawa “istniejące w naturze” (prawa naturalne) lub wynikające pośrednio z praw podstawowych (prawa pochodne). Praw takich się nie ustala, takie prawa się odkrywa, i tak też są one traktowane – wynikają albo z logiki praw podstawowych, albo jest to “stwierdzenie faktu”. Generalnie zatem powinna istnieć zgoda co do interpretacji praw oczywistych, aczkolwiek mogą istnieć przypadki, gdy jeden powiat sam sobie wyda interpretację inną, niż obowiązująca w innych powiatach. Jest to jednak niepożądane, ponieważ może prowadzić do nierozwiązywalnych konfliktów. Oczywiście wszystkie te prawa muszą być skatalogowane – trudno żeby jakikolwiek sąd mógł rozstrzygać na podstawie prawa dotyczącego tej samej rzeczy rozumianego inaczej przez strony konfliktu, z których każda sobie je wymyśliła (zabrania tego prawo informacji).

Wśród praw oczywistych można wyróżnić następujące:

  1. Wolność. Wolność, czyli coś, co określa, że człowieka nie można do niczego zmusić, wszystko musi być przez niego dobrowolnie zaakceptowane lub odrzucone. Wolność uważa się po prostu za “stan podstawowy”, a owa wolność może być co najwyżej ograniczona – i jedynym istniejącym i dopuszczalnym ograniczeniem są tutaj wyłącznie trzy prawa podstawowe. Prawa podstawowe, z drugiej strony, również zabezpieczają wolność uniemożliwiając wprowadzenie jakichkolwiek dodatkowych ograniczeń wolności. Prawo umowy określa, że to, co jest napisane w umowie powinno być dotrzymane, a umowa jest podpisywana dobrowolnie. Prawo informacji – że to, co nie zostało jawnie określone jako zobowiązanie w umowie, nie istnieje, więc wymaganie od człowieka, by się do tego stosował, jest nieuprawnione. Dodatkowo prawo własności jasno stwierdza, że człowiek jest właścicielem swojego ciała, oraz że ze swojej własności człowiek ma prawo korzystać bez jakichkolwiek ograniczeń. A wolność można ograniczać tylko w jeden sposób: ze swojej własności człowiek może korzystać bez żadnych ograniczeń, z własności kogoś innego – tylko za zezwoleniem właściciela i na określonych przez niego warunkach (licencja). Czy można zatem kogoś “zmuszać” do, przykładowo, zakazu budowy elektrowni jądrowej na swoim terenie? Można, ale tylko w taki sposób, że teren, na którym się znajduje, jest terenem powiatu, który takie prawo ustanowił. Nie podoba się? Możesz się odseparować i wtedy buduj sobie bez ograniczeń, o ile zdobędziesz materiały w sytuacji, gdy nie możesz wydostać się ze swojej posesji. Chyba, że chcesz się wydostać i podpisać stosowną umowę – ale częścią tej umowy będzie oczywiście zobowiązanie, że nie będziesz budował elektrowni jądrowej. Chyba że w odpowiedni sposób uzgodnisz to z powiatem.
    Tak samo, niewolnictwo w strefie jest w ogóle niemożliwe, ponieważ deklaracja, że człowiek jest właścicielem swojego ciała, jest w definicji prawa własności. Powoduje to, że niemożliwe jest wykonanie transakcji sprzedaży, ponieważ niemożliwe jest odebranie tej własności.
  2. Prawo pochodnych. Prawo to stanowi, że jakiekolwiek zasoby, czy istnienia, podlegają w czasie przemianom i zmieniają swoją naturę, co może spowodować, że zmieni się ich wartość materialna, albo nawet zmieni się ich status względem praw podstawowych. Co prawda prawo informacji stanowi, że wszelkie stosowanie jakichkolwiek reguł i ich łamanie określa się na stan z dnia, w którym zdarzenie nastąpiło, ale prawo informacji, z drugiej strony, nie mówi bynajmniej, że przestępca, popełniający przestępstwo (np. niszczenie cudzej własności) musi być przed przestępstwem poinformowany o tym, co niszczy i jaką ma to własność, ponieważ jakiej by to wartości nie miało i co by w praktyce ową własnością nie było, tego mu zrobić nie wolno. Nie ma zatem znaczenia to, czy przestępca popełniał przestępstwo będąc przekonany, że popełnia drobną kradzież, a przypadkiem wyszło mu z tego zabójstwo. Dlatego, jeżeli – przykładowo – ktoś komuś zrzuci materiały łatwopalne na ziemię i podpali, niszcząc nasiona roślin, z których mają wyrosnąć duże rośliny i w przyszłości wytworzyć owoce, które ten gość sprzeda za grube pieniądze, to wartość odszkodowania, które musiałby sprawca zapłacić, nie jest równoważna wartości owych nasion oraz ewentualnie zniszczonej ziemi, tylko jest to mniej więcej oszacowana równowartość pieniędzy, które ten gość dostałby za sprzedane owoce. Na tej samej zasadzie również prawo pochodnych dotyczy zarodka ludzkiego (ale uwaga: nie jajeczka, czy plemnika, tylko zarodka). Zarodek może i jest zarodkiem, to, co się nosi w ciąży można sobie nazywać płodem – ale to nie zmienia faktu, że z niego potem wyrasta człowiek i staje się on potem dorosły w znaczeniu posiadający zdolność samodzielnego zawierania umów. To oznacza, że jakakolwiek ingerencja prowadząca do uśmiercenia jakiejkolwiek formy życia, która w perspektywie ma się stać dorosłym człowiekiem, jest traktowana tak samo, jak zabójstwo człowieka (zaznaczam tu jednak wyraźnie, że kwestia tego, w jaki sposób “karać” za zabójstwo, nie jest określona ani w prawie podstawowym, ani w prawach oczywistych).
  3. Równość. Oczywiście, prawa podstawowe nie mówią niczego o równości. Równość jest jednak oczywistością wynikającą przede wszystkim z prawa własności. Równość jest w ogóle zresztą stanem naturalnym – równość dopiero może zostać naruszona, jeżeli byśmy dokonali jakiejkolwiek czynności wobec danego człowieka, której w dokładnie tej samej sytuacji nie dokonalibyśmy wobec innego. Naruszenia te mogą się odbywać z różnych pobudek, jednak każda z nich jest zakazana przez prawa podstawowe:
    1. prawo własności definiuje prawo dla pojedynczego człowieka z zachowaniem tego prawa dla organizacji; tak zdefiniowane prawo obowiązuje tak samo każdego człowieka i nie ma tu mowy o wyjątku. To oznacza, że własność jednego człowieka jest tak samo nienaruszalna, jak własność innego człowieka. To prawo jest istotne również ze względu na konflikty. Prawo to również czyni konflikty domyślnie nierozwiązywalnymi – każdy ma takie samo prawo do swojej własności i każdemu tak samo nie wolno naruszać własności nikogo innego, nawet jeśli obie te własności są skonfliktowane.
    2. prawo umowy określa, że człowiek posiada obowiązki wypełniania jakichkolwiek dodatkowych czynności i podlegania dodatkowym regułom, poza tym, czego wymagają prawa podstawowe, tylko w takim zakresie, w jakim podpisał umowę, i to oczywiście dobrowolnie. Prawo umowy, również, jest określone dla wszystkich dokładnie tak samo.
    3. prawo informacji chyba najbardziej podkreśla oczywiste prawo równości, ponieważ nie ma równości bez informacji. Bez prawa informacji byłyby możliwe wszystkie oszustwa, przekręty, nieuczciwe namowy z kruczkami prawnymi i dopiskami drobnym drukiem, sprzedawanie klientom oszukanych towarów itd. – prawo informacji dokłada swoje do równości względem własności i równości względem dobrowolności podpisanych umów: umowa musi być podpisana nie tylko dobrowolnie, ale i świadomie; czynności wynikające z umowy muszą być wykonywane również świadomie – a z drugiej strony, człowiek który nie jest w stanie zrozumieć umowy, nie może jej podpisać.

    Nawet podpisanie umowy nie gwarantuje na 100%, że będzie ona musiała być wykonana bez względu na jakiekolwiek okoliczności. Sygnatariusz może, zwłaszcza w przypadku niejasno skonstruowanej umowy, podać ją do sądu i może uzyskać od niego podważenie umowy. Powody jej podważenia mogą być różne: może być niezgodna z prawami podstawowymi, w przypadku prawa informacji może zostać “opacznie zrozumiana” przez sygnatariusza (może istnieć, stworzona przez państwo lub powiat, instytucja zajmująca się indeksowaniem umów oraz przyjmowaniem oświadczeń o umowach – mając takie oświadczenie w ręku można mieć duże szanse podważenia umowy, gdyby zawierała ona w efekcie przepis, który nie został przez sygnatariusza właściwie zrozumiany). Prawo informacji, jak wszystkie trzy prawa podstawowe, jest bronią obosieczną: im bardziej pokrętną i niejasną umowę przedstawi jedna ze stron, tym większe prawdopodobieństwo, że druga ze stron uzyska jej podważenie w sądzie, dodatkowo narażając tego pierwszego na koszty. W najlepszym interesie wszystkich sygnatariuszy umowy jest takie uzgodnienie warunków, gdzie wszyscy zgadzają się co do ustaleń i wszyscy tak samo je rozumieją.

    Nie oznacza to oczywiście, że każdą umowę można sobie podważyć, gdy jej zapisy nagle stały się niewygodne. Podważenie umowy może być trudne, szczególnie gdy została ona podpisana, a sygnatariusz zadeklarował, że umowę przeczytał, zapoznał się z jej treścią, zrozumiał ją, i zobowiązał się do stosowania. Trudno by było mu jednak udowodnić w sądzie, że choć podpisał, że zrozumiał, to jednak zrozumiał inaczej, niż inny sygnatariusz. Prawo informacji nakazuje jednak sygnatariuszowi, aby zgodne z prawdą było jego przekonanie o tym, że umowę w określony sposób rozumie, a nie żeby potwierdzało zrozumienie umowy zgodnie z intencjami drugiego sygnatariusza (wymóg taki byłby zresztą niemożliwy do zrealizowania). Możliwa jest zatem sytuacja, gdy określony przepis w umowie jest inaczej interpretowany przez jednego, a inaczej przez drugiego sygnatariusza. W takiej sytuacji sygnatariusz, który uważa, że drugi z sygnatariuszy nie wywiązuje się z postanowień umowy powinien najpierw powiadomić tego drugiego i uzyskać wyjaśnienie (jest to zwykle wymóg sądu, gdyby się do niego chciał zwrócić o rozstrzygnięcie). Jeżeli uzyska od niego wyjaśnienie, które określa jego interpretację tego przepisu, która to interpretacja usprawiedliwia fakt realizacji postanowień umowy inaczej, niż rozumie to oskarżyciel, wtedy jedyną możliwością jest rozstrzygnięcie przez sąd – prawdopodobnie poprzez powołanie biegłych – prawdopodobieństwa, że tak to może zostać zrozumiane (mówiąc potocznie, chodzi o sprawdzenie, czy czasem oskarżony sygnatariusz nie “rżnie głupa”). Sąd może zdecydować wtedy, czy jest to niezamierzone nieporozumienie, wtedy przedstawia swoją propozycję rozwiązania problemu, czy też jest to nieprawdopodobne, by można było to w ten sposób zrozumieć, w wyniku czego oskarżony sygnatariusz traci możliwości rozstrzygnięcia sporu na swoją korzyść.

    Istnieje szeroki wachlarz możliwości, w jaki sposób jeden z sygnatariuszy może usprawiedliwić niewykonywanie postanowień umowy lub chęć jej podważenia. Warunek musi być tylko jeden: taki sygnatariusz musi umieć uzasadnić, że takie postępowanie wynika z okoliczności, na które on osobiście nie miał wpływu, lub też przerosło to jego możliwości. Oczywiście sąd nie zaproponuje nigdy wyroku, który uwolni go w ten sposób od odpowiedzialności, ale z drugiej strony żaden sąd nie może wydać wyroku niemożliwego do zrealizowania przez którąkolwiek ze stron, ani wyroku, który by w efekcie działał na szkodę komukolwiek, kto nie jest bezpośrednią stroną w sprawie (ponieważ taki wyrok byłby niezgodny z prawem podstawowym).

  4. Prawo zasobów. Aby prawo własności mogło działać, trzeba określić, co może być tym “czymś”, co może podlegać własności. Nie można sprowadzać zasobu wyłącznie do pojęcia materialnej, “namacalnej” rzeczy, bo wtedy okaże się, że można nie szanować czyjejś pracy (czerpać z niej faktyczne korzyści, nie wynagradzając jej), jeżeli owa praca nie spowodowała wytworzenia czegoś materialnego. Dlatego używa się pojęcia “zasobu”, który definiuje się mniej więcej w taki sposób:
    • Zasobem jest każda rzecz materialna (“namacalna”), jak również każda żywa istota, która nie ma możliwości zrozumienia praw podstawowych, ani nie posiada zdolności zawierania umów
    • Zasobem jest rezultat pracy w dowolnej postaci (również niematerialnej), jeśli tylko można określić korzyść, jaką ktokolwiek może odnieść z owego rezultatu. Uważa się w szczególności, że jeśli ktoś odniósł korzyść z czegoś, co jest rezultatem czyjejś pracy, powinien zrobić to poprzez zakup lub dzierżawę

    Te reguły wykluczają np. możliwość przywłaszczania sobie różnych niematerialnych zasobów naturalnych. Z drugiej strony, również zasoby materialne mogą podlegać zniesieniu własności (takie jak np. woda ze źródła, które znajduje się na prywatnym terenie), co oznacza, że właściciel powiązanego z nim zasobu ani nie rości sobie do niego praw, ani nie odpowiada za jakiekolwiek “użytkowanie” innej własności przez ten zasób.
    Z zasobem i prawem własności ściśle związane są określenia transakcji “kupna” i “dzierżawy”:

    • kupno jest transakcją w wyniku której właściciel zasobu przekazuje na własność zasób klientowi, zgodnie z ustalonymi w umowie transakcji zasadami (np. cena zakupu). Po zakończeniu transakcji klient staje się nowym właścicielem zasobu, natomiast poprzedni właściciel jest pozbawiony tego zasobu.
    • dzierżawa jest transakcją w wyniku której właściciel zasobu pozwala klientowi na uzyskanie określonej korzyści z podanego zasobu, zgodnie z ustalonymi w umowie transakcji zasadami. Transakcja może być jednorazowa, cykliczna lub ograniczona czasowo, niezależnie od tego zarówno w trakcie obowiązywania dzierżawy, jak i po jej zakończeniu, nie wpływa ona na kwestię własności zasobu.

    Tu oczywiście trzeba też zaznaczyć, że zasoby, poza tym, że są przedmiotem własności, mogą posiadać też przypisania umowy (definicja tego przypisania jest zwykle zawarta w jakiejś umowie podpisanej przez właściciela i może być, jak każda część umowy, stworzona na bazie któregoś ze Standardów). Na przykład, wspomniana tu umowa dzierżawy jest – poza tym, że istnieją jej sygnatariusze, czyli najemca i właściciel – również przypisana do zasobu (czyli przedmiotu dzierżawy). To oznacza, że taki zasób może w ten sposób nadal podlegać sprzedaży – po prostu nowy właściciel musi podpisać umowę kontynuacji dzierżawy z tym samym klientem (klient nie ma tu wtedy możliwości wyboru, co najwyżej, jak mu się nowy właściciel nie podoba, może wypowiedzieć umowę dzierżawy, zgodnie z zawartymi wcześniej warunkami wypowiedzenia umowy). Na tej samej zasadzie, umowa właściciela ziemskiego z organizacją wspólnoty powiatowej jest również przypisana do ziemi, co oznacza, że ewentualny nabywca tej ziemi nadal należy do powiatu i nabywca również podpisuje umowę z powiatem (jako warunek konieczny transakcji). W przypadku przypisań trzeba pamiętać, że ta kwestia musi być częścią umowy podpisanej zarówno na użytkowanie, jak i – jeśli zasób jest własnością konsorcjum – częścią umowy konsorcjum. Na tej samej zasadzie, członek konsorcjum może zechcieć sprzedać swoje udziały komuś innemu, kto stanie się a jego zastępstwie członkiem konsorcjum. Ale to powoduje, że sama sprzedaż może odbyć się tylko pod warunkiem, że nowy właściciel może stać się członkiem konsorcjum w zastępstwie sprzedającego, co wymaga akceptacji dotychczasowych członków, lub zarządu konsorcjum, ewentualnie zgody awansem (wszystko w zależności od zapisów w umowie konsorcjum). Owa “zgoda awansem” jest zresztą bardzo wątpliwa, żeby w ogóle dało się ją zrealizować, ponieważ jest niezgodna z prawem informacji (nie można dać zgody na dopuszczenie do członkostwa w konsorcjum kogoś, o kim nic nie wiadomo, i choćby czysto teoretycznie mógłby być to ktoś, na kogo nikt się nie będzie chciał zgodzić, ponieważ jest to niezgodne z wymogiem świadomości podejmowanych decyzji, będącym częścią prawa informacji).

  5. Prawo użytkowania zasobu. Istotną właściwością zasobu jest możliwość jego użytkowania. Możliwe sposoby użytkowania zasobu (również stwierdzenie, czy zasób w ogóle jest użytkowany, czy nie) określa właściciel zasobu, na to jednak są nałożone pewne ograniczenia:
    • zasób, jeśli jest przez właściciela udostępniony publicznie, musi posiadać opcję “nie użytkowania zasobu” (wymaga tego prawo umowy, które stwierdza, że umowa musi być zawarta dobrowolnie)
    • uważa się, że potencjalny “klient” użytkuje zasób tylko wtedy, gdy klient jest świadomy istnienia zasobu i zna warunki jego użytkowania (prawo informacji)

    Oczywiście dopuszcza się, że np. jeśli zasób jest przedmiotem materialnym, to wejście z przedmiotem w jakikolwiek kontakt dotykowy (wzięcie go do ręki, zabranie ze sobą, siadanie lub stawanie na nim) jest bezsprzecznie traktowane jako jego użytkowanie (w tym konkretnym przypadku w razie rozprawy sądowej pozwany klient nie może zasłaniać się prawem informacji, chyba że byłby w stanie podać informację, która wypłynęła od właściciela i sugeruje ona, że właściciel pozwala na to każdemu bez ograniczeń). Jeśli jednak właściciel za użytkowanie zasobu uważa np. jego oglądanie, wąchanie, czy słuchanie (a z tych wiele można zrobić również na odległość i również nieświadomie), to ma absolutny obowiązek:

    • Przedstawić jasne i czytelne warunki korzystania z zasobu wszystkim, którzy potencjalnie chcieliby skorzystać z zasobu
    • Uniemożliwić przypadkowe korzystanie z zasobu ludziom, którzy nie wyrazili na to chęci (tzn. jeżeli chciałby mieć możliwość pozwania tych ludzi, którzy próbują użytkować jego zasób w sposób niezgodny z warunkami użytkowania, musi wykazać, że wykonał wszystkie możliwe czynności, by korzystanie z zasobu było dostępne tylko i wyłącznie dla tych, którzy zrozumieli zasady użytkowania i się na nie zgodzili). Uniemożliwienie to jest konieczne zwłaszcza w przypadku, gdyby wejście w interakcję z zasobem spowodowało szkody u nieświadomego “klienta” – bo wtedy to właściciel może zostać pozwany przez “klienta” do sądu.

    W ogólności zresztą każdy zasób obowiązuje konieczna ochrona przed przypadkowym użytkowaniem, w przeciwnym razie sąd nie uzna roszczeń właściciela w stosunku do klienta użytkującego zasób niezgodnie z postanowieniami właściciela. Jeżeli jest to teren ziemski, to powinien być ogrodzony, lub przynajmniej na całej długości granicy powinna być widoczna informacja o warunkach, które jest obowiązany spełnić każdy, kto ma zamiar przekroczyć granicę. Teoretycznie bowiem jeżeli ktoś korzysta z zasobu i robi to niezgodnie z warunkami przedstawionymi przez właściciela, to właściciel powinien móc żądać odszkodowania (lub dopełnienia umowy użytkowania). Ale żeby to zrobić, musi być spełniony podstawowy warunek narzucony przez prawo informacji: klient musi być świadomy tego, że przedmiot użytkował, zanim owo użytkowanie rozpoczął, a jeżeli naruszył warunki umowy użytkowania, to że zrobił to świadomie. Z tego powodu właściciel zasobu nie może definiować użytkowania w taki sposób, aby stało to w sprzeczności z podanymi wyżej warunkami – np. nie może kazać sobie płacić za “myślenie o zasobie”.
    Natomiast jedną z istotnych rzeczy związanych z użytkowaniem zasobu jest skorzystanie z zasobu w celu stworzenia nowego zasobu. W szczególności dotyczy to tzw. “własności intelektualnej”. Własność intelektualna jak najbardziej może być zasobem, natomiast nie jest oczywiste, czy stworzenie zasobu z wykorzystaniem innego zasobu było wpływem tylko w jedną stronę, czy może w obie. Jeśli w obie, to roszczenia właściciela zasobu źródłowego wcale nie są takie oczywiste. Przykładowo, jeżeli ktoś puszcza piosenkę w publicznym radiu (załóżmy, które utrzymuje się z reklam), które każdy może sobie odbierać bez dekodowania, ktoś sobie nagra tą piosenkę z radia, a następnie będzie puszczał tą muzykę u siebie w sklepie, w którym przebywają klienci, wszelkie roszczenia kogoś, kto posiada prawa własności do tej piosenki, zostaną z marszu odrzucone. Inna sprawa by była, gdyby ktoś z takich nagrań z radia zrobił płytę i usiłował ją sprzedać za pieniądze. W takim przypadku obowiązuje “prawo porzuconego zasobu”: zasób nadal ma przypisaną osobę źródłową, od której wyszedł; skoro ta osoba zadeklarowała porzucenie zasobu, tzn. nie rości sobie praw własności do tego zasobu lub reguła użytkowania obejmuje publiczne odtwarzanie, to jest ona stroną w sprawie, gdyby doszło do przywłaszczenia. Sprzedaż płyty z utworami nagranymi z publicznego radia jest niemożliwa, podobnie jak niemożliwa jest sprzedaż wody ze źródła zadeklarowanego jako publiczne. O ile bowiem taki usługodawca ma prawo policzyć sobie za koszt dostarczenia zasobu, o tyle gdyby montował płyty z nagranych z radia utworów i próbował je rozprowadzać, powstaje wtedy problem “zdobywania klienta” poprzez posiadanie płyty z utworami, co wprost oznacza uzyskanie korzyści powiązanej z owym utworem. Uzyskiwanie korzyści z publicznego zasobu jest zakazane, a “osoba źródłowa” ma prawo ubiegać się o odszkodowanie z tytułu uzyskania korzyści.

  6. Spełnienie umowy. Umowa, jak wiadomo, nie musi być w formie pisemnej podpisanej przez wszystkie osoby fizyczne reprezentujące strony umowy (“sygnatariuszy”), choć jest to jej najbardziej podstawowa forma. Prawo umowy spełnia każda forma uzgodnienia reguł między dwoma podmiotami i podjęcia się ich spełnienia. Jest to też zatem między innymi:
    • Umowa ustna. Taka umowa zawierana jest po prostu poprzez umówienie się, bez zapisywania tego gdziekolwiek (choć oczywiście można zapisać przebieg rozmowy). Jest dokładnie tak samo ważna, jak umowa spisana i podpisana, choć oczywiście zdecydowanie trudniej by było ją obronić w sądzie. Umowa ustna może mieć świadków i ich potwierdzenie może podtrzymać wersję umowy, pod warunkiem, że świadectwo zostanie uznane za wiarygodne. Nie ma żadnych ścisłych reguł jak to osiągnąć i to jest podstawowa wada tej umowy.
    • Umowa jednostronna. To jest generalna kategoria umów, którą określa się umowę sporządzaną i żądaną do spełnienia przez właściciela zasobu, natomiast jej zawarcie następuje z chwilą świadomego i dobrowolnego wejścia w interakcję z zasobem – natomiast samo zawarcie umowy odbywa się najczęściej bez wiedzy i osobistej zgody właściciela zasobu. Umowa taka może istnieć i być uważana za umowę, ponieważ nie ma żadnych nakazów w prawie umowy, które by określały, w jaki sposób ma nastąpić potwierdzenie, że umowa została zawarta – jedynym nakazem jest, by przystąpienie do umowy było dobrowolne i świadome, a zasób był zabezpieczony przed przypadkowym użytkowaniem przez osoby, które nie potwierdziły przyjęcia do wiadomości reguł umowy. Umowa jednostronna, z oczywistych względów, może dotyczyć tylko i wyłącznie użytkowania zasobów i nie może nakładać na “klienta” żadnych obowiązków, jeśli nie wynikają one z użytkowania zasobów, na które to klient dobrowolnie przystał (w przeciwnym razie nie ma mowy o “dobrowolności”, co jest podstawowym elementem prawa umowy). Istnieją dwie podkategorie takiej umowy: umowa publiczna oraz umowa dedykowana.
    • Umowa publiczna. Jest to rodzaj umowy jednostronnej danej dla każdego, kto chciałby skorzystać z zasobu i nie jest objęty inną umową korzystania z tego samego zasobu. Polega to na tym, że wystawia się zasób w miejscu dostępnym dla każdego, ale umieszcza się odpowiedni zestaw informacji, zakłada się, że zrozumiały dla każdego, kto mógłby się tam znajdować i chcieć z niego skorzystać, który informuje o zasadach, wedle których można z zasobu skorzystać. Na przykład, jak to jest często w Niemczech, rolnicy wystawiają różne produkty na polu w pobliżu drogi wraz z tabliczką z napisaną nazwą produktu i ceną. Klient może czynności przewidziane ową umową wykonywać bez wiedzy i osobistej zgody właściciela zasobu i bez podpisywania jakiegokolwiek zobowiązania. Warunkiem jest jedynie spełnienie warunków umowy – w omawianych przypadkach chodzi o wrzucenie odpowiednich monet odpowiadających wartości nabywanego towaru, konkretnie ceny napisanej na kartce.
    • Umowa dedykowana. Umowę taką może zainicjować właściciel dowolnego zasobu, który jest publicznie dostępny (niektórych zasobów po prostu nie da się “schować”), tyle że w odróżnieniu od umowy publicznej, użytkownik zasobu jest już jednoznacznie zidentyfikowany (w jakikolwiek sposób, w tym również pośrednio, np. jako członek określonej organizacji). Umowę taką stosuje się zwykle aby dać dostęp wskazanym osobom do zasobu na innych zasadach, niż pozostałym, których obowiązuje umowa publiczna (w tym również zakazać określonym osobom użytkowania zasobu, np. zakaz wstępu dla określonej osoby na teren powiatu). Umowa taka obowiązuje klienta, mimo że on jej nie podpisał, natomiast jest nieefektywna dopóki klient nie będzie próbował wejść w interakcję z zasobem.
  7. Prawo ziemi. Teren ziemski wyjątkowo podlega trochę innym regulacjom, niż inne zasoby, co wynika z jego właściwości – nie da się go “nie używać w ogóle”, bo gdzieś trzeba się w ogóle znajdować (nawet tylko w tym celu, by uzyskać jakąś informację!), jak również trzeba coś postanowić w kwestii tego, że aby fizycznie dostać się z jednego odległego obszaru na drugi, to trzeba zazwyczaj przejść przez posiadłość będącą czyjąś inną własnością. Użytkowanie terenu ziemskiego przez osoby nie będące właścicielami odbywa się prawie wyłącznie na zasadzie umowy publicznej (względnie dedykowanej). Niedopuszczalne jest w ogóle coś takiego jak teren będący własnością prywatną osoby fizycznej, bez zaznaczenia granic (chyba że dopuszcza to powiat – ale wtedy powiat sam musi uregulować kwestie tego, jak ludzie przebywający na terenie powiatu mają rozpoznawać, gdzie jest czyja posiadłość, no i oczywiście musi mieć obowiązkowo zaznaczone swoje własne granice, nawet jeżeli dwa sąsiadujące powiaty zawiązały między sobą jakąś organizację). Oczywiście większość posiadłości nie musi niczego konkretnego oznaczać, poza granicami posiadłości, ponieważ wszystko i tak reguluje powiat – znalezienie się zatem na terenie powiatu oznacza zgodę na warunki, jakie powiat wyznacza przebywającym na jego terenie ludziom, w tym również dotyczące posiadłości osób fizycznych (najczęściej sprowadza się to do nakazania ogrodzenia posiadłości, oraz ustanowienia prawa, że przez ogrodzenia się nie przeskakuje :) ).
  8. Prawo nieokreśloności. Jest to prawo, które wynika wprost z prawa informacji i częściowo z prawa naturalnego. Prawo takie stanowi, w skrócie, że prawo, które nie zostało wprost określone, nie istnieje. Inaczej mówiąc, nie jest możliwe w ogóle wprowadzenie do jakiejkolwiek umowy jakiegokolwiek przepisu (a dokładnie nie jest możliwe późniejsze usankcjonowanie wymogu wykonania takiego przepisu), który by zakładał, że należy zastosować się do zasad, które zostaną w przyszłości zmienione lub wprowadzone na nowo. Jeżeli by w umowie był taki przepis, że, przykładowo, w stosunkach z daną instytucją obowiązuje regulamin, a regulamin podlega zmianom w czasie, to znaczy, że do końca do kiedy obowiązuje ta umowa, wymieniony tam regulamin to jest regulamin z datą tą samą, co data zawarcia umowy – niezależnie od tego ile razy od tej daty regulamin był aktualizowany. Prawo to czyni również nieefektywnymi wszelkie przepisy, którymi jedna ze stron “zastrzega sobie prawo” do wprowadzania dodatkowych reguł w ramach bieżącej umowy.
  9. Prawo zjawisk naturalnych. (TBD)
  10. (cdn – jestem w trakcie dodawania nowych, proszę o cierpliwość :) )

8. Utworzenie strefy

Jak wspomniałem, jest niewielka szansa na to, żeby założyć taką strefę na niezamieszkałym terenie, a na dodatek wiele dawnych państw powstało poprzez narzucenie go ludziom istniejącym na zajmowanym terenie, często wbrew ich woli. Można jednak znaleźć jakiś sensowny kompromis.

Strefa mogłaby być wyznaczona po wynegocjowaniu warunków z państwem, na terenie którego tworzy się ową strefę, oraz z wyznaczeniem roku czasu, kiedy strefa już formalnie będzie istniała, ale nadal będzie działać na tych samych warunkach, co dawniej. W tym czasie oczywiście wszyscy mieszkańcy strefy (a przede wszystkim wszyscy właściciele ziemi) powinni zostać poinformowani o nowych warunkach dotyczących zamieszkania. Jeżeli nie będą chcieli mieszkać “w strefie”, należałoby wtedy zapewnić im możliwość przeniesienia się poza strefę, do tworzącego państwa. Oczywiście na koszt państwa (ale nie do końca, zaraz wyjaśnię to dokładniej).

Przy założeniu, że strefę będą zamieszkiwać już tylko ci, którzy chcą tam nadal mieszkać, uzupełnieni ewentualnie o tych, którzy zdecydowali się tam kupić ziemię, strefa przez pierwszy rok działa “na starych warunkach”, to znaczy, dokładnie tak samo, jak wcześniej, obowiązuje prawo kraju tworzącego, wraz ze wszystkimi nakazami, podatkami, opłatami itd. Jednak jest drobna różnica w stosunku do tego, gdyby strefa ta była częścią państwa: otóż podstawą prawną tego porządku nie jest już konstytucja i prawo państwa tworzącego, lecz umowa, która jest od utworzenia strefy zawierana na rok czasu z każdym z powiatów strefy.

Umowa ta określa w szczególności, że na terenie powiatu obowiązuje prawo państwa tworzącego. Umowa ta oczywiście jest na czas określony, z możliwością przedłużenia na kolejne lata. Gdy ów pierwszy rok upłynie, każdy powiat od tego momentu autonomicznie, każdy niezależnie od siebie, ma możliwość przedłużenia umowy z państwem tworzącym – lub nie. Może również zawrzeć umowę z dowolną inną organizacją państwową działającą na terenie strefy. Organizację taką każdy może utworzyć bez ograniczeń. Oczywiście zawarcie umowy z jakąkolwiek inną taką organizacją będzie wymagało rozwiązania umowy z państwem tworzącym, ponieważ takie państwo jest siłą rzeczy monopolistyczne i nie dopuszcza możliwości działania innych państw na tym samym terenie. Oczywiście nadal z państwem tworzącym można podpisywać umowy dotyczące innych spraw, na przykład różnorakiej współpracy.

W momencie, gdy powiat nie przedłuży umowy z państwem tworzącym, ani nie zawrze z nim innej umowy, na jego terenie przestaje działać jakiekolwiek prawo państwa tworzącego, jest całkowicie wyłączony spod jego jurysdykcji. Jeżeli państwo tworzące, przykładowo, było członkiem Unii Europejskiej, czy choćby układu z Schengen, wszystkie wynikające z tego regulacje również przestają działać (powiat może do owych organizacji sam przystąpić, jeśli chce, względnie może to zrobić grupa powiatów w ramach Inicjatywy). Wszelkie instytucje samorządowe przechodzą wtedy całkowicie pod kontrolę powiatu, natomiast instytucje rządowe (takie jak urząd skarbowy, czy wojewoda) zostają zlikwidowane.

Oczywiście istnieje parę kwestii do rozwiązania.

Ludzie muszą nadal pracować i nadal mieć ubezpieczenie społeczne i emerytalne. Te kwestie już ustala samo państwo wirtualne. Jeżeli ktoś przestaje się ubezpieczać w ZUS-ie, jest wtedy od tego momentu traktowany tak, jak by przestał pracować i nie pracował już w ogóle do 67 roku życia – i tak ZUS oblicza mu emeryturę (chyba żeby w międzyczasie przeniósł się do Polski, wtedy ma tylko przerwę). Zazwyczaj oczywiście pracownik z terenu takiego powiatu będzie odkładał pieniądze na emeryturę według planu emerytalnego. Kwestię ubezpieczenia społecznego natomiast ustala państwo wirtualne. Może jej nie regulować, jeśli nie chce, i pozostawić to do wyboru obywatelom.

Druga sprawa to jest dług publiczny, który zgodnie z zasadą własności też będzie niestety odziedziczony przez strefę. W momencie, gdy dany powiat będzie chciał odstąpić od umowy z państwem tworzącym, należy obliczyć jego pozostałe zobowiązania wobec państwa. Powiat taki przejmuje na siebie część długu publicznego i zawiera specjalną umowę, w której zobowiązuje się do jego spłaty. Do tego będą się wliczać między innymi też koszty wspomnianych przeprowadzek, choć w porównaniu ze zobowiązaniem spłaty deficytu budżetowego i piramidy ZUS-u to będzie kropla w morzu.

Z drugiej jednak strony, jeśli symulacja budżetu, który zostałby rozprowadzony w kolejnych latach w ramach jakichkolwiek dotacji, zostanie przedstawiony jako utracony wpływ, musi być policzony razem z częścią długu publicznego, który trzeba będzie spłacić (konkretnie suma ta zostanie odjęta od przypisanej strefie części długu publicznego).

9. Potencjalne możliwości

Oczywiście wypadałoby zebrać różne dobre pomysły, na które potencjalnie ludzie mogą wpaść, żeby chociaż można było wytłumaczyć, co konkretnie może się stać w momencie upłynięcia obowiązkowego terminu umowy z państwem tworzącym.

Ten czas jest ustanowiony po to, żeby można było utworzyć i zorganizować państwa wirtualne. Każdy może wpaść na pomysł zrobienia własnego państwa i sam zorganizować wszystkie kwestie, które państwo ma regulować i organizować:

  • przekazywać powiatowi, na terenie którego mieszka obywatel państwa, odpowiednią składkę, z której pokrywa on wydatki infrastrukturalne
  • organizować szkolnictwo i edukację (uczelnie wyższe, jeżeli jakieś były na terenie strefy, muszą przejść pod kuratelę któregoś państwa, z którym powiat ma podpisaną umowę, albo zostać zlikwidowane)
  • sponsorować badania naukowe i handlować ich osiągami
  • organizować prokuraturę, sądy arbitrażowe oraz stróżów prawa

Oczywiście każdy powiat ma też obowiązek utworzyć organizację państwową całkowicie własną, której istnienie sprowadza się wyłącznie do pobierania odpowiedniej składki bezpośrednio na wydatki powiatowe (praktycznie tylko infrastrukturalne oraz ‘straż powiatową’, bo do niczego więcej zwykle nie rości sobie prawa). Każdy może się do tego państwa zapisać, jeśli tylko jest mieszkańcem powiatu. Wadą takiej przynależności państwowej jest jednak to, że obywatel takiego państwa nie może przeprowadzić się do innego powiatu (tzn. musiałby w tym celu również przenieść się do innego państwa, bo państwo powiatowe nie działa nigdzie poza tworzącym go powiatem). Domniemam jednak, że przeprowadzki w inne miejsca zdarzają się głównie “za pracą”, więc wtedy tylko dogaduje się z pracodawcą, co musi zrobić, żeby zostać zatrudnionym – może być oczywiście konieczne przeprowadzenie się do innego państwa. Tu pracodawca najczęściej pomoże załatwić formalności, w końcu zależy mu, skoro pracownika ściąga z innego powiatu. Możliwe jest nawet coś takiego, że ktoś, kto został dopiero co wykształcony, zobowiąże się do przeniesienia do innego państwa na rok czasu, a potem powróci, przez co spłata jego zobowiązań podatkowych za poniesione wydatki edukacyjne zostanie odroczona (a pracownik będzie miał możliwość przez pewien krótki czas uzyskać więcej pieniędzy, niż by uzyskał w “swoim” państwie).

Jeżeli z kolei jesteś właścicielem ziemi, i akurat nikt wokół ciebie nie pali się do zrywania umowy z państwem tworzącym – możesz po prostu stworzyć własny powiat ze swojego obszaru ziemskiego. Jest to oczywiście mało realne, trzeba by było być właścicielem bardzo dużego ziemskiego terenu i mieć na swoim terenie lądowisko dla helikoptera, bo to mógłby być jedyny środek transportu pozwalający przemieszczać się w inne miejsce, jeśli ościenne powiaty będą złośliwe i nie zgodzą się na korzystanie przez ciebie z ich dróg (choć oczywiście można ich wtedy podać do sądu za utrudnianie przemieszczania się do innych miejsc, co narusza prawo własności – decydowania przez człowieka gdzie chce przebywać, przy założeniu, że właściciele innych ziem nie robią problemu z tym, żeby go na nie wpuszczać). Ale zawsze może się w ten sposób dogadać kilku właścicieli ziemskich sąsiadujących ze sobą, nawet gdyby byli przedzieleni drogami. Powiat, do którego należą drogi, teoretycznie może się nie zgodzić, wtedy rozstrzygnięcie musi być po stronie sądu arbitrażowego, formalnie bowiem to tamten powiat jest właścicielem drogi. Jednak nowi właściciele mogą założyć konsorcjum, które odkupi drogę od tego powiatu (być może będzie potrzebna interwencja sądu arbitrażowego w kwestii wyceny), a następnie przekaże konsorcjum nowemu powiatowi.

Ważnym elementem całości systemu jest to, że władze powiatu muszą mieć dokładnie zindeksowane, kto jest właścicielem ziemi znajdującej się na terenie powiatu. Zawsze może zdarzyć się sytuacja, że właścicielem gruntu jest jakaś osoba mieszkająca za granicą, z którą kompletnie nie ma kontaktu. Powiat nie może nic z taką ziemią zrobić, niezależnie od tego, kto nim akurat włada, dlatego że wszelka ingerencja naruszałaby zasadę własności. Ale, tak jak jeden właściciel obszaru ziemskiego może samodzielnie wystąpić z powiatu, tak i rada powiatu może podjąć decyzję o wyrzuceniu danej ziemi z obszaru powiatu. Obszar taki staje się nowym powiatem niezależnie od tego, czy właścicielowi ziemi się to podoba, czy nie. Powiat może też zaryzykować i przejąć własność, licząc się z tym, że jak właściciel się znajdzie, to trzeba będzie mu wypłacić odszkodowanie.

X. Podsumowanie

W tym projekcie przedstawiłem, mam nadzieję, takie warunki, że wszelkie próby “zawłaszczenia”, czy “hackowania” obowiązujących w niej wolności są utrudnione do granic możliwości. Prawdopodobnie sam dokument będzie wymagał późniejszych uzupełnień, choć w praktyce całość owego projektu można zawrzeć w punkcie 5. Opis całościowy jest długi tylko i wyłącznie dlatego, że sporo wyjaśnień niestety trzeba podać, żeby wytłumaczyć, ile rzeczy naprawdę nie musi się znajdować w przepisach i nie musi być regulowane.

Epidemia opieniędzałości

Posted in Uncategorized on 2013/05/22 by ethouris

0. Wjazd

Deutsche Welle, a za nią onet.pl, wysmażył artykuł w związku z tym, że Komiska Europejska zamierza tym razem zająć się problemem otyłości. Ja zawsze od pewnego czasu na poczynania KE patrzę przez pryzmat jej wcześniejszych dokonań, czyli a) znów jakaś szczytna inicjatywa, b) która polega głównie na pomyśle na nowe wydawanie pieniędzy, c) wymuszanie wydawania dodatkowych pieniędzy przez kraje członkowskie na napychanie kasy znajomym przedsiębiorcom, d) która przy dobrym szczęściu zostanie przez kraje członkowskie zbojkotowana, oprotestowana, lub obalona.

Wydaje się, że problem otyłości jest rzeczywiście poważny i warto by ktoś się nim zajął. Jeśli jednak ktoś myśli, że KE zrobiła cokolwiek, co wyłamuje się z powyżej nakreślonego schematu, jest skończonym naiwniakiem.

1. Otyłość: prawdziwe a medialne przyczyny

Przyczyny medialne otyłości znamy wszyscy. Są następujące:

  • za mało się ruszamy
  • jemy za dużo tłuszczu i smażonego
  • jemy hamburgery
  • jemy dużo rzeczy wysokokalorycznych
  • w ogóle jemy duże ilości mięsa zamiast ryżu, kaszy, czy warzyw
  • a tak w ogóle to po prostu za dużo jemy, trzeba jeść mniej

Tyle o przyczynach medialnych. Przyczyny medialne dobrze się sprzedają, ponieważ odwracają uwagę od rzeczywistych, dzięki czemu ludzie nie odchodzą od jedzenia tych prawdziwych źródeł otyłości, na których koncerny żywnościowe zbijają najwięcej kasy.

Rzeczywiste przyczyny otyłości są proste, wręcz bardzo proste. Mogę je wymienić w kilku punktach – są to:

  • cukier
  • cukier
  • cukier

No i mógłbym tak długo. Oczywiście mogę wymieniać i konkretne produkty, powszechnie uważane za zdrowe – proszę bardzo:

  1. Mleko. Powszechnie uważane za zdrowe, źródło wapnia i innych minerałów, witamin i ohohoho. W rzeczywistości mleko zawiera głównie (poza wodą) dwa najbardziej szkodliwe dla organizmu składniki: laktozę oraz kazeinę. Laktoza to… tak tak, cukier (glukoza+galaktoza). Kazeina zaś to bardzo trudne w strawieniu białko, trawione jedynie przez kilkuletnie dzieci (zdolność zanika z wiekiem) i uniemożliwiające przyswajanie większości minerałów (produkty fermentacji mleka są już zdrowsze)
  2. Jogurt. Jeśli to jest naturalny, z mleka, to ok – ale jogurty owocowe to jest po prostu jogurt wymieszany z przetworzonymi owocami i … oczywiście cukrem :)
  3. Owoce. Mimo że zawierają witaminy oraz wiele ważnych składników odżywczych (niestety większość z nich jest w tych zwykle wyrzucanych pestkach, zgadnij dlaczego), większość z nich jest bogata w… cukier. I to nie zwykły cukier – jest to głównie fruktoza, o czym za chwilę.
  4. Miód. Mimo dobroczynnych właściwości w postaci naturalnego antybiotyku, w 80% jego skład to… cukier.
  5. Chleb. Dłuższe żucie chleba powoduje, że staje się on słodki w smaku, robił ktoś ten eksperyment? Chce ktoś twierdzić, że nie zawiera on cukru? Ale to jeszcze nic, bo mocnym źródłem energii w pieczywie (jak też w makaronach, ciastach, pierogach itd.) jest gluten (gluten to osobna historia, ale tu to pominę).

Oczywiście, trzeba od tego zacząć, że w dawnych czasach cukier był trudny do uzyskania, więc organizm ludzki nauczył się go wyzyskiwać praktycznie ze wszystkiego. Dziś węglowodanów zjadamy wielokrotnie więcej, niż w przeszłości, bo mamy lepszy dostęp do żywności.

Tak sądzisz? Gówno prawda. Dziś mamy lepszy dostęp do żywności… ale tej gorszej. Dobra żywność może nie jest tak ciężko dostępna jak dawniej, ale zdobycie jej wymaga nie lada wysiłku – głównie poprzez dokładne studiowanie etykiet na opakowaniach. Ale żadne czytanie etykiet nikomu nie pomoże, jeśli się nie wie, które ze składników żywności to te, których należy unikać.

2. Prostsze, niż bardzo proste

Nie wierzysz, że to cukier? Uwierz. Wystarczy zrozumieć tylko kilka prostych reguł, w jaki sposób organizm traktuje określone składniki odżywcze.

a. Glukoza

To jest cukier prosty, który jako jedyny jest bezpośrednim źródłem energii. Bezpośrednim, to znaczy że jest transportowany we krwi jako materiał do uzyskiwania energii. Wszelkie inne materiały energetyczne muszą zostać najpierw przetworzone do tej postaci, jeżeli miałaby z nich zostać uzyskana energia. Poziom glukozy we krwi organizm musi regulować poprzez dozowanie, gdy jest za niski i ściąganie nadmiaru, gdy za wysoki.

No dobrze, wprowadziłem drobną nieścisłość – podobno organizm potrafi uzyskiwać energię również z ciał ketonowych (ale jak na razie napotkałem tylko drobną wzmiankę na ten temat – wcześniej podobno ketoza była określana jako bardzo groźna choroba). W każdym razie chodziło mi o jedno: organizm nie jest w stanie uzyskiwać energii ani z tłuszczu, czy białka, ani z innych rodzajów cukru.

Cukier ten występuje bezpośrednio w winogronach (stąd w języku Niemieckim nazywany jest Traubenzucker) oraz bananach (ale w bananach występują chyba wszystkie możliwe rodzaje cukrów).

b. Fruktoza

To drugi najważniejszy cukier prosty, który jednak nie jest źródłem energii. Musi zostać przez organizm strawiony, w wyniku czego przerabiany jest na glikogen (postać pośrednia między tłuszczem a cukrem, zmagazynowana w wątrobie). To oznacza, że aby w efekcie posłużyć jako materiał energetyczny, musi zostać “zdekompresowany” powstały z niego glikogen.

Fruktoza jest najczęstszym cukrem występującym w owocach.

c. Pozostałe cukry

Tu już podam w dużym uproszczeniu, bo chodzi mi tylko o pokazanie zależności. Inne cukry, jak skrobia, czy galaktoza (składnik cząsteczki laktozy, wraz z glukozą) są, podobnie jak fruktoza, mniej lub bardziej przerabiane w efekcie końcowym na glikogen (czasem trafi się, że częściowo jest z nich syntetyzowana glukoza).

d. Tłuszcze

Tłuszcze nasycone, o ile zostaną strawione, przechodzą w glikogen, jeśli nie, są wydalane. Zwrócę tu też uwagę, że trawienie tłuszczu wymaga wydatkowania zdecydowanie większej energii, niż trawienie cukrów (tak, trawienie to też praca!). Tłuszcze nienasycone podobno wymagają dodatkowych przeróbek, żeby można je było strawić, stąd podobno powodują wypłukiwanie zgromadzonego tłuszczu z organizmu. Nie widziałem niestety żadnych potwierdzonych badań, które by tłumaczyły, w jaki sposób się to odbywa.

Dodatkowo zwrócę uwagę na jeszcze jedno: nie, spożywany tłuszcz NIE ląduje w tkance tłuszczowej. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.

e. Białka

Białka, niestety, nie są pojęciem jednorodnym. Istnieje wiele rodzajów białek o bardzo różnych funkcjach, różnych metodach trawienia, różnych efektach dla organizmu. Nie wszystkie białka są w efekcie przerabiane na białko własnych komórek białkowych, wiele białek jest niestrawnych, szkodliwych dla organizmu, ewentualnie służą tylko do wydatkowania energii.

W tej wyliczance wyróżniłem w szczególny sposób fruktozę, ponieważ jest ona bardzo często wychwalana jako cukier, który może być spożywany przez cukrzyków. To automatycznie kwalifikuje ten cukier jako “bezpieczny”. Niestety, złudnie. Na przykład dlatego, że nie istnieje coś takiego, jak “bezpieczny cukier”.

4. Złudne zdrowotne walory

Jeśli zrozumiesz teraz, że tłuszcze muszą przejść długą i skomplikowaną operację zamiany na glikogen (i to niekoniecznie zakończoną powodzeniem w 100%), a zamiana cukrów na glukozę (lub jej bezpośrednie wchłonięcie) to “piece of cake”, inaczej teraz spojrzysz na produkty typu “jogurt 0%”, którego 20% stanowią węglowodany, prawda?

Nie martw się. Producenci żywności zadbali nie tylko o idiotów, którzy wpierdzielają bez opamiętania słodycze w postaci malowanego cukru, czy piją oranżady (“bulbony”, jak mówi moja teściowa). Zadbali też o ludzi, którzy szukają “zdrowej żywności”, tylko nie bardzo wiedzą, co to oznacza. Bo zamiast poczytać o tym książki, czy choćby specjalistyczne portale, wolą wierzyć na słowo, że jak producent napisze, że coś jest zdrowe, to jest zdrowe.

Jednym z największych szwindli jest oczywiście reklamowanie mleka jako posiadającego największe walory zdrowotne – wielu osobom wciskane jeszcze w najgorszej możliwej postaci, czyli gotowane. Gotowane mleko jest już kompletnie pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, ponieważ to właśnie te bakterie powodujące kwaśnienie mleka najbardziej stanowią o jego wartości. Ten sam problem jest z mlekiem UHT.

Ale to i tak nic w porównaniu ze sprzedażą różnych produktów opartych na mleku, nawet na produktach fermentacji mleka, nafaszerowanych ile wlezie cukrem. Pisałem już wcześniej o jogurtach, ale największym szwindlem w tej kategorii jest chyba Actimel. Reklamowany jako produkt zawierający duże ilości bakterii probiotycznych i zwiększający odporność… jest po prostu przerobionym lekko sfermentowanym mlekiem… z cukrem. I to w takich ilościach, że gdyby nie to skwaśniałe mleko, to mogłoby zemdlić. To samo dotyczy również kefirów i jogurtów owocowych i waniliowych.

A już szczytem bezczelności jest produkcja słodyczy opartych na mleku – typu Kinder Chocolate czy “mleczna kanapka”. Mleko wykorzystywane jest tu sugestywnie jako “zdrowy” element – tymczasem po odjęciu z tych produktów cukru (w tym laktozy) niewiele by zostało. Pożytecznych składników odżywczych nie starczyłoby nawet na 1%.

5. Mit szkodliwego tłuszczu

A teraz mała dygresja – wiemy, że otyłość dzisiaj bierze się z dzisiejszej żywności. Ale istnieli też ludzie otyli przed XIX-wieczną cywilizacją, np. w XV wieku. Powszechnie uważa się, że ich otyłość brała się z zajadania się tłustym mięsem. Jest to niestety kompletna bzdura (choćby dlatego, że tłustym mięsem zajadali się wtedy wszyscy powszechnie). Otyli byli tylko ci, którzy mieli dostęp do różnych “rarytasów” – czyli głównie miodu i owoców. Czyli, oczywiście, cukru.

Powszechnie widziana otyłość, na tyle żeby zwracać na to uwagę i obarczać określone czynniki za jej powstawanie, to nie jest wiedza znana od wieków. To jest wiedza XX wieku, bo dopiero wtedy otyłość faktycznie zaczęła być problemem. Wcześniej nie znano przyczyn otyłości, więc siłą rzeczy obarczanie tłuszczu winą za otyłość to jest wymysł XX wieku. Skąd się wzięła? Możliwe są dwie przyczyny: jedna to stwierdzenie, że otyli ludzie mają pod skórą tłuszcz, natomiast druga to oczywiście nie zrozumienie jeszcze wystarczająco powiązania między cukrem, a tłuszczem pod skórą.

Niestety tłuszcz pod skórą nie ma kompletnie nic wspólnego z tłuszczem spożywanym, nieważne czy roślinnym, czy zwierzęcym (niechby nawet – choć mówię to czysto teoretycznie – był to tłuszcz z ciała innego człowieka). Tu wchodzi w grę jeszcze jedna ciekawa cecha ludzkiego organizmu: tolerancja ciał obcych.

Ludzki organizm ma tylko kilka miejsc, w których pozwala na znajdowanie się ciał obcych. We wszystkich tych miejscach owe ciała są ściśle kontrolowane i nie pozwala im się dostać do innych części organizmu, w celu oczywiście ochrony przed bakteriami i drobnoustrojami. Tak jest w przypadku zawartości jamy ustnej, przełyku, żołądka, elementów wątroby oraz jelit. Gdziekolwiek indziej znajdzie się jakieś ciało obce – to znaczy substancja nie zsyntetyzowana przez organizm – wywołuje stan zapalny.

Dlatego zarówno białko, z którego zbudowane są mięśnie, jak i tłuszcz w tkance tłuszczowej, są przekodowane kodem genetycznym. W ten właśnie sposób organizm odróżnia substancję własną od obcej. Dlatego właśnie tłuszczu spożywanego nie da się wcisnąć do tkanki tłuszczowej – spożyty tłuszcz musi zostać najpierw rozłożony na glikogen, a dopiero z takiej postaci może być on zamieniony na własny tłuszcz.

Glikogen to postać “półskompresowana”; jest zmagazynowana w wątrobie i w razie potrzeby jest szybko “dekompresowana” do postaci glukozy i dozowana do krwi. Mówię o “kompresji”, ponieważ proces “kompresji” wiąże się z odzyskiwaniem wody – i podobnie “dekompresja” wiąże się ze zużyciem wody. Dlatego właśnie podczas ćwiczeń fizycznych i wytężonej pracy fizycznej organizm zwiększa zapotrzebowanie na wodę.

Poprzez dostarczanie energii wyłącznie w postaci tłuszczu zmuszamy organizm do wykonywania jego prawdziwej pracy – do wyzyskiwania energii wyłącznie poprzez dekompresję glikogenu. Wtedy, w przypadku dużego zapotrzebowania na energię, organizm będzie przyzwyczajony do tego, że – tak jak to robi zwykle – musi ową energię uzyskać z glikogenu. I wtedy uzupełnianie glikogenu z tkanki tłuszczowej będzie tylko dodatkową konsekwencją. Dlatego właśnie podczas odchudzania to nie tłuszcz jest najważniejszym składnikiem do eliminacji.

I jeszcze jeden argument – z tego co wiem, dieta Atkinsa (alias dieta Kwaśniewskiego) na większość osób działa. Jest to w dużej mierze monodieta tłuszczowa, ale kompletnie pozbawiona węglowodanów.

6. Mit kalorii

Tłuszcz nadawał się idealnie na wroga zastępczego, ponieważ można było mu przypisać wysokokaloryczność (wielokrotnie większa, niż cukru). Problem tylko w tym, że pojęcie “kaloryczności” można o kant dupy potłuc.

Jak policzono “kaloryczność” określonych składników? Otóż spalono jedzenie w specjalistycznym piecu i zmierzono ilość wytworzonego ciepła.

I spróbuj teraz przyłożyć to do procesu “spalania” pokarmów przez organizm. Jakieś elementy wspólne? Raczej powiedziałbym “gdzie Rzym, a gdzie Krym?”.

I teraz wyobraź sobie, że wiele lat temu ktoś wymyślił ten idiotyzm, a miliony idiotów na całym świecie w to wierzą. Jak można porównywać wartość energetyczną dwóch produktów poprzez spalenie ich w piecu? Przecież w ten sposób można zmierzyć “wartość energetyczną” dowolnej rzeczy, również drewna, czy plastiku! Spróbuj tak sobie czasem zjeść deskę drewnianą, albo samochodzik-zabawkę i zobacz, czy od tego utyjesz.

Zresztą, tu nawet nie trzeba się chwytać takich żartów – bo na tej zasadzie możesz też próbować spalić celulozę. Oczywiście, że się shajcuje i co nieco się zagrzeje – ale jaką ma ona praktyczną wartość energetyczną dla organizmu, tzn. ile energii organizm jest w stanie z tego wydatkować? Dokładnie ZERO. Jak wiemy, błonnik nie jest trawiony przez ludzki organizm, ani przez żaden zwierzęcy.

Jeżeli chcemy znać praktyczną wartość energetyczną dla organizmu, to musimy brać pod uwagę następujące rzeczy:

  • jaki jest standardowy stopień wchłaniania składnika
  • jaki jest process jego trawienia
  • ile glukozy powstanie po jego strawieniu
  • ile energii (powiedzmy w jednostkach glukozy) potrzeba na przerobienie tego składnika na glukozę

Innym czynnikiem mierzącym energetyczność pokarmu, zdecydowanie bardziej odpowiadającym prawdzie, jest miara indeksu glikemicznego. Jest to, w skrócie, przeliczanie produktu żywnościowego na odpowiadającą mu ilość glukozy. Niestety nie jest to też do końca miarodajny czynnik, ponieważ z góry wyklucza inne elementy, niż cukry. Poza tym jest to metoda empiryczna, tzn. miara polega na sprawdzeniu o ile wzrosła ilość glukozy we krwi po spożyciu określonego produktu.

Pokarm, który zamiast na glukozę został zamieniony na glikogen, nie zostanie w takim badaniu odnotowany. Bo nie da się tak łatwo zmierzyć, o ile wzrósł poziom glikogenu w wątrobie – a to jest o wiele ważniejszy czynnik, ponieważ obrazuje faktyczny potencjał energetyczny danego produktu, zarówno tłuszczów, jak i cukrów takich, jak fruktoza.

7. Politycy biorą się za poprawianie świata

Wróćmy więc, po tej sporej dawce teorii, do wspomnianego artykułu.

Od czego zatem KE zaczyna “walkę z otyłością”? Popatrzmy – czytelniku, trzymaj się krzesła:

- Na projekty zachęcające do zdrowego odżywiania się Komisja Europejska przeznaczyła już odpowiednie środki finansowe – powiedział Hönighaus [przedstawiciel niemieckiej delegacji w KE]. Do szczególnie znanych zaliczyć można rozprowadzanie owoców i mleka w szkołach oraz doroczny Europejski Dzień Walki z Otyłością, który przypada na trzecią sobotę maja. Tego dnia odbywają się liczne imprezy, których celem jest zwrócenie uwagi na problem otyłości.

Potrzebuje ktoś przetłumaczenia z medialnego na normalny? Proszę bardzo: Komisja Europejska pod pretekstem walki z otyłością zamierza właśnie przepuścić kolejne “dodatkowe środki finansowe” z budżetu unijnego poprzez zorganizowanie dobrej zabawy oraz wsparcie finansowe dla biednych jak mysz kościelna w czasach kryzysu producentów mleka i owoców. Ktoś chce się nie zgodzić? Dalej jest jeszcze lepiej:

Dla KE najchłonniejszymi odbiorcami informacji związanych ze zdrowym odżywianiem się są dzieci – uważa Hönighaus. – Mogą one przyczynić się do wprowadzenia trwałych zmian w tej materii.

Dalej tłumaczymy? Proszę bardzo: Komisja Europejska słusznie wskazała, że najłatwiejszym obiektem do robienia wody z mózgu są dzieci. One zapewnią trwałe przyszłe dochody producentom “zdrowej” żywności.

Oczywiście podjęcie tych środków jest konieczne, bo:

Według Stefanie Gerlach, rzeczniczki Niemieckiego Towarzystwa Walki z Otyłością (DAG) zastosowane dotąd środki zapobiegawcze nie są wystarczające. (…) Niemcy od dziesięcioleci promują inicjatywy na rzecz zwalczania otyłości. Okazuje się, że żadna nie miała jednoznacznie pozytywnego efektu – podkreśliła specjalistka od wyżywienia.

No i wszystko jasne. Jak komuś za mało sarkazmu, to wyjaśnię – Niemcy muszą więc wdrożyć kolejny program, który nie przyniesie jednoznacznie pozytywnego efektu, natomiast na pewno uzasadni wydanie kolejnych milionów z unijnego budżetu, szczególnie w czasach kryzysu. Ostatnie akapity wskazują na istotne różnice między politykiem, a specjalistą:

Hönighaus jest przekonany, że na odżywianie, szczególnie dzieci, ogromny wpływ mają reklama i marketing. Dlatego pierwszym krokiem powinna być poprawa informacji na etykietach na temat wartości odżywczych danego produktu.

Tzn. co on właściwie chce poprawiać? Czy coś jest niezrozumiałe w napisie “cukier” albo “syrop glukozowo-fruktozowy”, czy ktoś – mówiąc językiem Amerykanów – którejś części słowa “cukier” nie rozumie?

Gerlach chciałaby posunąć się jeszcze dalej. Wspiera zakaz reklamy przeznaczonej dla dzieci oraz reklamy zachwalającej produkty o dużej zawartości tłuszczu. Życzyłaby sobie też, by informacje na etykietkach produktów spożywczych były bardziej zrozumiałe.

Jak widać różnica jest niewielka, oczywiście dobrze, że wspiera zakaz reklamy przeznaczonej dla dzieci – ale oczywiście nikt nie mówi o zakazie reklamy produktów zawierających cukier. Do kogoś jeszcze nie dotarło, że cukier to największe źródło dochodów koncernów żywnościowych i politycy będą w stanie powiedzieć każdą głupotę (już nie mówię “kłamstwo”, bo to oczywiste), żeby tylko nie stracić ich poparcia i sponsoringu?

Cukier, jak wiemy, jest słodki. Jeśli ktoś chce mieć przyjemność z jedzenia, uzyskiwaną szybko, w celu poprawy humoru – nie ma nic lepszego, niż cukier. Oczywiście samego cukru nikt nie zje – ale cukier w postaci wzmacniacza smaku to po prostu sama przyjemność. Dlatego cukier w efekcie końcowym potrafi działać podobnie jak nikotyna, alkohol, czy narkotyki – uzależnia.

Jak widać, polityków również. Niezależnie od kraju, czy opcji politycznej.

The Dark Knight Rises – moja recenzja

Posted in Uncategorized tagi , on 2013/02/27 by ethouris

To jest moja prywatna recenzja filmu Christophera Nolana “The Dark Knight Rises”; moja recenzja może być już trochę spóźniona, postanowiłem jednak ją napisać, zwłaszcza że podobno film został ciepło przyjęty przez krytykę. Szczególnie, że ja siadłem do tego filmu z pozytywnym nastawieniem – jak by nie patrzeć, Batmana wiadomo jak powinno się zrobić, a poza tym Nolan zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie filmem “Inception”. Wysokie oczekiwania dodatkowo rozbudziła obsada.

Przed jego obejrzeniem stare Batmany, więc mniej więcej byłem zorientowany w sytuacji, co Batman powinien sobą reprezentować. No i hmm…

Krótko? Dno i dwa metry mułu. Sad, but true. I nie, naprawdę nie przesadzam.

1. Krótko o pozytywach

Sarkastycznie, ale nic na to nie poradzę.

Nolan zatrudnił do tego filmu dużą ilość gwiazd, sporo jak na tego typu film. Poprzednim razem taką ilość gwiazd w podobnym filmie widziałem chyba tylko w Avengers. Zwykle nawet w dobrej klasy filmach wsadza się 2-4 gwiazdy plus jakichś mniej znanych aktorów.

Aktorzy oczywiście w swoich rolach spisali się wyśmienicie i w tej kwestii filmowi niczego nie mogę zarzucić. To jest jeden z niezaprzeczalnych pozytywów tego filmu. Niezależnie od tego, że wielu z nich nie zostało najlepiej dopasowanych (ale o tym później). Podobało mi się też kilka ze sprzętów Batmana (choć w pamięci utkwił mi jedynie motocykl i to coś latającego). No i oczywiście Hans Zimmer nie zawiódł na polu muzyki, choć muszę przyznać, że na tle Inception ta akurat nie robi wrażenia.

Niestety to wszystko o wiele za mało, żeby ten film uratować. Cała reszta to jest modelowy przykład tego, jak nie robić filmów. Wymieńmy je po kolei.

2. Jak skopać scenariusz

Zacznijmy od tytułu – tytuł tego filmu jest całkowicie mylący, to nie powinno być “The Dark Knight Rises”, to powinno być “The Dark Knight Falls”. Ewentualnie zgodziłbym się na “przedśmiertne podrygi Batmana”. Mogłoby też pasować “Batman: ostateczne rozstrzygnięcie” (żeby wręcz nie użyć tu wprost pewnego słowa, którego użycie gwarantuje oskarżenia o antysemityzm).

Film może być zły, ale zły film zasadniczo się różni od filmu “dno i dwa metry mułu”. To nic, że są jeszcze gorsze filmy, np. “dno i kilometr mułu”, bo po prostu poniżej pewnego poziomu dna filmów nie zwykłem oglądać, gdy przypadkiem trafię, to przerywam, a jak z jakiegoś powodu obejrzę do końca, to chociaż staram się go traktować jako film “poza kategorią” – ten film z zasady choćby dzięki obsadzie i muzyce do takich nie może należeć i przez to zasługuje na potraktowanie go z całą surowością.

No bo co można powiedzieć o filmie, którego jednym z najbardziej spartolonych elementów jest scenariusz? Historyjka gangsterska w zasadzie jedna z wielu, jaką można opowiedzieć w dowolnym sosie. Ale nawet w tej postaci to się nie daje oglądać. Film ten trwa 2 godziny 20 minut; rozkręca się jednak przez… dwie godziny. Po których następuje 20 minut wartkiej i dobrej, ale w tym przypadku już zupełnie nie ruszającej akcji (większość filmów na jego miejscu już dawno zakończy akcję!). Przez dwie godziny dzieje się pare namiastek akcji i cała kupa dialogów, w większości dla całości sprawy nie mających większego sensu. To się ogląda wręcz jak skrzyżowanie brazylijskiego serialu z kryminałem klasy B.

Historyjka w zasadzie zresztą daje się ująć w słowach: Bruce Wayne, choć w dobrej kondycji biznesowej, jest w niezbyt dobrej kondycji fizycznej (porusza się o lasce!); wraca do roli Batmana, bo musi uratować Gotham od Bane’a. Od początku napotyka na kłopoty, zdradzają go wszyscy zaufani ludzie, zostaje zmiażdżony przez Bane’a, a na dodatek staje się – w bardzo jak dla mnie tajemniczych okolicznościach – bezdomnym bankrutem. Daje radę jednak dorwać swoje batmanowe wyposażenie i udaje się na spotkanie z Bane’em – ale wpada w pułapkę, Bane ściera go na miazgę i wrzuca do jaskiniowego więzienia. Na koniec (po tych wspomnianych dwóch godzinach), dzięki trochę zbiegowi okoliczności (!), a trochę dzięki ostatnim zaufanym ludziom, pozbywa się Bane’a, zabiera niszczycielską bombę i ratując miasto sam od niej ginie. Jeszcze jest na koniec Arthur, przepraszam, John Blake, który odkrywa “batcave”, ale w zasadzie nie wiadomo po co, skoro to i tak oficjalnie ma być ostatnia część Batmana.

Jak powiedziałem, tą historyjkę można było podlać dowolnym sosem (mogła odbywać się równie dobrze w wyimaginowanej przyszłości, za króla Artura, względnie Ćwieczka, w Europie, w Ameryce, w Afryce, czy w Chinach – to nic, że niezbyt byłoby azjatyckie kulturowo, Amerykanie przecież i tak to kupią). Jest tak płaska i banalna, że – poważnie – zdecydowanie lepsze scenariusze powstają w tej chwili w grach komputerowych. Co więcej, zamiast robić takie coś, można było sięgnąć po jedną z bardzo wielu istniejących na rynku książek, w tym jakiejś starszej literatury, i przynajmniej zasięgnąć inspiracji. Nie, oczywiście nie – pewnie dlatego, że wtedy trzeba by słono zapłacić za prawa autorskie, więc Nolan wolał liczyć na własną inwencję – aż dziw bierze, że takie nic z tego wyszło spod ręki tego samego Christophera Nolana, który wymyślił Incepcję (ale, o ile się zorientowałem, nad Incepcją pracował kilka lat, zanim Warner zdecydował się to kupić – pewnie dlatego zapowiedział, że nie będzie kontynuował tego tematu).  Naprawdę, dla tak dennego scenariusza nie warto było nawet inwestować w ten film; nie wiem, co w nim widzieli recenzenci z Warnera, że to kupili. Zakładam, że doszli do wniosku, że Batman to Batman, więc pewnie się sprzeda, niezależnie od historyjki. Nie chciałbym już nawet posądzać Nolana o to, że celowo zrobił taki film, żeby wreszcie uśmiercić Batmana, podobnie jak Arthur Conan Doyle swego czasu uśmiercił Sherlocka Holmesa, którego szczerze nienawidził (i co mu się zresztą udało tylko częściowo).

Trudno jednak pisać o scenariuszu jako takim, bo w zasadzie sama postać scenariusza mocno zależy od kreacji poszczególnych postaci. I tu jest dopiero tragedia.

3. Jak zepsuć superbohatera

Jaki był w ogóle sens kręcenia filmu o superbohaterze, skoro jest on faktycznie superciotą? Nie wiem, w jakim celu w ogóle ten film został nakręcony i po co uczyniono taki zabieg. Czy chodziło może o to, żeby więcej współczesnych Amerykanów (w zasadzie Europejczyków też) mogło się z tym bohaterem identyfikować? Jest to, jak by nie patrzeć, ogólna tendencja, jaką obserwuję w wielu filmach w ostatnich latach, co bardzo je różni od wcześniejszych – główny bohater partoli wszystko z góry na dół, nic mu się nie udaje, a film się tylko przez przypadek dobrze kończy (tutaj nawet i to nie).

Nie dziwi więc, że w odpowiedzi na takie filmy powstają nagle “dziadki” (pokroju Sylvestra Stallone, czy Bruce’a Willisa) i robią filmy w starym, dobrym stylu, czyli bohater to naprawdę bohater, jest profesjonalistą, jeśli typu żołnierskiego, to szatkuje wrogów i obija im ryje, unikając wszystkich możliwych odłamków, jeśli nawt dzięki szczęściu, to spawiając wrażenie, że szczęściu wybitnie dopomaga. Sam Sylvester Stallone robi film “Rambo”, w którym udaje mu się połączyć postać superbohatera z bardzo dobrą akcją, a na dodatek jeszcze poruszając nieobecny w światowych mediach wątek Birmy. No czy choćby może lekko naiwne The Expendables. Ale najbardziej znaczący w tym kontekście jest chyba Kiss of the Dragon, gdzie wysłany w zasadzie na zwiady policjant z Chin rozwiązuje zagadkę, która Francuskich śledczych kładzie na łopatki (a główny śledczy jest nawet zamieszany w sprawę) – zdegenerowana Europa, którą ratuje bohater z Chin. I te filmy, mimo że często naiwne i powiedzmy sobie szczerze kompletnie bez jakiegokolwiek motywu poza samą napierdalanką, to w zasadzie jedyne (no, dodając do tego może jeszcze serie Transporter) przeciwstawienie się tej parszywej tendencji, której ulegają filmy akcji ostatniego czasu (w tym też np. Crank, na którym wypłynął Jason Statham), i której ulega również i ten Batman.

Ale, znów, mam przecież w pamięci film “Inception”, w którym no może główny bohater nie jest superbohaterem, nikogo nie ratuje, jest tylko najemnikiem wykonującym powierzone zadanie – ale wykonuje je profesjonalnie. Oczywiście ma problemy, nawet całą kupę i to jeszcze nieprzewidzianych problemów, ale w miarę swoich możliwości radzi sobie z nimi. Tutaj… w zasadzie nie mogę powiedzieć, żeby Batman radził sobie z czymkolwiek – poza może odzyskaniem naszyjnika poprzez zdjęcie go z szyi ostentacyjnie obnoszącej się z nim Seliny. No i wydostania się z jaskinii poprzez sportowe wyzwanie, niczym Forest Gump – run, Forest, run (Nolan, do jasnej cholery, to nie jest TEN typ filmu!).

W zasadzie nie wiadomo, czym jest ów Batman i do czego służy mu jego wyposażenie, poza tym, że ma być to czarne, błyszczące ubranko, kask z głupimi uszkami i płaszcz, dzięki którym ma robić odstraszający wroga wizerunek nietoperza (no bo nie wygląda nawet na to, żeby ułatwiał mu utrzymywanie się w powietrzu). W walce wręcz jest taki sobie, a w starciu z Bane’em wręcz tragicznie słaby. Przecież od zawsze Batman swoją przewagę nad wrogiem miał dzięki wyposażeniu; Batman nie miał większej siły, jak Superman, nie był mutantem, jak Spiderman, choć oczywiście można dostrzec parę podobieństw do Iron Mana, bo też głównie jego dodatki polegają na wyposażeniu. Ale te dodatki po coś są, te linki i harpuny, dzięki którym Batman potrafi pokonywać różne niedostępne miejsca lub skracać sobie drogę, skacząc po budynkach, czy bumerang, którym potrafił wytrącić broń z ręki i obezwładnić przeciwnika. Prawdziwy batman zresztą załatwiłby Bane’a w minutę osiem, Bane może mógłby nim rzucać o ścianę, ale pancerz by mu to zamortyzował; mógłby przed nim uciec wspinając się na lince, a na koniec strzeliłby Bane’a bumerangiem, uszkadzając mu maskę i unieszkodliwiając go całkowicie przez odcięcie dopływu gazu wspomagającego, a potem poprawiłby kilkoma granatami, zasłaniając się przed nimi swoim płaszczem.

Ale nie – Batman wchodzi w zastawioną pułapkę, Bane podchodzi do niego nonszalancko, a jedyne na co Batmana w tej sytuacji stać to walka wręcz – w starciu z potwornie silnym i sprawnym Banem skazana oczywiście na porażkę. Walczy więc bidny Batman ile sił w rękach, ale Bane nie daje mu żadnych szans, więc Batman kończy pokiereszowany i osłabiony, podany Bane’owi na tacy. Ale Bane’owi nie chodzi nawet o to, żeby Batmana zabić – on chce go upokorzyć, więc na koniec jeszcze łamie mu kręgosłup i wrzuca do jaskinii. Potem zabiera mu strój, bo że niby mu jest potrzebny. Podejrzewałem, że ubierze w niego kogoś, żeby potem odgrywał rolę Batmana tym razem jako rzezimieszka. Ale jakoś nie, motyw został szybko wyciszony. W ogóle mogę powiedzieć, że wszyscy mają tam tyle sprytu, co trzeba, żeby zesrać się w stringi.

Nie chodzi tu nawet o to, że trafiła kosa na kamień. Zrozumiałe, że na super bohatera mógł trafić ktoś mocniejszy, którego superbohater nie da rady pokonać. Ale że nie próbuje żadnej sztuczki, nie próbuje uciekać, nie próbuje w zasadznie niczego poza pokonaniem go swoją siłą – to już przekracza moją wyrozumiałość dla miałkości pomysłów na scenariusz. Ze swojego wyposażenia do tego starcia nie używa nic, nawet jego pancerz jest w tym starciu niczym więcej, niż po prostu plastikowym ubrankiem, bo jak Bane w niego przydupi z gruchy, to Batman nie ma nawet siły, żeby wstać. Nawet podczas drugiego, finalnego starcia mimo że już się wydaje, że znalazł jego słaby punkt w tej masce (wow, dlaczego od tego nie zaczał, skoro to było bardziej niż oczywiste, że skoro tą maskę nosi, to nie nosi jej tylko dla ozdoby!), to nic to nie daje (bo jego super wspaniały pancerz przebija kobieca ręka z nożykiem?), i gdyby nie kotka, która w ostatniej chwili strzela do Bane’a pociskiem przeciwpancernym (jak napisałem, pokonuje przeciwnika przypadkiem), pewnie skończyłby jak poprzednio. Jeszcze w ostatecznej ostateczności rozumiem, że taki to był zamysł, żeby Bane jednak Batmana wtedy pokonał. Ale prawdziwego Batmana musiałby w tym celu naprawdę przechytrzyć. Tu przechytrzenie polegało na zamknięciu go w jednym pomieszczeniu z Banem. Raz dwa i “netoperek” nagle kompletnie bezbronny. “Przechytrzyć” to nie znaczy “okpić jak dziecko”, halo!

Zrozumiałe, że tego typu problemy może mieć taka postać, jak James Bond, choć szczerze mówiąc już w “Quantum of Solace” to już była spora przesada. W ogóle nie rozumiem tego motywu: wkręcić bohatera w poważny problem, w zasadzie sytuację bez wyjścia, z której ratuje go… no, może jakiś przypadkiem zaufany człowiek, czasem szczęśliwy zbieg okoliczności, w każdym razie gdyby nie odrobina szczęścia, to główny bohater byłby już mokrą plamą. Nie potrafię wymyślić, dlaczego w ogóle kogoś może bawić taki zabieg i jaki to ma właściwie cel, poza znęcaniem się nad głównym bohaterem, który – co ważne dla tej sceny – kompletnie nie potrafi o własnych siłach wykaraskać się z kłopotów, a nawet gorzej, z kłopotów, w które wpadł przez własną głupotę, lub nieostrożność (dlatego w tej chwili jedynym “prawdziwym bohaterem” został już chyba tylko Jason Bourne, i nic dziwnego, że to jego serii się teraz wszyscy domagają, nawet Matt Damon zaczął mięknąć w swoim postanowieniu, że nigdy już nie zagra Bourne’a). Zresztą, motyw totalnych kłopotów pojawił się też ostatnio w Mission Impossible: Ghost Protocol (nawiasem mówiąc, bohaterowie poradzili sobie mimo wszystko – odnoszę wrażenie, że robi się tak dlatego, że twórcy filmów już nie mają pomysłu, w jakie jeszcze większe kłopoty mogą wpędzić bohaterów, żeby było to mocniejsze, niż poprzednio). Ale do jasnej cholery, Batman to ma być superbohater – jeśli nie posiada własnych ulepszeń, to posiada ulepszające sprzęty i gadżety, umie robić z nich użytek, a przede wszystkim umie robić użytek ze swojej głowy. Ale widać nie Batman Christophera Nolana.

I co z tego, że po wyleczeniu go (znachorskimi metodami?) w więzieniu, potem wydostaje się własnymi siłami (wow, doprawdy krótko się leczył po połamaniu kręgosłupa, o bólu w nodze to już chyba dawno zapomniał?), skoro nadal nie zna żadnego sposobu, żeby pokonać Bane’a? To nic, że Bane zachowuje się nonszalancko, że jest bydlakiem nie do pokonania, a na dodatek wydaje się, że przewidział każdy możliwy rozwój wypadków, i na każdy się przygotował. Tak samo zachowywał się bohater “Broken Arrow” grany przez Johna Travoltę, tak samo było ze szpiegiem w “Golden Eye” – ale w obu tych przypadkach pozytywni bohaterowie dawali z siebie wszystko i zawdzięczali zwycięstwo wyłącznie swojemu zaangażowaniu. Batman Nolana zawdzięcza wszystko wyłącznie przypadkowi. Wiem, tak, wiem, że to Selina pomaga mu zestrzeliwując go pociskiem, ale sory, nawet przy założeniu, że się ma naprowadzacz, żeby trafić pociskiem dokładnie w człowieka i to wewnątrz budynku, to nie oszukujmy się, bez szczęścia ani rusz.

4. Jak źle dopasować aktorów

Te trzy pozytywne postacie, które wymieniłem: Bruce Wayne (Christian Bale), komisarz Gordon (Gary Oldman) i Blake (Joseph-Gordon Levitt), plus ewentualnie Selina (Anne Hathaway) i Lucius Fox (Morgan Freeman), to jedyne przypadki, gdzie aktorzy zostali dobrze dobrani do granych przez siebie postaci. Nikomu z aktorów nie ujmuję oczywiście, jeśli chodzi o grę aktorską, to prawda też, że dobry aktor zagra i króla i żebraka – ale to tylko takie powiedzenie. Prawda jest taka, że wygląd i prezencja aktora predestynują go do pewnych ról, jak również raczej dyskwalifikują z różnych innych. Nie wyobrażam sobie np. Jasona Stathama w roli artysty malarza, ale także nie wyobrażam sobie Josepha-Gordona Levitta w roli Jamesa Bonda.

W kwestii źle dobranych ról nie sposób oczywiście wspomnieć filmu “Ogniem i Mieczem”; jakkolwiek wiem, że mówienie o tym filmie czegokolwiek to kopanie leżącego (może dla kogoś wręcz niestosowne jego wspominanie przy tej okazji), jest to najbardziej dla mnie jaskrawy przykład tego, jak źle dopasować aktorów. Dotyczy to zarówno obsadzenia Zbigniewa Zamachowskiego w roli Wołodyjowskiego (ludzie raczej kojarzą go po wyglądzie, a nie po skądinąd wciąż podkreślanym niskim wzroście; już Marek Kondrat by lepiej w tej roli pasował), jak i w roli Zagłoby Krzysztofa Kowalewskiego – tego samego Krzysztofa Kowalewskiego, który grał głupkowatego dowódcę eskorty, Rocha Kowalskiego, którego z kolei przekabacił w pamiętnej scenie na wozie sam Zagłoba, grany przez Kazimierza Wichniarza (zmarł w 1995 r.). Ta sama scena została zresztą później (ale niewiele przed rozpoczęciem zdjęć do “Ogniem i Mieczem”) wykorzystana w telewizyjnej reklamie proszku Pollena 2000. I tam jakoś umieli na rolę Zagłoby znaleźć kogoś, kto rzeczywiście kojarzy się z Zagłobą (niestety nie mogę znaleźć, kto go grał, ani nie mogę na 100% potwierdzić, że to nie był Wichniarz, ale wątpię), a rolę Rocha Kowalskiego gra – no zgadnijcie kto. No tylko że tam to była jednorazowa reklama, a w filmie musieli koniecznie zatrudnić jakieś “rozpoznawalne nazwisko” (choć naprawdę nie rozumiem dlaczego).

Co w “The Dark Knight Rises” jest dla mnie aktorską porażką:

  • Michael Caine w roli Alfreda. Nie, nie chodzi mi o to, żeby był to zły aktor – to bardzo dobry aktor. Ze swojej roli wywiązał się wyśmienicie. Niestety z tym aktorem jest mniej więcej jak z Q w Jamesie Bondzie: może być albo ten sam, albo naprawdę identyczny (a więc ktoś z łapanki, a nie gwiazdor – dlatego w ostatnich bondach John Cleese jako Q to dla mnie – wciąż nie ujmując niczego obu tym aktorom – taka sama porażka jak Daniel Craig w roli Bonda). Alfred stworzony przez Caine’a to nie ten sam Alfred grany przez Michaela Gough; Caine zresztą z wyglądu kojarzy się z naukowcem (dlatego dobrze został obsadzony w Inception), może managerem, ale na pewno nie wiernym sługą, jakim był Alfred.
  • Marion Cotillard – oczywiście jak najbardziej jest to dobra aktorka i oczywiście dobrze się wywiązała ze swojej roli; faktem jest że jest to osoba tak odrażająca, że naprawdę nadaje się tylko do grania kreatur – jej piękna fryzura w tym filmie nie jest w stanie zrównoważyć obrzydzenia, gdy patrzy się na jej mimikę układającą się w czasie mówienia w różne kombinacje niczego nie przypominających grymasów. Ale ta właśnie odrażająca prezencja predystynuje ją do roli negatywnych i ona wywiązuje się z nich wyśmienicie (choć w przypadku Incepcji trudno mi jest uwierzyć, gdy Arthur mówi o jej postaci “She was lovely”). Dlatego do tej pory jest jeszcze ok. Problem jest tylko jeden – postać, którą grała, była podobno półkrwi Arabką. Uuups. (Tu powinien pojawić się właśnie rysunek Jackiego Chana z uniesionymi rękami.) Sory, przy najbardziej bujnej wyobraźni, nie domyśliłbym się. Tak trudno było znaleźć do tej roli kogoś takiego np. jak, no nie wiem… Tia Carrere?
  • Tom Hardy jako Bane. Tzn. to nie jest tak, żebym uważał, że on się do tej roli nie nadaje, tylko po prostu do tej roli nadawałoby się też mnóstwo innych. W ostatniej części Bourne’a (tej, gdzie nie ma Bourne’a) pada takie określenie, mniej więcej: “dostarliście Ferrari, a używaliście go jak kosiarki do trawy”. Takiż jest też mniej więcej mój komentarz do tej roli. Niezależnie od tego, że sam Tom Hardy mocno się osobiście zaangażował w kreację tej postaci, uważam po prostu że – wciąż, nie ujmując mu niczego, jako aktorowi – do tej roli nie potrzeba było kreatora, który dopracuje postać i dostosuje jeszcze do niej swoje ciało (Tom napakował sobie 14kg do tej roli), tylko po prostu przerośniętego łysego mięśniaka wytrenowanego w sztukach walki. Na miejscu Toma Hardy można było wsadzić dowolnego takiego mięśniaka, pozostawiając Tomowi jedynie podkładanie głosu, i nikt nie zauważyłby różnicy. Nie jest to zarzut dla tego aktora, po prostu struktura postaci jest jaka jest. Aktor nie gra tylko swoimi rękami i nogami, w dużej mierze gra twarzą, dodatkowo jeszcze odpowiednim ruchem ciała. Postać Bane’a praktycznie skraca te wszystkie potencjały aktorskie do zera: wielke napakowane bydlę nie umie niczego poza “trybem walki” i “trybem nonszalancji” (nie daje nawet za bardzo pola do gestykulacji), a sam fakt, że jest łysy jak kolano i jeszcze na całej twarzy nosi maskę, spod której nawet oczu za dobrze nie widać, powoduje, że twarzy mógł tej postaci użyczyć dosłownie ktokolwiek, nawet kobieta, gdyby dała sobie ogolić głowę na łyso. Tak samo jak nie miało już większego znaczenia, kto podkłada głos – tak jak i ktoś musiał podkładać głos Darth Vadera. Żeby było jeszcze ciekawiej, w scenie wspomnienia, gdzie jest “dziewczynka, która wydostaje się z więzienia”, Tom Hardy pojawia się na moment ze swoją twarzą – odsłoniętą. Nie wiem, czy zamiarem Nolana było pokazanie, że Bane pozostał w tym więzieniu i pomógł jej się wydostać, ale gdybym nie wiedział z góry, że Bane’a będzie grał Tom Hardy i nie znał go wcześniej choćby z Inception, to nie domyśliłbym się, że jedna z tych kilku postaci w kapturze, to późniejszy Bane. Jakkolwiek Tom Hardy zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie po roli w Inception, to jednak spodziewałem się równie wyrazistej roli w Batmanie. A jego rola w tym filmie to jest mniej więcej tak, jakby oglądać pokaz fajerwerków z zasłoniętymi oczami.
  • Cilian Murphy – trudno mi cokolwiek powiedzieć o nim poza tym, że mimo wszystko w roli kreatury jakoś mi się on nie widzi – i chociaż Scarecrow pojawia się tam na krótki moment i właściwie nie wiadomo po co, jest to kolejna rola dopasowana kompletnie na bakier. Nadal, oczywiście, nie ujmując mu niczego w kwestii aktorstwa; jest to kolejny aktor pamiętany z Inception, gdzie swoją rolę zagrał wyśmienicie pod każdym względem.

Co do reszty, to się nie wypowiadam – reszta bowiem (tak jak i ta ostatnia) to raczej role-migawki, tak jak np. Liam Neeson jako Ra’s al Ghul.

5. Jak zepsuć widzom humor

“The Dark Knight Rises” to film naprawdę dołujący. W tym filmie jest dokładnie trzech pozytywnych bohaterów – Batman, John Blake i komisarz Gordon, który po brawurowej ucieczce z zasadzki Bane’a niemal całą resztę filmu spędza w szpitalu (co ciekawe: sam rozprawia się już w szpitalu ze zbirami, którzy przychodzą go zabić i praktycznie ratuje miasto od wybuchu bomby dostarczając brakujący moduł). Reszta to albo bohaterowie jednoznacznie negatywni, albo krętacze, albo dupy wołowe – jakimi okazali się zarówno oficer policji, jak i Alfred, jak też członkowie zarządu Wayne Enterprises. W tym filmie jest jeszcze jeden, bardzo wyglądający na poboczny, wątek spiskowców, którzy usiłują przejąć Wayne Enterprises, i co ciekawe, to wszystko im się udaje. Batman daje dupy tutaj zarówno jako biznesmen, jak i superbohater. Doprawdy, tego wcześniej nie było. Największy wyskok, na jaki pozwolono sobie do tej pory w kwestii jego przedsięwzięcia było wyhodowanie sobie w nim jednego ze swoich wrogów. Nie było jednak żadnego motywu problemów biznesowych i walki na poziomie korporacyjnym; po prostu to nie ten typ filmu (choć motyw oczywiście też zaczerpnięty z IronMana). Tu, żeby było ciekawiej, Batman tą walkę od razu przegrywa. A wygranym w obu przypadkach jest Bane. To nic, że sam Bane w końcu ginie, a samo miasto daje się uratować od wybuchu bomby – Wayne Enterprises zostaje opanowane przez ludzi, którzy zechcą użyć jego produktów do panowania nad miastem, a Batman się kończy raz na zawsze. Wrażenie jest jasne: superbohater nie jest już superbohaterem, stał się ciotą, którą spotyka to, co spotyka cioty, którym się wydaje, że od samego mrocznego ubranka stają się bohaterami: skończył się – a zło opanowało jego schedę i ono tu jest górą.

Co z tego, że Blake potem odkrywa Batcave – czym jest Batcave bez Alfreda? Panie Nolan, zostawienie sobie haczyka na następny film nie wystarczy, żeby zachęcić widza do oczekiwania na jego kontynuację. Trzeba jeszcze zrobić dobry film. To podstawowa sprawa, o której pan, zdaje się, zapomniał.

6. Jak zrobić film w zasadzie nie wiadomo po co

Wbrew temu, co się wielu “wybitnym specjalistom od krytyki filmowej” wydaje, filmów akcji nie kręci się po to, żeby przeciętny zjadacz żabburgerów popatrzył sobie jak się napierdalają, żeby dać upust swoim chuciom. Po to to się kręci tanie kryminały klasy B. Film akcji ma oczywiście mieć akcję, ale powinien też przedstawiać skomplikowane sylwetki postaci, wciągać widza w swoje intrygi, wręcz wodzić go za nos, zwodząc go pozorami, a za chwilę zaskakując prawdziwymi twarzami oszustów.

Ale jest jedna ważna zasada kina akcji: musi być tam jakaś postać, którą uważa się za pozytywną, i ta postać musi być kimś, z kim widz chciałby się identyfikować, czy nawet nie aż tak, po prostu kimś, komu “się kibicuje”. To musi być postać, która jest kimś, kto potrafi, kimś kto umie się otrząsnąć po porażce, a zarazem nie pakować się w coś, z czym nie może sobie poradzić; a twórca scenariusza oczywiście nie tworzy okoliczności w filmie tak, żeby ową postacią tylko pomiatać na lewo i prawo. Film akcji nie może być tragedią, gdzie główny bohater może wybierać tylko między porażką, a porażką; główny bohater może przechodzić trudności, ale nie może być wiecznie kopany w dupę przez pozostałe postacie, a na koniec zabity. Bo wtedy nie jest bohaterem filmu, tylko ciotą filmu. Widz będzie wyrozumiały, jeżeli główny bohater będzie przeżywał trudności (choć oczywiście do pewnego stopnia), natomiast jego wyrozumiałość skończy się, jeżeli zacznie się okazywać, że kibicował nie tej postaci, co trzeba.

W tym Batmanie trudno jednoznacznie stwierdzić, komu należało kibicować, skoro obaj na końcu zginęli. A że Bane wcale nie zginął w wyniku sprytu Batmana, ani w żaden wyobrażalny sposób Batman nie mógłby sobie przypisać żadnej zasługi w zgładzeniu Bane’a – można po prostu powiedzieć, że obaj zginęli “w ogniu walki” przeciwko sobie (żaden żadnego nie zabił bezpośrednio). Dlatego jeśli gdziekolwiek dopatrywać się “superbohatera” (lub najprościej, kogoś, komu się kibicuje), to bezwzględnie jest nim Bane. To on tu rządzi, to on to wszystko organizuje, on ściąga ludzi i on decyduje (zaskakujący strateg, zwłaszcza że jego pierwowzór był po prostu tępym mięśniakiem). To, że potem ginie, to tylko wypadek przy pracy. Najważniejsze, że jego ludzie siedzą w korporacji Wayne’a, a w korporacji nie ma już ani Wayne’a, ani Alfreda. A Batman leci sobie z bombą, jak głupi frajer, zamiast po prostu wsiąść do swojej maszyny i uciec, bo skoro mógł oddalić się z bombą od miasta za pomocą tego sprzętu na bezpieczną odległość, to równie dobrze mógł oddalić się na taką samą odległość sam od bomby. Potem wylądowałby gdzieś indziej i zaczął nowe życie. Ale nie, przez cały film nie miał możliwości odegrać bohatera, to może na koniec bohatersko zginie. Ratując życie między innymi wszystkim swoim wrogom, którzy jeszcze żyją, zapewniając im całkowicie bezpieczną przyszłość. Można go określić tylko jednym słowem: frajer.

Nietrudno więc jasno i wyraźnie wskazać, kto w tym filmie jest faktycznym zwycięzcą. I komu należało od początku kibicować.

To nie jest tak, że tego oczekuje się od filmów, tego oczekuje się od filmów akcji. W niektórych typach opowieści (nazwijmy to tak uniwersalnie) o to właśnie chodzi, żeby główny bohater był frajerem, czasem o to, żeby choćby wykazywał się ogromnym potencjałem, nie dawał rady w starciu z wrogimi siłami. Czasem mamy do czynienia z tragedią lub dramatem – taki rodzaj sztuki. Ale ubieranie dramatu w pozory filmu akcji to trzeba po prostu nazwać po imieniu: oszustwo. Widzowie, którzy wybierali się na film akcji zostali najzwyczajniej w świecie oszukani.

7. Konkluzja

Film ten trafiłem przypadkiem w jakimś sklepie. Już po jego obejrzeniu znalazłem “The Dark Knight”, czyli o jedną wcześniejszą część. Ale darowałem sobie. Nolan zresztą na razie nie wygląda na to, żeby miał pomysł na jakiś kolejny film. Niech sobie lepiej teraz usiądzie spokojnie i pomyśli, może tym razem wymyśli coś sensownego. Niech tylko nie próbuje robić następnej części Bourne’a, bałbym się siąść do oglądania.

W sprawie święta niepodległości

Posted in Uncategorized on 2011/11/12 by ethouris

Szczególna data 11-11-11 – no cóż, można doszukiwać się symbolu, a może być to dla kogoś dzień jak każdy inny. Ja dzisiaj normalnie byłem w pracy, a wieczorem byłem z żoną i synem na imprezie z okazji świętego Marcina, patrona przedszkola mojego syna. Nic szczególnego.

Zastanawiałem się, czy będę tęsknić za Polską od czasu, gdy wyjadę. Szczerze: poza może pierwszymi dwoma miesiącami, kiedy zresztą jeszcze kisiliśmy się w hotelu, nie zdarzyło mi się.

Nie wiem, może ja czegoś nie rozumiem, albo brakuje mi tej części mózgu, która odpowiada za patriotyzm, albo nie wiem co, ale szczerze – naprawdę nie potrafię zrozumieć tego całego gonienia za “ojczyzną”, tych wielkich imprez z okazji narodowych świąt, tej “świadomości narodowej” (niezależnie od tego, o który naród chodzi), a już w ogóle czegoś takiego jak “problem kim jestem”. Że co, że nie jestem Niemcem? A kto tu niby jest Niemcem – Rosjanie, którzy zamieszkują połowę bloku obok nas, Arabowie, czy Turcy, mówiący z takim akcentem, że Goethe by się zawstydził, czy Hindusi prowadzący restaurację pod nazwą “Schwaben Pizza Express”? Żeby było jasne – przedstawiciele wszystkich tych narodowości, w tym pewnie co najmniej z pochodzenia muzułmanie, tłumnie stawili się na uroczystości z okazji katolickiego jak cholera dnia św. Marcina.

Dla mnie wszystkie imprezy związane z “ojczyzną”, wszystkie inicjatywy wspominania jej historii, rozpamiętywania czegoś-tam, kultywowania tradycji itd., to wszystko ma dokładnie tyle samo sensu, co kibicowanie drużynie piłkarskiej. Jest mi to zupełnie obce, ponieważ ja nigdy nie interesowałem się sportem, mam to totalnie gdzieś, uważam że jest to tylko i wyłącznie rozrywka i nic więcej, bez praktycznego znaczenia. Oglądanie meczu – pod warunkiem, że kogoś to kręci – nie różni się specjalnie od oglądania filmu w kinie, tym bardziej więc nie rozumiem zwierzęcego zainteresowania wynikami meczu, dyskutowania kto jak kogo gdzie okiwał, czy wkuwania na pamięć listy nazwisk z poszczególnych drużyn piłkarskich.

Mam nieodparte wrażenie, że ludzie chyba na śmierć zapomnieli, skąd wzięły się dzisiejsze kraje, narody i państwa. Wszyscy jadą na pamięć z tą “świadomością narodową”, zupełnie zapominając o tym, że istnienie państw już dawno straciło jakąkolwiek rację bytu. Przyjrzyjmy się temu zatem tak “na niższym poziomie”.

 1. Państwa i narody

Ludzie od zawsze łączyli się w organizacje. Jednak niektóre z tych organizacji poczynały sobie dość śmiało, mianowicie okradały inne organizacje ze zgromadzonych zasobów. Aby się przed takimi bronić, inna organizacja, poza kolekcjonowaniem potrzebnych do życia zasobów, musiała też wykształcić specjalistów od obrony, aby móc bronić zasobów, wytwórców zasobów i w ogóle całą organizację. Aby przetrwać.

Te organizacje, którym udało się taki system stworzyć, i których system okazał się skuteczny wystarczająco, stały się państwami, podobnymi do tych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Oczywiście przez całą naszą historię państwa mniej lub bardziej walczyły ze sobą, czasem nawet wyrzynały się nawzajem.

Jak na tym tle wygląda Polska? W zasadzie, poza tym co działo się w historii aż do “króla Sasa”, najważniejszy okres, najbardziej oddziałujący na współczesną Polskę, to jest ten od rozbiorów do 1989 roku. Rozbiorów, kiedy polska organizacja państwowa znalazła się w stanie totalnego rozkładu i stała się niezdolna do jakiegokolwiek utrzymania państwowości (rozbiór Polski nie był wcale żadną agresją na Polskę – był aktem jak najbardziej prawnym, podpisanym osobiście przez polskie władze). A także, o czym mało kto pewnie pamięta, sporych inwestycji sponsorowanych przez zaborcze państwa (jak np. tunel kolejowy pod całym miastem w Bielsku-Białej zbudowany jeszcze za zaboru Austriackiego).

Polska powstała ponownie po tym, jak narody Europy rzuciły się sobie do gardeł, mając dość stagnacji (jak szczury trzymane w klatce otrzymujące pod dostatkiem jedzenia). Ale dlaczego w ogóle Polska ponownie powstała? Dlatego, że było wystarczająco dużo ludzi, którzy Polskę pamiętali, którzy z Polską byli związani i którzy uważali, że ludzie z terenu Polski zostali oszukani przez zaborców, którzy zaczęli się bić nie wiadomo o co, zamiast zapewniać krajom sukcesy gospodarcze.  Powstało na nowo państwo, które miało nawiązywać do tamtego starego państwa Polskiego w pewnych aspektach, ale w gruncie rzeczy było to zupełnie nowe państwo.

Skąd jednak wzięli się ci wszyscy ludzie, którzy chcieli mieć z powrotem Polskę? No bo ok, byli partyzanci, byli “Peowiacy”, wywalczyli owszem wolność dzięki temu, że w Europie totalnie osłabionej po I wojnie światowej mało kto był w stanie cokolwiek obronić (Chińczycy, swoją drogą, przegapili niezłą okazję, ale mniejsza z tym). Ale wywalczenie wolności to jedno, a stworzenie na nowo organizacji państwowej to drugie. Skąd wzięli się ludzie, którzy potrafili tą organizację stworzyć i utrzymać sprawnie funkcjonującą przez wiele lat?

No cóż, byli poupychani na różnych wysokich stanowiskach w Europejskich państwach, ale również w Rosyjskim wojsku, w bardzo wielu różnych strukturach i organizacjach, gdzie potrzebni byli specjaliści – również w organizacjach tych “obcych” państw. To właśnie im zależało na stworzeniu dobrej, sprawnej organizacji państwowej.

Nie było lekko. Ale to było w zasadzie ostatnie tak sprawne państwo będące Polską. Ambitny projekt, który udało się doprowadzić na bardzo wysoki poziom zaawansowania, budowany praktycznie od zera (I wojna światowa zamieniła Polskę niemal w perzynę), targany owszem konfliktami, walką o władzę, jak również szarpany przez inne kraje, ale jednak sprawnie funkcjonujący przez jakiś czas.

W tym samym czasie Niemcy zostały przesadnie ukarane i upokorzone traktatem wersalskim, mimo że słusznie jako karę za wywołanie wojny, ale jednak samo stworzenie sytuacji, że bycie Niemcem to fuuuj przepraszaj, że żyjesz mendo, musiało wywołać odruch sprzeciwu. Duch zemsty za upokorzenie kiełkował w Niemczech wtedy przez kilka lat i wystarczyła tylko drobna iskra…

Zasada jest prosta: jeśli danego człowieka (a to skaluje się na narody, jeśli choćby uważamy za nie wirtualną grupę ludzi łączoną jakąś wspólną cechą) się na każdym kroku upokarza i wmawia mu się, że jest nikim i jest nic nie wart z samego założenia, że należy do określonej grupy, będzie owe upokorzenia znosić tylko do pewnego momentu. Jeśli dostanie tylko okazję, natychmiast się zemści. Jeśli obrażany jest jako członek grupy – grupa będzie rosnąć w siłę i wtedy dopiero się zemści.

Dlatego właśnie też powstało takie w Polsce przeświadczenie, że Polski nic nie jest w stanie zniszczyć, bo nie tacy już próbowali i nikomu się nie udało. Problem w tym, że wszyscy ci, co próbowali, popełniali cały czas dokładnie ten sam błąd: poniżali Polaków z samego tylko powodu, że byli Polakami, masowo ich mordowali, żyjącym zakazywali rozmawiać w języku Polskim i w jakikolwiek sposób kultywować swoje tradycje, niszczyli dorobek kulturalny, niszczyli wszystko to, co w jakikolwiek najdrobniejszy sposób było symbolicznie polskie. Jaki mógł być tego efekt? Dla trzeźwo myślącego człowieka odpowiedź jest oczywista.

Bo jeśli ktoś chciał zniszczyć Polskę, sposób był bardzo prosty, tylko trzeba było trochę pomyśleć. Należało pozwolić im używać swojego języka i kultywować swoją kulturę, tylko żeby jeszcze na dodatek każdy znał też język swojego “nowego państwa”, a także temu “nowemu państwu” płacił podatki. Takie same, jak wszyscy, jak również posiadał taki sam dostęp do państwowych usług, jak wszyscy. Polska stałaby się wtedy pomału rodzajem “fanklubu”, czy różnych organizacji skupionych wokół jakiegoś hobby. Po jakimś czasie język Polski zacząłby zanikać, stając się czymś w rodzaju lokalnego kolorytu bez żadnego praktycznego znaczenia (jak język Irlandzki, Ukraiński, czy Białoruski). A wpływ na władzę? No jaki problem, jeśli ludzie mają dokładnie te same prawa obywatelskie, a kraj zamieszkania wyłania władze w drodze głosowania, to Polacy mają w takim przypadku taki sam wpływ na władzę, jak wszyscy inni.

Gdyby ktoś zastosował takie właśnie podejście do podkopania Polski, dziś byłaby ona państwem historycznym, jak Prusy, a fraza “Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” stałaby się najwyżej przedmiotem żartów.

2. Dzisiejsza perspektywa

Dzisiaj sprawa wygląda tak: owszem, są państwa bandyckie, są państwa o archaicznym sposobie myślenia o patriotyzmie (każdy wie, jakie to państwo, więc nie muszę pisać), ale generalnie państwa tzw. cywilizacji Europejskiej oraz “azjatyckie tygrysy” są w tej chwili związane umowami, aktami prawnymi, traktatami, nie wspominając o zależnościach poprzez wymianę handlową i różne inne interesy, krótko – gdyby którekolwiek z państw z tych stref (nazwijmy je razem roboczo “strefą kapitalizmu”) próbowało zbrojnie napaść na inne z tej strefy, szybko by mu reszta państw przypomniała, że jest związany różnymi umowami biznesowymi i niech przestanie się wygłupiać, bo jak prawnicy mu się dobiorą do dupy, to pójdzie z torbami. Oczywiście przypominam, że nawet w Europie trafiają się państwa nie należące do tej strefy (Serbia, Albania), czasem się nawet od tej strefy oddalające na własne życzenie (Turcja), i tam oczywiście są możliwe konflikty zbrojne. Ale dziś nawet z Turcją problem bardziej polega na jej niejasnej strukturze (tak samo jak w przypadku Polski), niż na jakichkolwiek zbrojnych aspiracjach.

Czy istnieją różnice interesów między państwami “strefy kapitalistycznej”? Owszem, istnieją, ale tak na dobrą sprawę przecież ludzie z całej “strefy kapitalistycznej” potrzebują wszyscy dokładnie jednego i tego samego: zarabiać dużo pieniędzy i móc je wydawać na to, co mi się podoba, oraz żyć tak, jak chcę. Wszystkie inne sprawy to sprawy drugorzędne.  Co prawda “żyć jak chcę” staje często w konflikcie z zarabianiem pieniędzy i płaceniem podatków, ale znów – jest to problem identyczny dla całej strefy. Ludzie wszędzie są dokładnie tacy sami.

Oczywiście krajowi trzeba zapewnić dobrobyt, trzeba zapewnić dostarczanie kluczowych zasobów, trzeba wynegocjować umowy jak najkorzystniejsze dla kraju, a to często też odbywa się kosztem innych krajów. Przy czym efekt jest najczęściej taki, że jak dzięki temu jakiś kraj (nazwijmy go krajem A) rośnie w siłę, to natychmiast potrzebuje siły roboczej; gdy bezrobocie spada do ok. 2% (podobno tak jest w regionie, w którym mieszkam), musi na siłę ściągać wtedy ludzi z innych krajów, w tym tych, w których żyje się gorzej (np. kraju B), również dlatego, że kraj A wynegocjował lepiej, niż kraj B (w pewnym sensie można powiedzieć, że A zrobił to częściowo kosztem kraju B). Jaka to jest zatem różnica? Tylko taka, że konieczne są migracje.

Patriotyzm jeszcze w czasach początku XX wieku był kwestią kluczową dla przetrwania państwa i jego obywateli. Żerowanie jednego kraju na drugim, nawet doprowadzając je do upadku, nie było takie rzadkie. Dlatego właśnie zdrajców wieszano bez ceregieli.

Dziś… no cóż. Można być patriotą, można być dumnym z tego, że się należy do jakiegoś narodu, można obwieszać się flagami państwa, kultywować tradycję itd. Można, tylko po co? Czy ktoś na świecie będzie przez to szczęśliwszy, uratuje komuś życie, zrobi coś, co będzie dla ludzi pożyteczne? Można pomagać ludziom ze swojego narodu, tylko… dlaczego pomagać ludziom ze swojego narodu, a nie potrzebującym? Można dbać o dobre imię ludzi ze swojego narodu, tylko… dlaczego akurat ich, a nie wszystkich ludzi z narodów, które są poniżane?

Bo teraz to przedstawiłem tylko pozytywne aspekty patriotyzmu, a z patriotycznych pobudek można też robić dużo złych rzeczy (patriotyzm nazywa się wtedy nacjonalizmem, żeby można było jakoś odróżnić te złe rzeczy od tych dobrych – niestety patriotyzm i nacjonalizm to po prostu dwie nazwy tego samego zjawiska, dotyczą one bowiem określonego stosunku emocjonalnego, który jest przyczyną robienia zarówno rzeczy pozytywnych, jak i negatywnych). Na przykład poniżać innych, nie należących do tego samego narodu, pomagać “swoim” kosztem “nie swoich”, czy wręcz okradać “nie swoich” również aby pomóc “swoim”.

Jaka jest jednak generalnie różnica między pomaganiem tylko “swoim” (w sensie, nie pomaganiem “nie swoim”), a pomaganiem “swoim” kosztem “nie swoich”? Generalnie różnica jest żadna – w obu przypadkach chodzi o wyróżnienie jakichś “swoich” i dyskryminację wszystkich innych, którzy “swoimi” nie są. W skrócie, zawsze komuś “na pohybel”.

Powtórzę to, co już napisałem: postawa patriotyczna w choćby odrobinę dawniejszych czasach była postawą nie tylko nienaganną, ale wręcz wymaganą, ponieważ ktoś, kto patriotą nie był, był potencjalnym zdrajcą, który narażał swoje państwo, a więc żyjących w nim ludzi, na niebezpieczeństwo. Patriotyzm był potrzebny jako choćby mentalna obrona przed grożącym zagładą ludzi niebezpieczeństwem i świadomość konieczności podjęcia tej obrony fizycznie.

Dopóki zatem patriotyzm przyczynia się do obrony ludzi przed niebezpieczeństwem i stanowi podstawę przetrwania, a także zapewnienia ludziom dobrobytu, jest postawą pożądaną, a nawet wręcz obowiązkową, albo wypierdalaj. Niestety w dzisiejszych czasach przestaje to mieć sens. Które państwo mogłoby być zainteresowane zniszczeniem innego i doprowadzeniem go do nędzy? Owszem, można mieć chrapkę na zasoby mineralne, takie niebezpieczeństwo istnieje zawsze. Ale żerowanie na danym państwie to wyłącznie krótkowzroczność: jeśli doprowadzisz dany kraj do nędzy, to kto gdzie będziesz eksportował swoje towary? Komu sprzedasz technologię produkcji, jeśli nie będzie jej miał kto kupić, bo potencjalnych nabywców doprowadziłeś do nędzy? Dokładnie takie same zasady istnieją w biznesie w ogóle – konkurować trzeba, ale wykańczanie kogokolwiek odbije się w przyszłości negatywnie również na sprawcy.

Przykłady? Jak pracowałem w mojej pierwszej firmie, wszyscy z radością z niej odchodzili. Mnie akurat wywalili, i chyba jestem pierwszym, któremu się to udało, w każdym razie jak rozmawiałem z jednym z kumpli z tamtej firmy, już pracującym w nowej firmie, to mówił, że oni owszem, ściągają pracowników z tamtej firmy (popracowali trochę, firma w nich zainwestowała, są coś warci – więc można ich teraz wyciągnąć). Ściągają, ale nie na tyle, żeby pozbawić firmę pracowników. Dlaczego? Odpowiedź: “bo by nam się dawca organów wykrwawił”. Rozsądne? Oczywiście, że rozsądne. Emocjonalnie podchodząc do sprawy, można by chcieć wykończyć znienawidzoną firmę, ale praktycznie rzecz biorąc – w ten sposób wykończyłoby się małą kuźnię kadr, która tak czy siak zatrudnia świeżaków (bo nikt inny by tam nie poszedł pracować), a po pół roku gość już jest obyty z regułami pracy i można go wyciągać.

Albo inny ciekawy przykład – konkurencja na rynku telewizorów. Samsung odniósł porażkę na rynku japońskim (czego się spodziewał? :D), ale dobrze konkuruje w Europie. Sony również sprzedaje swoje telewizory i też nieźle mu idzie. Czy Samsunga martwi fakt, że Sony zabiera mu część rynku? Niespecjalnie. Dlaczego? No cóż, Sony matryce LCD do swoich telewizorów bierze właśnie od… Samsunga. Samsung więc na każdym telewizorze sprzedanym przez Sony może nie zarobi tyle, co na swoim własnym, ale z drugiej strony gdyby on nie sprzedał matryc Sony, to sprzedałby (i zarobiłby) kto inny. To i tak nic w porównaniu z tym, jak twierdzenia wielbicieli iPhone’a, że sprzęt Samsunga to “szajs”, nie wiedzących o tym, że i procesor i matryca w iPhonie została kupiona od… Samsunga. Dopiero w nowszych modelach iPhone’a (tak od 4 w górę) sprzęt być może produkuje kto inny.

Podstawa dzisiejszego ładu w “strefie kapitalistycznej” oraz na jej peryferiach (Rosja) to handel, wymiana towarów i usług, umowy i traktaty. Oczywiście też polityka, negocjacje, karty przetargowe, naciski, ciosy poniżej pasa, czy rzadkie już dziś granie va bank. Najważniejsze jest jednak granie wedle tych samych reguł.

Dlatego właśnie jeśli kraj jest słaby, nie ma kart przetargowych, i nic nie znaczy na arenie międzynarodowej, przechodzi w tzw. strefę zawieszenia we wpływach: nie będzie nigdy potęgą gospodarczą, ale i nikt nie jest zainteresowany pozbawieniem go niepodległości, ani doprowadzeniem do nędzy i ruiny, bo wtedy nagle rypną się rynki zbytu, co negatywnie odbije się na gospodarce odpowiadającego za to państwa, a tym samym na sondażach poparcia dla aktualnej koalicji rządzącej. Dlatego właśnie Polsce póki co nic nie grozi w sensie militarnym, a nawet jeśli coś grozi, to dokładnie to samo grozi również Niemcom, Brytanii, czy Hiszpanii. To również oznacza, że gdyby dokładnie takie same, jak Amerykanie, instalacje tarczy antyrakietowej chcieliby zamontować w Polsce Niemcy, oczywiście z odpowiednimi umowami, co Polakom wolno z tym zrobić (ale to chyba oczywiste), w Rosji pies z kulawą nogą by nie zaprotestował. To chyba oczywiste, że Rosja nie dlatego protestuje, że się “boi” ataku ze strony Polski (śmiech na sali), tylko dlatego, że posiadanie takiej broni przez Polskę uwolniłoby ją od Rosyjskich nacisków. Wystarczyłoby jednak, żeby tarcza została pobłogosławiona przez Niemców i już żadnych takich efektów by nie było.

3. Dzisiejsza sytuacja Polski

Polska jaka jest, każdy widzi.

Tzw. II Rzeczpospolitą,  niezwykły projekt nowego, samowystarczalnego państwa, Niemcy do spółki z Rosją rozpirzyły w drobny mak. Z formalnego punktu widzenia Polska również zniknęła wtedy z mapy świata. Co się zatem stało po wojnie?

Najpierw Rosja stworzyła sobie na naszym terenie państwo satelitarne, które zamierzała, jak już się “odkuje”, użyć jako terenu przyszłej walki, gdy już rozpęta kolejną wojnę światową. Potem, po wielu latach, ponieważ Rosja miała pecha i ZSRR rozleciał się w pył, udało się stworzyć III Rzeczpospolitą. Ile jednak to państwo ma wspólnego z II Rzeczpospolitą? No, jeśli pominąć język, dziedzictwo kulturowe (które do współczesnego życia ma się nijak, niezależnie od tego, czy elementy tego dziedzictwa pochodzą z ubiegłego wieku, czy ubiegłego tysiąclecia), to nic. Więcej już łączy II Rzeczpospolitą z I Rzecząpospolitą, chociaż szczerze mówiąc to i tu bym się nie założył.

III Rzeczpospolita jest w rzeczywistości państwem zbudowanym na kłamstwie, niesprawiedliwości, a przede wszystkim na fikcji. Fikcją jest demokracja, fikcją jest dobrobyt, fikcją jest niepodległość. I to nie dlatego, że Polska należy do UE. Tylko dlatego, że zgodnie z definicją państwo niepodległe, to takie, które samo o sobie stanowi – a w Polsce tak naprawdę Niemcy i Rosjanie robią co im się żywnie podoba, a Polacy mają gówno do powiedzenia.

Problemem III Rzeczypospolitej nie jest to, że nie jest ona faktycznie kontynuatorką II Rzeczypospolitej, czy że ci “patrioci”, którzy chcieliby wiele dla swojego kraju zrobić, czy wywalczyć, nie mają nic do powiedzenia – ten problem jest w rzeczywistości marginalny. Największym problemem III Rzeczypospolitej jest to, że ani nie powstała ona w sposób niezależny od innych państw i nie jest żadnym sensownie przemyślanym i zorganizowanym projektem państwa – jest zlepkiem pobożnych życzeń i przypadkowych splotów okoliczności, sprytnie wykorzystywanych przez żerującą na kraju mafię. To ma być niby niepodległe, niezależne państwo? To raczej jakiś przykry żart.

4. Dla tych, co przelali krew…

Przykro mi jak boczek, naprawdę, głupio mi mówić takie oczywistości – to fakt, że mnóstwo ludzi przelało ze Polskę krew. Wielu poświęciło dla niej życie i kariery. Mnóstwo wysiłku i poświęcenia poszło na to, żeby powstała wreszcie wolna, niezależna, niepodległa Polska.

Niestety nie powstała. Niestety ci wszyscy ludzie swoją ofiarę złożyli na darmo. Państwo, którym jest w tej chwili III Rzeczpospolita w żadnym razie nie przypomina kraju, który wyobrażali sobie ci, co walczyli z komuną.

Żeby nieco naświetlić sytuację, zacytuję z pamięci dowcip z czasów komuny:  pewien komunistyczny I sekretarz partii (mniejsza o nazwisko) został zamrożony i odmrożony po kilkudziesięciu latach. Budzi się, wychodzi na ulicę – wszyscy mili, uśmiechnięci, szczęśliwi, majętni, zadowoleni. Myśli sobie “Ha! Niech się ludzie dowiedzą zatem, komu to wszystko zawdzięczają!”. Idzie dumny do kiosku i mówi “poproszę Trybunę Ludu”, a kioskarka mówi “nie ma już takiej gazety proszę pana, wychodziła gdy krajem rządzili jeszcze komuniści. A wie pan, że tych skurwieli jest jeszcze kilku na świecie”.

No i co, komuna zdechła, “Trybuny Ludu” faktycznie już nie ma, a co poza tym? Poza tym “Trybunę Ludu” zastąpiła “Trybuna”, byli komuniści opływają w luksusy i bynajmniej nikt ich nie wytyka palcem (poza “oszołomami”), największym zbrodniarzom PRL wszystko uszło na sucho, a członkowie i potomkowie byłej SB nadal żerują na naiwnych, którym się chce w Polsce mieszkać i płacić podatki, żeby za nie dostać potem od państwa kopa w dupę.

Jeśli ktoś rzeczywiście jest patriotą, niech pokaże na co go stać – niech zorganizuje inicjatywę przejęcia władzy w Polsce, stworzy niezależną organizację państwową z prawdziwego zdarzenia, uwolni Polskę od tych, którzy usiłują w niej utrzymać stan kontrolowanego ubóstwa. Uwolni Polskę wreszcie od mafijnych wpływów, stworzy rzeczywiste, niefikcyjne prawo, które będzie służyło ludziom i państwo, które będzie dbało o rozwój gospodarki. Tylko w taki sposób może zrobić tu coś pożytecznego.

Próba wygrania wyborów skazana jest na porażkę, zwłaszcza teraz, gdy koalicja rządząca ma wszystkich członków komisji wyborczej w kieszeni. Poza tym, do wyboru zostaje tylko uprawiane przez prawicowych publicystów, może i nawet w dobrej wierze, “wołanie na puszczy”. Albo darujmy sobie ten patriotyzm, z którego w tej chwili można sobie jedynie zmarnować życie nie przynosząc zysku nikomu na świecie.

Powtórzmy: Polska, jeśli pod tym pojęciem rozumiemy rzeczywiście i nie fikcyjnie niezależne, niepodległe, wolne państwo, po II wojnie światowej nie powstała. Ofiara walk w czasie II wojny światowej, oraz późniejsza walka z komuną, była ofiarą na darmo. Wolna i niepodległa nie była ani PRL, ani okrągłostołowa III RP. A w tej chwili już zanikają w niej nawet działające u zarania III RP mechanizmy demokratyczne. Pozostało tylko pole walk, na którym ścierają się interesy mocarstw i wielkich korporacji. Z wolnością i niepodległością ma to niewiele wspólnego.

5. Korporacje

Nie powiedziałbym też, żeby było czego żałować. Żałować można co najwyżej zmarnowanych lat w tej niby Polsce, do czasu, aż zrozumie się, czym ona tak naprawdę jest i jakie ma w związku z tym szanse na przyszłość.

Od pewnego czasu robione są rankingi najbogatszych organizacji, w których zestawiane są na równi korporacje i państwa. Rankingi wyglądają na kontrowersyjne, ale nie są wcale przesadzone. Korporacje bowiem są w tej chwili – w ramach “strefy kapitalizmu”, oczywiście – organizacjami zdecydowanie silniejszymi, niż państwa. Nie można mówić o tym głośno, ale w praktyce, korporacje tak naprawdę żerują na państwach, nie dając im w zasadzie nic sensownego w zamian (te drobne podatki, które one płacą, w porównaniu z ilością przysług, jakie państwo im oddaje, to naprawdę drobnostka).

Korporacje nie muszą mieć symboli i innych tego typu pierdół (niektóre próbują, ale stają się jedynie dzięki temu przedmiotem żartów). Korporacje muszą tylko jedno – zarabiać pieniądze. Korporacje też nie są wcale wymysłem naszych czasów – w dawniejszych czasach istniały różne organizacje zrzeszające ludzi interesu, takie jak np. Hansa, i one też robiły swoją politykę, miały wtyki tu i tam i również rywalizowały z państwami, a nawet były przez nie zwalczane.

W tej chwili państwa przy korporacjach wydają się być cherlakami. Korporacje robią sobie z państwami co chcą, najlepiej zresztą to widać na przykładzie USA. Tam korporacje wsadzają swoich ludzi do parlamentu i poprzez nich modyfikują prawo tak, żeby mogli bezkarnie wciskać ludziom różne produkty, które szkodzą ich zdrowiu, bez ponoszenia za to jakiejkolwiek odpowiedzialności. Niby korporacje mają działać w ramach określonego prawa – ale jeśli same to prawo w pewnym zakresie stanowią, to co? Każdy sobie panem, jak by powiedział Kmicic.

Nie neguję konieczności obrony “strefy kapitalistycznej”, bo strefa ma wciąż wielu wrogów na zewnątrz. Ale w tym zakresie to państwa mogą bez problemu dogadać się między sobą – istnieje już w końcu NATO, a między państwami strefy raczej militarna agresja nie jest możliwa. Nie musi się to jednak odbywać poprzez organizowanie obrony przez jedno państwo – wystarczy obrona “strefy”.

Ale korporacje, zarabiające niewyobrażalne krocie i obdzierające zwykłych ludzi ze skóry to jest coś, co od czasów “magnatów” się nie zmieniło. Jest tylko jeden problem – korporacjom nie ma kto się przeciwstawić. Państwa? Państwa nie tylko nie stają w obronie ludzi (co teoretycznie powinny robić); państwa potrafią dodatkowo iść na rękę korporacjom.

Korporacje jednak mają jeden słaby punkt – tym punktem jest klient. Jeśli duża grupa klientów nagle odwróci się od danej korporacji i przestanie kupować jej produkty – a w przypadku produktów żywnościowych efekt jest niemalże natychmiastowy – korporacja pada. Problem tylko w tym, że odwrócenie się pojedynczego klienta od korporacji nic dla korporacji nie znaczy – zawsze ściągnie sobie dodatkowych klientów poprzez różne reklamy i promocje. Korporacji może zaszkodzić dopiero organizacja konsumencja, która jednym posunięciem jest w stanie odciągnąć dużą grupę klientów od danej korporacji.

Korporacje nie są niczym złym – przeciwnie, świadczą o awansie cywilizacyjnym. Wszystko odbywa się w ramach uzgodnionych (choć zmienianych co chwilę!) reguł, nikt nikomu nie ścina głowy, nie wbija na pal, nie odrąbuje rąk i nie organizuje masowych mordów. A że są organizacje, które faktycznie ograbiają z zasobów ludzi, którzy te zasoby uczciwą pracą zdobyli – tak było na świecie od zawsze i nie ma tu co narzekać. Tego akurat nasza cywilizacja zmienić nie mogła, bo jest to nieodłączna cecha człowieka.

Zamiast więc bronić jakichś patriotycznych ideałów, które nie mają żadnego praktycznego sensu, ani uzasadnienia, lepiej organizować się w organizacje konsumenckie, które jako jedyne mogą być równorzędnym partnerem dla korporacji. Jeśli narzekamy na to, że korporacje żerują na ludziach, a sługusy i wazeliniarze z “salonu” stanowią dla nich źródło “pożytecznych idiotów”, lepiej jest zorganizować się i wzajemnie informować o tym, jaka korporacja gdzie robi jaki przekręt, który polityk został przez kogo skorumpowany (wtedy trzeba uważać, na kogo się głosuje). Oczywiście, korporacje będą próbowały do takich organizacji wprowadzić swoich agentów, którzy będą, niby to bezinteresownie, próbowali agitować za kupowaniem produktów określonej korporacji (tak jak dzisiaj np. korporacje płącą ludziom, żeby na niezależnych forach internetowych po cichu reklamowali ich, niby to bezinteresownie, jako prywatna opinia). Organizacja konsumencja jednak jeśli chce się utrzymać (a konkretnie utrzymać swoją wiarygodność) będzie musiała takich agentów wieszać – w prawach członka, oczywiście.

Wracając do źródła – państwa powstały poprzez organizacje ludzi w poprzek zawodów i wykonywanej pracy i silne były tylko wtedy, gdy obrona wspólnych interesów działała. Dziś państwo jeśli ma jakieś interesy sprzeczne z interesami innego, to jest to wyraz jedynie dyskryminacji innego państwa, czyli, w efekcie, dyskryminacja ludzi z innego państwa, czyli w skrócie, dyskryminacja innych ludzi. Państwo dziś, wobec korporacji, po prostu nie działa. Państwo dziś powinno sprowadzić się do roli administratora terenu ziemskiego, a sprawy obrony przed żerowaniem i wyzyskiwaniem pozostawić tym, którzy się do tego nadają.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.